Julian Apostata (Mereżkowski, 1901)/Część II/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Dmitrij Mereżkowski
Tytuł Julian Apostata
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1901
Druk Towarzystwo Artystyczno-Wydawnicze
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Czekalski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.

W chwili gdy Julian, wyszedłszy z atryum Konstantyna, zstępował po szerokich schodach, dążąc dla złożenia obiaty do małej świątyni bóstwa Szczęścia — Tyche, w pobliżu pałacu położonej, zastąpił mu drogę zgrzybiały biskup chalcedoński Marys, zgarbiony, siwowłosy, z wypełzłemi ze starości oczyma. Ociemniałego wiodło dziecię małe. Na dole, pod schodami zgromadziła się ciżba. Schody wychodziły na plac Augustejon. Biskup uroczystem skinieniem zatrzymał cesarza i rzekł głosem twardym i wyraźnym:
— Słuchajcie, narody, pokolenia, ludzie wszelkiego wieku, ilu was tylko jest i będzie na świecie! Słuchajcie słów moich, potęgi wyższe, zastępy aniołów, które wkrótce zniszczycie prześladowcę! Nie książę Armorejczyków strącony będzie, ani Oggas, król basański, jeno wąż, Odstępca. Rozum wielki, zbuntowany Asyryjczyk, wróg powszechny, który zdziałał na ziemi mnogość gróźb i przemocy, a górnolotnie przemawiał! Słuchajcie mnie, niebiosa i natchnijcie ziemię! I ty również, cesarzu, słuchaj proroctwa mojego, albowiem dzisiaj Bóg przez usta moje przemawia! Słowo jego przepala mi serce — i milczeć nie mogę! Godziny twoje są policzone. Maluczko, a przepadniesz, zginiesz, jak piasek wichrem miotany, jak świst strzały, jak głos gromu, jak błyskawica bystrolotna! Źródło kastalskie wyschnie na wieczne czasy, i ludzie śmiać się będą, przechodząc koło niego. Apollo stanie się znowu niemym bałwanem. Dafne — drzewem opłakiwanem w baśniach, a trawy mogilne porosną na obalonych świątyniach. O sprosności Sennacheryba! Tak przepowiadamy ci galilejczycy, ludzie pogardzani, czciciele Ukrzyżowanego, uczniowie rybaków z Kafarnaum i sami nieuczeni, my, wycieńczeni długimi postami, wpółżywi, którzy nadaremno czuwamy i rozmawiamy podczas całonocnych czuwań, a którzy jednak was zawstydzamy; „Gdzież jest mądry, gdzież jest uczony w Piśmie, gdzie badacz wieku tego?” Zapożyczam tę pieśń tryumfu od jednego z nieuczonych naszych. Pokaż mi twoje cesarskie sofistyczne mowy, twoje sylogizmy i entymematy! Zobaczymy, jak i u nas mówią rybacy nienauczeni... Niech zaśpiewa znowu z odwagą Dawid, który tajemniczym kamykiem poraził dumnego Goliata, zwyciężył wielu skromnością i słodką muzyką ducha uleczył opętanego od czarta Saula. Chwała ci, Panie! Kościół w dniu tym oczyszcza się prześladowaniem. Oto Oblubieniec idzie! Zapalcie lampy wasze, mądre dziewice! Obleczcie kapłana w wielką i wspaniałą szatę, w Chrystusa, ozdobę naszą!
Ślepiec wyśpiewał prawie ostatnie słowa, jakby wyrazy liturgii. Wzruszony tłum odpowiedział mu pochwalnym szmerem. Ktoś wyrzekł na głos:
— Amen!
— Skończyłeś, starcze? — zapytał spokojnie Julian.
Cesarz wysłuchał do końca długiej przemowy z zimną krwią niezmąconą, jak gdyby nie o niego chodziło. Tylko w kącikach ust występował mu chwilami uśmiech szyderczy.
— Oto ręce moje, katowie! Wiążcie je! Prowadźcie mnie na śmierć! Panie! przyjmuję koronę Twoją!
Biskup wzniósł ku niebu ociemniałe oczy.
— Sądzisz więc, poczciwcze, że cię na męki skażę? — rzekł Julian. — Mylisz się. Puszczę cię w pokoju. W sercu mem nie czuję gniewu ku tobie...
— Co to? co to? Co on mówi? — pytano w tłumie.
— Nie kuś mnie! Nie wyprę się Chrystusa! Odejdź, wrogu rodzaju ludzkiego! Siepacze, prowadźcie mnie na śmierć... Oto jestem!...
— Tu niema siepaczów, przyjacielu, są tylko ludzie zwyczajni i dobrzy, jak i ty. Uspokój się! Życie jest nudniejsze i powszedniejsze, niż przypuszczasz. Słuchałem ciebie z ciekawością, bo jestem wielbicielem wszelkiego krasomówstwa, nawet galilejskiego. I czego tam nie było! Sprosność Sennacheryba, i król Armorejczyków, i kamyk Dawida, i Goliat!... Prostoty brak w mowach waszych. Czytajcie naszego Demostenesa, Platona, a przedewszystkiem Homera. Oni są naprawdę prości, jako dzieci albo jako bogowie! Tak, uczcie się od nich wzniosłego spokoju, galilejczycy! Nie w burzach jest Bóg, tylko w ciszy. Oto cała moja nauka, cała zemsta moja, ponieważ ją wyzywałeś.
— Niech cię Bóg porazi, bluźnierco!... — zaczął znowu Marys.
— Pan nie doprowadzi mnie do zaślepienia w gniewie, a tobie wzroku nie przywróci — odparł Julian.
— Dziękuję Bogu za moją ślepotę! — krzyknął starzec: — bo nie pozwala oczom moim patrzeć w przeklęte oblicze Potępieńca!...
— Ileż złości w tem wątłem ciele... Wciąż mówicie o pokorze i o miłości, galilejczycy, a tymczasem w każdem waszem słowie — ileż nienawiści! Powracam z zebrania, gdzie bracia gotowi byli w Imię Boże porozszarpywać się jak dzikie zwierzęta. Teraz znów ty z zaciekłą twą mową... Skąd ta nienawiść? Nie jestem bliźnim waszym? O, gdybyś wiedział, jak w tej chwili serce moje niefrasobliwe jest i dobroci pełne! Życzę ci wszystkiego dobrego i błagam Olimpijczyków, ażeby ułagodzili duszę twą okrutną, ciemną i cierpiącą, ślepcze! Idź w pokoju i zapamiętaj sobie, że nie tylko galilejczycy przebaczać umieją.
— Nie wierzcie mu, bracia!... To podstęp, to przebiegłość węża! Widziałeś, Panie, jako ten Odstępca bluźnił Tobie, Bogu Izraela — przeto nie zamilknij!...
Wtedy, nie zwracając więcej uwagi na przekleństwa starca, Julian przeszedł przez tłum w swej białej szacie, błyszczącej pod promieniami słońca, spokojny i mądry, jak jeden ze starożytnych filozofów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Dmitrij Mereżkowski i tłumacza: Apolinary Antoni Czekalski.