Insurekcya/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Insurekcya
Pochodzenie Rok 1794
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
X.
Noc z 17 na 18 kwietnia.

O zmierzchu przycichły walki.
A w jakimś momencie noc zapadła i nieprzeniknione ciemności spowiły Warszawę. Niebo zawisło kirem, przebitym tu i owdzie jarzącemi gwiazdami. Ulice leżały czarne, puste i nieme. Ani jednego światła w oknach. Bezmiary niepokojących ciemności. Jeno gdzieś na krańcach zaczynały wschodzić łuny dalekich pożarów. W nieodgadnionych głębiach miasta wrzały niekiedy jakby bełkoty groźnie wzbierającego morza. Trwoga czaiła się w milczeniach ciemności. Zatrute tchnienia śmierci mroziły krew w żyłach. Przerażenie sunęło wskróś nocy z palcem na niemych, skamieniałych wargach. Niewiadome dygotało lękiem nawet w najmężniejszych sercach. Bowiem wszystek świat zdawał się być wydanym na łup złych mocy, nieszczęścia i ciemności.
Arsenał czuwał nad miastem. Odpoczywał po znojnej pracy i zbierał siły — sposobił się na jutrzejszą ostatnią walkę. Obliczał straty i szykował nowe ciosy. Był znużony, a zarazem radosny pewnością zwycięstwa. Drzemał i trząsł się w gorączce przygotowywań. Milczał złowrogiem milczeniem chmury, brzemiennej piorunami.
Na kwaterze komendanta, we wszystkich izbach, na ławach, materacach, siennikach i prosto na podłodze spali ciężko spracowani oficyerowie. W ostatniej, najobszerniejszej stancyi sam generał Cichocki spał na polowem łożu rozciągnięty, stary Deybel drzemał z głową na okiennym parapecie; spał kto uchwycił sposobną porę.
Chomentowski ze sztabem i kancelaryą pracował niestrudzenie. Gotowano plan generalnego ataku na Igelströma. Cichocki, budzony co chwila pytaniami, rzucał jakieś uwagi, momentalnie potem zasypiając. Nieustannie napływały wiadomości z miasta; leciał z niemi jakiś żołnierz, przeskakując rozciągniętych pokotem, skradał się lękliwie jakiś Żyd, dreptali zakonnicy, przychodziły kobiety i wyrostkowie. Kubicki przy osobnym stole pod oknem, w świetle stajennej latarni, wybadywał wszystkich, skrzętnie konotując.
Niekiedy wpadał Maignan, leib-chirurg, w białym, srodze zakrwawionym fartuchu, przynosząc wieści o konającym z ran Tiszczewie i drugich. Wypalił lulkę, napił się czarnej kawy i zasięgnąwszy języka o stanie spraw, powracał do opatrywania rannych.
Niekiedy przewiał Dobrski burzliwym wichrem i porwawszy któregoś ze śpiących, pędził w głąb arsenału do robót, prowadzonych z gorączkowym pośpiechem.
Chomentowski co pewien czas krzyczał jakie nazwisko i natychmiast zrywał się z podłogi któryś z oficyerów, przecierał oczy i odebrawszy rozkazy, wybiegał na łeb na szyję.
W pewnych odstępach czasu pojawiał się kuchta z ogromnym imbrykiem czarnej kawy, rozlewając ją akuratnie w przeróżne garnuszki, porozstawiane po stołach i parapetach.
Na wszystkie strony słyszeć się dawały bicia młotów i ciężkie odgłosy robót. Wzmacniano popękane mury, stęplowano sklepienia, wspierano belkami zagrożone ściany, barykadowano wyłomy. Arsenał bowiem dawał postać groźnego pobojowiska. Na każdym kroku pełno było śladów zajadłej walki. Porysowane ściany, odpadłe tynki, wywalone okna, pozapadane sufity, stosy gruzów i osmalonych belek, kupy strąconych dachówek, podarte dachy, że gwiazdy zaglądały do środka, miejscami drabiny miasto schodów na piętra, krwią obryzgane mury, czerepy granatów pod nogami, połamane bronie i strzępy łachmanów. A wśród tych szczątków pełno żołnierzów różnej broni, wolonterów, kobiet i nawet dzieci. Karabiny w kozłach pod ręką, armaty w zaprzęgach i cugi w pogotowiu i straże gęsto porozstawiane. W pierwszym i drugim dziedzińcu paliły się ogromne ogniska, kręgiem w czerwonych brzaskach i dymach rozkładali się żołnierze. Spali, jedli, przepijali gorzałką, grali w karty na bębnach i torbach, od mawiali różańce, a z jakiegoś kąta głosiły się nawet ściszone, junackie piosenki. Wielu porozciąganych plecami do ognia chrapało w najlepsze. Kotły przystawione do ognisk parowały smakowicie, bowiem racye wydawano nieustannie, że w różnych stronach wciąż dzwoniły kociołki. Przy ogniskach, strzelających raz po raz żywszymi płomieniami, pokazowały się twarze srodze uznojone, często zakrwawionemi szmatami obwiązane, często śmiertelnie blade i jakby zastygłe w bojowej zapamiętałości, groźne i zarazem pełne skupionego męstwa i powagi. Owdzie ktoś rozpowiadał swoje bitewne przewagi z ferworem, przymuszającym do słuchania. Opatrywano sobie rany co lżejsze. Myto się i chędożono rynsztunki. Od strony artyleryjskich warstatów zgrzytały niekiedy taczalniki, ostrzące szable i bagnety.
Jakieś kobiety, tające się po ciemnych kątach, szlochały niekiedy rozpaczliwie.
A czasem wśród ciżb, mrowiących się do koła, przelatywało jakieś wypomniane imię.
Zabity! Ciężko ranny! Zdały się odpowiadać żałosne echa; zcichały wtedy rozmowy, rwały się głuche westchnienia i oczy leciały w stronę trzeciego dziedzińca, przemienionego na lazaret. Brama była zawarta i straż broniła tam przystępu.
Pod nizkiemi szopami, w obszernych kuźniach i prosto pod niebem na ziemi, przytrząśniętej słomą, czerniały długie zagony, pełne krwawych snopów śmiertelnego żniwa. Latarnie, przyczepione do ścian, nieciły żółtawe, blade kręgi świateł, w których wszystko zdawało się jeno być gorączkowem majaczeniem. Groble człowieczych łachmanów drgały, krzyczały strasznie w przerażających skrętach i dygotach. Niekiedy, niby upiór, jakaś twarz, napiętnowana śmiertelną męką, wynurzała się z ciemności. Ktoś porywał się z barłogu i opadał z jękiem. Ktoś jeszcze w szale bojowym walczył, ruszał się na wroga i krzyczał. Ktoś rozdzierającym głosem przyzywał matki. Większość jednak, niby pocięte kloce, leżała bezwładnie, wpatrzona zamierającemi oczami w dalekie migoty gwiazd i bezkresy ciemności.
Ks. Jelski z sakramentami, w komży i z chłopcem, niosącym zapaloną gromnicę, snuł się po tem krwawem polu, niby białe widziadło, roznoszące ukojenie i nadzieje. Błądziły za nim ślepnące oczy, szły ostatnie westchnienia, zrywały się wołania i wyciągały się ręce, jakby z głębin przepaści. Coraz to w innej stronie brzęczał dzwonek, spływały słowa przebaczeń, gromnica przechodziła z rąk do rąk i jakieś dusze, syte żywota i jak ten płomyk drgające, zrywały się do odlotu. Noc je zbierała w miłościwe ramiona i niesła nieskończonościom.
Pod arsenałem natomiast panowała sroga dyscyplina i żelazny spokój. W szerokim kręgu, w ulicach i na placach, biwakowały piechoty, działa i jazdy, gotowe na każdą okoliczność. Stały niedojrzane, bowiem wzbroniono rozpalania ogniów, że jeno gdzieniegdzie żarzyły się lulki. Zasię z pod murów i z fos dobywały się błyskania światełek i ciche szepty. Bractwo »Miłosierdzia« w czarnych kapuzach i maskach oczyszczało z trupów pobojowisko. Długie wozy, nakryte płótnami o kołach obwiniętych słomą, ruszały w stronę Mylnej. Żałosne skomlenia i płacze kobiet, wlekących się za nimi, rozdzierały powietrze, porywał je wiatr, dorzucając do głośniejących coraz potężniej zgiełków tej nocy wielce swarliwej.
Dochodziła północ i mimo ciemności, pustych ulic i domów, jakby wymarłych, ze wszystkich stron rwały się odgłosy tumultów i strzelaniny. Wybuchały nagle jakieś dzikie tententy, wrzaski, pogonie i huki. Niekiedy grzmiały dalekie armaty: to Poniatowski strzelał z pod Prochowni na pruskie stanowiska. Chwilami zaczynały bić gwałtownie dzwony, wzmagały się zgiełki, warczenia bębnów, szczęki broni, jakieś ryki, niewiadomo skąd. Groza krzyczała w rozkrwawionych ciemnościach, zwłaszcza iż całe śródmieście otaczał wieniec pożarów. Nad Lesznem szalała zawierucha płomieni. Krwawe łuny podnosiły się nad Grzybowem. Czerwone zorze, przysłaniane dymami, wschodziło nad Faworami. Paliło się też na Nowym Świecie i na Solcu gorzały spichlerze Potockiego. Niepokój wzrastał z minuty na minutę. Łuny sięgały brzaskami aż na Krakowskie, gdzie z racyi bezpieczeństwa od kuli i Moskałów ruch panował ogromny i dosyć gęsto paliły się biwakowe ognie. Obsiadali je żołnierze, wolonterzy i całe tłumy ludu, nie potrafiącego usiedzieć na swoich kwaterach. Bramy kamienic stały otworem, długie, czarne sienie były napchane. Nikt nie zasnął tej strasznej nocy. Wynoszono żołnierzom gorzałkę, a w niektórych parterowych mieszkaniach przygotowano stoły, suto zastawione, dla każdego zbrojnego. Po sieniach, przy świetle latarń i pochodni opatrywano rannych. Ustępowano im chętnie własnych mieszkań i łóżek. I kościoły na Krakowskiem stały otwarte; przed ołtarzami w posępnych mrokach naw, rozświetlonych jeno odblaskami pożarów, całe rzesze modliły się o zwycięstwo, koiły się strapione dusze i płakały osierocone serca, zasię po kruchtach i korytarzach spali znużeni żołnierze. A wszędy mimo zwycięstwa pierwszego dnia insurekcyi panowała głęboka powaga i jakby modlitewne skupienie. Z niemałym lękiem spoglądano w nadchodzące jutro. A noc zdawała się nie mieć końca. Godziny wlekły się żółwim krokiem udręczeń i niepokojów. Bowiem zaraz z północy, gdy niebo nieco pojaśniało i roje gwiazd rozpełzły się w bezmiarach, miastem jęły znowu wstrząsać febryczne dreszcze walki. Straszliwe wrzaski, odgłosy bitwy z nad Wisły, z pod łazienek Kwicińskiego, w których się zamknął major moskiewski Mayer z armatą i dwiema kompaniami, broniąc się do upadłego, rotowe salwy tylko jeszcze rzęsistsze i bliższe z Miodowej, częste »Hurra« Moskalów, rzucających się raz po raz do szturmów; pożary, wzbierające krwawem morzem płomieni, bicia dzwonów, przemarsze insurekcyjnych oddziałów, lecących biegiem na nowe stanowiska, gorączkowe fortyfikowanie domów niektórych, głuche bicia oskardów, wyrębujących strzelnice, niezrozumiałe komendy, niewytłumaczone popłochy, ogarniające mieszkańców, potworne bajędy, rozsiewane, niewiadomo przez kogo, tajemnicze ognie rakiet, wytryskujących ze świstem z pałacu Igelströma, głuche turkoty przetaczanych armat, korowody wozów przepełnionych trupami, sznury przenoszonych rannych, ciągłe wybuchy kobiecych lamentowań, mordy i rabunki w bocznych ulicach, popełniane przez moskiewskich maroderów, groźna postawa i wybryki pospólstwa — wszystkie owe ewenty tej straszliwej nocy dawały sytą strawę sercom lękliwym, przepełniając je bezgranicznem przerażeniem, jakoby zbliżanie się nieubłaganego, ostatecznego sądu godziny.
A już szczególniejszy strach padł na zdeterminowanych przeciwników insurekcyi.
Adherenci Moskwy i króla pruskiego talarów, Targowiczanie, podli egoiści, poczciwcy, wyznawcy złotego środka, spokoju i ciepłego przypiecka, dygotali pozamykani w mieszkaniach.
Cała maszyna Rzeczpospolitej z pierwszym wystrzałem insurekcyi została powstrzymana. Zamknięto wszystkie urzędy. Wszystkie funkcye zostały tknięte paraliżem. Nawet Rada Nieustająca nie dawała znaku życia, bowiem jej członkowie, odcięci od świata, przerażeni niespodzianymi wypadkami, oczekiwali z biciem serca rychłego końca zawieruchy. Nie sposób się im było skomunikować ze sobą, gdyż pachołkowie najwierniejsi, powysyłani z listami, zbiegali do insurekcyjnych szeregów. Warty, strzegące ich kwater, złączyły się z powstaniem, poszły za głosem powinności. Blady strach zadygotał po pałacach Jaśnie Wielmożnych, zdanych na łaskę i niełaskę szalejącej rewolucyi. O ucieczce z miasta niepodobna było marzyć. Rogatek strzegli insurgenci, a zresztą brakowało koni, zabranych przemocą na potrzeby wojny, i zabrakło służby, że pozostali opuszczeni w złoconych, cudnych klatkach swoich apartamentów, otoczeni przepychem kobierców, ścian, sprzętów, farfurów i bronzów, ale głodni, bezradni, oczekujący śmierci z rąk wzburzonego pospólstwa, przepływającego z gniewnym pomrukiem pod ich pozasłanianemi oknami. Męką im był dzień upłyniony, lecz okropnością stawała się ta długa, piekielna noc. Trawili całe godziny z uchem wytężonem na każdy odgłos, płynący z miasta, przeświadczeni z początku, jako ta haniebna rebelia przy pomocy wojsk alianckich zostanie zgnieciona w ciągu niewielu godzin; ale skoro dzień zakończył się zwycięstwem insurgentów, prysnęły słodkie nadzieje. Zasię następująca noc doprowadziła ich do szaleństwa. Przychodziły do pamięci wszystkie krwawe praktyki francuskiej rewolucyi. Już wzburzone imaginacye widziały po placach i ulicach wyrastające drzewa szubienic. Każdy tłum zdawał się groźnie zmierzać w stronę ich pałaców. Bojowe tumulty odbijały się w ich sercach gromami szturmów i mordów. Krzyki zwycięstwa były zwiastunami niechybnej śmierci.
Co się musiało dziać w ich duszach, wypowiedzieć niepodobna.
Ile zrobaczywiałych dusz posłyszało nagle głos sumienia! Ileż bezmiernych szamotań z własnem sercem! Ile dumnych protestów! Ile bezsilnej rozpaczy, gniewów i zdeptanej pychy! Jakie morza wzgardy do rozpasanego i tryumfującego motłochu! A ileż z tej przyczyny zdumień, głębokich podziwów, straszliwych żalów, okropnych kajań i ponad wszystko straszniejszych przewidywań! Świat walił się im na głowy. Ziemia zapadała się pod stopami. Śmierć wyła ze wszystkich stron, porywały rozsrożone odmęty. Odwieczne krzywdy wyciągały po nich nienasycone pazury, a mściwe furye smagały piekielnymi biczami strachów, upokorzeń, zgryzot i niemocy. I prawie żadnej nadziei ocalenia, że niejeden, odchodzący już od zmysłów z nieskończonego wyczekiwania, przebierał się w najlichszą odzież własnej służby i wymknąwszy się na miasto, szukał schronienia po klasztorach, lub wałęsał się po ulicach wraz z tłumami.
Nie lepiej działo się i na Zamku.
Król, opuszczony od wojska i dygnitarzów, w asyście jeno sióstr, p. Grabowskiej, Ryksa, Kicińskiego i kilkunastu najwierniejszych, pozostawał w strasznej niepewności. Był jeno niemym i dalekim świadkiem traicznych wypadków. Nikt nie przychodził do niego po rady, nie żądał rozkazów, ni prosił o pozwolenia.
Jego Majestat stał się nikłym cieniem, a odebraną władzę naród powierzył Kościuszce.
Jeszcze dzień przeszedł mu jako tako, gdyż utrzymywał z miastem stosunki za pośrednictwem Mokronowskiego i paru zaufanych; wysyłał listy do Igelströma przez Byszewskiego, pisywał do Prymasa, starał się porozumieć z przywódcami powstania, zasięgał jakichś wiadomości w ambasadzie angielskiej, coś działał, o coś zabiegał, coś usiłował zawiązywać, ale z nastaniem nocy, skoro Kiliński zajął swoimi ludźmi wszystkie zamkowe wyjścia, komunikacye przerwały się zupełnie. Obywatele nie przepuszczali nikogo.
Obrażony król zamknął się w swoich apartamentach. Snuł się po komnatach, niby echo czegoś, co już bezpowrotnie umierało. Nie przerywano mu tych dumań samotnych.
Marcin Zakrzewski, uzbroiwszy służbę i paru paziów, obsadził nimi od środka wszystkie wyjścia z królewskich pokojów i sam stanął na straży w głównej kordegardzie.
Ponury był, jak noc, i rozżarty na cały świat. Jakże, rozumiał, jako prędzej da się porąbać, niźli odstąpi królewskiej osoby. Miał to za najświętszą powinność serca. Lecz nasłuchując grzmotów dział i odgłosów walki, cierpiał niewysłowione męczarnie. Tam walczyli jego przyjaciele i towarzysze, lali krew za ojczyznę i zwyciężali bez niego.
Biegał po kordegardzie, niby wilk, zamknięty w klatce i szalejący za wolnością.
W złocone podwoje grzmotnęły jakieś pięście, gwar się podniósł za drzwiami, dobijały się straże Kilińskiego. Pełno ich było w salach, po korytarzach i schodach.
Otworzył gwałtownie, z obnażoną szablą w ręku; gniew nim miotał, ledwie się hamował.
— Czegóż obywatele sobie życzą? Król o tej porze audyencyi nie udziela!
Stropili się na chwilę, cofając przed jego gniewnym wzrokiem i gołą szablą.
— Właśnie chcemy zobaczyć króla Jegomości! — wystąpił jakiś drab ogromny.
— Powiedziałem, jako nie pora! — huknął, zatrzaskując im drzwi przed nosem.
Ale król, posłyszawszy rozmowy, wyszedł z łaskawem pytaniem, czego im potrzeba.
Pozdejmowali czapy i kapelusze, opuścili pałasze i strzelby, a ten sam drab przemówił:
— Kiliński przykazał nam strzedz Waszą Królewską Mość, żeby broń Boże, nie stało się co złego, jako że to o przypadek w tym rozruchu nie trudno.
— I nakazał pilnować, żeby król nie uciekł do Moskalów! — dodał któryś otwarcie.
— Nie kręć szyją, kiedy do cię nie piją — powsiadł na niego groźnie dowódca.
— Powiedzcie Kilińskiemu, że król zawsze idzie z narodem, a nie z jego wrogami.
Powiedział łzawo i przesmutnym głosem. Twarz wyrażała ciężką troskę i ból.
— Najjaśniejszy Panie! My nie przeciwko twojej osobie! — bąknął dowódca, obcierając tkliwe łzy.
Król wyciągnął do niego dłoń; ucałował ją ze czcią i namaszczeniem, jakby patynę, za nim uczynili to wszyscy po kolei, cofając się tyłem do wyjścia i kłaniając mu się do nóg.
Zakrzewski, otworzywszy na roścież okno, wykrztusił przez zaciśnięte zęby:
— Aż dech zapiera od tych obywatelskich fetorów!
Król, skinąwszy mu głową, powrócił do siebie. Spacerował z komnaty do komnaty. Czasami patrzał w noc rozkrwawioną pożarami. Nasłuchiwał odgłosów walk, to coś pilnie konotował. Musiał strasznie cierpieć, bo wyglądał, jak zdjęty z krzyża; niekiedy ocierał łzy, łamał ręce i ciężko, żałośnie wzdychał. Pokoje były oświetlone słabo, zaledwie tu i owdzie zapalona świeca rozjaśniała mroki, że wydawał się w nich podobniejszym do widma, niźli do człowieka. Blady, traicznie zasępiony, samotny i opuszczony, dygocący za każdym głośniejszym wybuchem strzałów, dawał obraz człowieka gonionego przez furye. Niekiedy zabierał się do czytania i odrzucał książkę. Próbował stawiać pasyanse i nie wyłożywszy jeszcze wszystkich kart, zapominał o nich. A że już chodzić nie miał sił, a wysiedzieć na jednem miejscu nie potrafił, szedł do ciemnego pokoju od strony dziedzińca i przyglądał się ogniskom, przy których biwakowały straże. To patrzał w ciemne okna kwatery hetmana Ożarowskiego, a najwięcej ciągnęły mu oczy oświetlone pokoje sejmowych kancelaryi, gdzie zakwaterował się generał Mokronowski.
Ryks, znalazłszy się przy jego boku, zaszeptał do ucha:
— Najjaśniejszy Panie, tam zebrali się najznaczniejsi obywatele, należący do spisku, z Wysygotą Zakrzewskim na czele. Z polecenia Kościuszki mają formować Rząd Tymczasowy!
— I bez porozumienia się ze mną! A tak mi obiecywał Mokronowski — jęknął cichutko i powrócił znowu do swoich królewskich komnat, do okropnych rozmyślań, do coraz piekielniejszych udręczeń i do zajadłej, nieubłaganej walki z własnem sumieniem.
— Z polecenia Kościuszki! A ja? — niewysłowiona gorycz zadźwięczała mu w głosie.
Jakby w odpowiedzi, z łazienek Kwiecińskiego zagrzmiała armata, że zatrzęsły się zamkowe mury i jakieś zwierciadło runęło mu pod nogi, rozbryzgając się na sieczkę. Odskoczył w zabobonnej trwodze i zaczął wołać na Zakrzewskiego. I już go nie puścił od siebie.
Tymczasem wojska i zbrojny lud gotowały się gorączkowo na jutrzejsze walki.
Na Podwalu głębokiem i ciemnem, niby górska rozpadlina, pracowano bez wytchnienia.
Mycielski, objąwszy dowództwo nad kompaniami przeznaczonemi do szturmowania ambasady, czynił rozległe przygotowania. W domach, stojących naprzeciwko pałacu, przebijano ściany dla wewnętrznych komunikacyi i wydłubywano w murach liczne strzelnice. Najcelniejsi strzelcy zajęli wszystkie okna, nawet dymniki i dachy. Po sieniach gromadzono drabiny. Znoszono bosaki do rozrywania ścian i dachów. Ściągano olbrzymiej grubości kloce, jako tarany do rozbijania bram i murów. Kłęby pakuł i szmat, namoczone w rozpuszczonej żywicy, wynoszono na strychy, aby je zapalone rzucać na dachy pałacu. A wszystko odprawiało się w milczeniu, bez szmerów, prawie bez oddechów, gdyż wróg czuwał i od czasu do czasu strzelał w ulice rakietami, aby je nieco rozświetlić. Rozpoczynała się wtedy wzajemna strzelanina i powstańcze bębny biły do ataku. Ale alarmy były fałszywe i na nich się tylko kończyło.
Niemniej gorączkowo przygotowywano się w kręgu, zatoczonym dokoła Miodowej. Fortyfikowano niektóre domy, barykadowano wyloty ulic, ubezpieczano się rowami przed jazdą, sypano szańczyki pod działa, bito strzelnice, zasłaniano worami piachu okna i drzwi, ściągano amunicyę, gromadzono nawet po kamienicach zapasy wody na okoliczność pożarów, że zanim noc zbielała, już wojska i lud zbrojny czekał na wyznaczonych stanowiskach. Objeżdżał je Cichocki, wydając ostatnie polecenia i rozkazy. Męstwa zalecać nie potrzebował. Mycielski z niektóremi kompaniami swojego regimentu miał szturmować ambasadę. Kiliński, wzmocniony żołnierzem municypalnym, prowadził na gdański dom i kamienice, wychodzące aż na Miodową. Ropp dowodził uderzeniem od Długiej. Odzyskany dom Latoura i teatr narodowy objął major Górski przy pomocy wolonterów Rutkowskiego. Od strony Świętojurskiej brały stanowiska gwardye piesze i lud Sierakowskiego. Ogród Krasińskich wziął pod armaty arsenał wraz z odcinkiem Długiej i Bielańskiej. Od Tłumackiego, Mennicy i Daniłowiczowskiej szedł Kosmowski z gwardyą Mirowską i oddziałami Kriegera. Marywila strzegł pułkownik Zieliński, zbuntowane szwadrony ułanów Koeniga i spora kupa Żydów pod Berkiem Josełowiczem. W Koziej stanął Wroński, usypał poprzeczny szaniec i wciągnąwszy na niego swoje sześciofuntówki, strzelał raz po raz w Miodową. W asekuracyi miał kompanię pontonierów i drugą Działyńczyków. Zasię część niezbyt rozległą, lecz może najcięższą, bo dom Roeslera, pałac »pod gwiazdą«, pałac biskupów krakowskich i kamienice Teppera otrzymał Zaręba.
Jego zimne męstwo, pogarda niebezpieczeństwa, obrotność i wyższe talenta, okazane w ciągu dnia, zjednały mu u Cichockiego to zaszczytne i groźne zarazem wyróżnienie. Przyjął je bez szemrania. Ojca Serafina wraz z granatnikami odesłał do klasztoru, a przybrawszy do pomocy Kacpra i Maciusia, skoro jeno się zmierzchnęło, ruszył na zlustrowanie powierzonych sobie stanowisk.
Stan ich okazał się gorszym, niźli można było sobie imaginować. Owe kamienice i pałace po całodziennem ostrzeliwaniu z karabinów i armat przedstawiały się opłakanie: powyrywane okna, dachy niby rzeszota, poszczerbione węgły, tu i owdzie zawalone sufity, pozapadane poddasza, bramy w drzazgach i podziurawione ściany dawały obraz rumowisk, ledwie trzymających się kupy. I załogi znajdowały się nie w lepszej kondycyi; mocno przetrzebione, głodne, wyczerpane, w ranach, ledwie już dech łapiące w ciasnych izbach, przepełnionych wapienną kurzawą i gryzącymi dymami, walczyły jednak z niesłabnącem męstwem. Trzeba mu było łatać, podpierać, uzupełniać straty, usuwać zabitych, wynosić rannych, dawać odpoczynek spracowanym, ściągać rezerwy, uzupełniać amunicyę, broń i żywność, a wszystko wśród nieustającego ognia i przy częstych szturmach. Ale jego niezłomna wola uporała się ze wszelkiemi trudnościami. Niby salamandra, uwijał się w gradach kul, w dymach i pożarach, bowiem Moskale strzelali niekiedy kulami zapalającemi. Co pewien czas jego władczy głos, mocniejszy nad świsty kul i zgiełki, grzmiał po różnych domach, piętrach i dziedzińcach. I nie to, że się zamęczał i co chwila narażał życie, tego był zwyczajny, gdyby nie ta dręcząca troska o Izę.
— Co się z nią stało? — ten niepokój nie opuszczał go nawet w bitewnych zawieruchach.
O zmierzchu posłał na zwiady Kacpra. Wrócił z nowiną, że pałac Borchów zajęli Moskale. Potem naparł się Maciuś. I dopiero o północy się przywlókł z przestrzelonem uchem, pochlastanym łbem i bez żadnej wiadomości. Nie potrafił się nawet zbliżyć do pałacu. Meldował o tem porucznikowi na kwaterze Woyny w domu Roeslera. Zaręba machnął niecierpliwie ręką i wszedł do frontowych pokojów. Obraz prawdziwego piekła roztoczył mu się przed oczami. Dom dygotał od kul działowych, ze ścian odpadały tynki, chwiały się podłogi, osypywały się pułapy, ciemno było, dymnie i duszno. Strzelano z okien i ze wszystkich strzelnic. Jakoby potworna zamieć waliła raz po raz w mury gradami kul, świstów i ogłuszających ryków. Błyskawice wystrzałów wyżerały oczy, wyjawiając zarazem na mgnienie szeregi przypartych do okien, do wyłomów, do strzelnic i bijących równo, spokojnie i ze straszliwą celnością.
Rannych i zabitych zastępowali oczekujący swojej kolei.
Woyna w potarganym fraku, z głową obwiązaną, z tygrysiemi oczami, a z przyśmiechem zatruwającej szydliwości na spieczonych wargach, niedbały, a jak cios, raptowny w postanowieniach, czuwał nad ewentami walki, nad całością murów, okien i zasłon. Przechodził z pokoju do pokoju i z piętra na piętro cichym, niedosłyszalnym krokiem widma. Rzucał krótkie rozkazy, w potrzebie sam zawalał okna wypadłymi worami, gasił pożary, opatrywał rannych, śledził z dachów za obrotami Moskalów i dawał sygnały sąsiednim kamienicom. Całą jednak duszą był przy Zośce Radzymińskiej, strzelającej z narożnej stancyi, najbardziej wystawionej na ogień nieprzyjacielski.
Dwóch jakichś frantów w strzępach pasiastych fraczków, w zakrwawionych halsztukach, z plejzerami na twarzach, unurzani w wapienno krwawem błocie, podawali jej nabitą broń. Ona zaś, przyczajona z boku wyłomu wybitego działową kulą, przygięta jakby do skoku, wypatrywała orlemi oczami ofiary. Strzelała, nigdy nie chybiając. Była przerażająco piękna. Maską skamieniałego nieubłagania pokazywała się jej twarz blada i wychudła. Ściągnięte łuki czarnych brwi nadawały jej wpadniętym oczom straszliwy wyraz gniewu. Zdała się już być w posępną stronę śmierci przechylona i niby przeznaczenie, okrutna. I nie bardzo wiedziała, co się z nią dzieje, gdyż na powitanie Zaręby odrzekła:
— Zabiłam piętnastu! — odetchnęła głęboko — Karabin! — rzuciła, wyciągając rękę za siebie. Wzięła na cel jakiś cień, słaniający się pod pałacem biskupów, i strzeliła. Ryk wyszarpnął się z mroków, przeciągły i okropny. Nasycona jego melodyą, znowu rozkazała:
— Karabin! Nałożyć świeże skałki! Zbierają się pod Tepperem! Tuj! Cel! Pal! Razem!
— Odprawujemy dzisiaj zrękowiny! — zaśmiał się Woyna, odprowadzając Zarębę na tyły domu, do jakiejś zaciszniejszej stancyi, gdzie królował wielki stół, zastawiony jedzeniem i flaszkami. W sąsiedniej alkowie, na sienniku chrapał kasztelanic Mostowski, a w kącie leżało dwóch zabitych towarzyszów. Kałuże stygnącej krwi świeciły się na podłodze.
Zaręba jeść nie mógł, pił jeno gorącą kawę całym imbrykiem, paliło go nieugaszone pragnienie. Poczem spojrzawszy na przyjaciela, wzdrygnął się jakby przed zjawą.
— Co ci jest? Masz twarz śmiertelnie ranionego! — serce zabiło mu współczuciem.
— Zdrowy jestem, a umrę dopiero jutro — wyrzekł z najgłębszą pewnością.
— Oszalałeś! Oszaleliście oboje! Robicie jakieś trajedye! Człowieku, toć idzie nam wybornie, jutro dokonamy zwycięstwa, jutro nasze, jak Bóg w niebie! — porwała go nadzieja.
— Może i nasze, ale z pewnością nie moje, nie moje, nie moje — powtarzał coraz ciszej.
— Zobaczymy! — zmienił materyę — masz otworzoną komunikacyę przez pałac »pod gwiazdą?«
— Nie. Trzebaby łamać podwójne mury. A zresztą i po co?
— Na każdą okoliczność! Każę natychmiast wybić przejście. Będziesz miał zapewniony odwrót na Krakowskie i przez pałac na Kozią i dalej.
— Parol kawalerski, jako się z tego domu nie ruszę; padnę z nim razem.
— Rzekłeś! Może przyjść ewentualność ratowania panny Radzymińskiej.
Woyna się nie odezwał. Dom dygotał, od ustawicznych wstrząśnięć przygasała świeca i szczękały na stole talerze. Zaręba, nie doczekawszy się odpowiedzi, wyszedł na Krakowskie i przysiadłszy na schodach pod domem Roeslera, by nieco zaczerpnąć powietrza, wysłał Kacpra po Konopkę, biwakującego przy Krakowskiej Bramie.
Stawił się natychmiast w asyście swojej nieodstępnej kohorty.
— Rozkaz generała Cichockiego, żebyś Waszmość ruszył z pomocą nad Wisłę.
— Mam ważniejsze zadania — odparł z pewnem lekceważeniem.
— Rozkaz wyraźny! Posłuszeństwo albo kula w łeb — zakrzyczał impetycznie.
— Ta mowa nie do mnie. Melduję, jako przez cały dzień nie żałowałem gnatów i biłem się, gdzie mi nakazano. Wroński z artyleryi może zaświadczyć. Straciłem piętnastu łudzi. Aktualnie jednak — pochylił mu się do ucha — jestem pięć i na rozkaz Mistrza spieszę osaczać zdrajców i podejrzanych. Mogą się wymknąć wraz z moskiewskiemi wojskami.
— Nie zazdroszczę Waści tego procederu — mruknął z niechęcią.
Konopka zaświstał i otoczony lasem kos i bagnetów, pociągnął w górę miasta.
Zaręba siedział czas jakiś w zadumie, wystawiając zgorączkowaną twarz na chłodne powiewy, płynące od Wisły. Było już dawno po północy. Noc się rozjaśniała i księżyc obiecywał wzejść lada chwila. Zgiełki nieco ścichały, jeno pożary rozlewały się coraz krwawszemi zorzami. Wiatr też wstawał i z szumem przewalał się ulicami.
— Sam pójdę spenetrować, kiedyście tego nie potrafili — wyrzekł zrywając się ze schodów.
Nie pomogły prośby, ni perswazye Kacpra. Uparł się i poszli.
— Straszny azard. Żeby się tak przebrać po moskiewsku, to nie mówię — zauważył Kacper.
— Pokornie melduję — wystąpił Maciuś — skoczę na róg Miodowej; tam sporo leży zabitych, obedrę którego i w mig się stawię — nie czekał nawet pozwolenia.
Ledwie Zaręba zlustrował baterye Wrońskiego i jego asekuracye, kiedy powrócił Marcin z tobołem pod pachą, i poszli razem na Bielańską, do ogrodów położonych za Mennicą.
— Jeszcze się ruchał: pięścią między ślepie i dawaj, bratku, co mi potrza — chwalił się Maciuś, pomagając się przebierać porucznikowi. Nie zapomniał o niczem.
Przesunęli się cicho, niby węże, do ogrodu na tyłach pałacu Borchów, do którego latową porą schodzili się mieszczanie na piwo. Ogród był duży, zacieniony wielkiemi drzewami, pełen brzozowych altan, bielejących w ciemnościach, stołów wkopanych w ziemię i nizkich, długich szop. Z jakiegoś drzewa krzyczały wystraszone pawie.
Pałac wynosił się z głębi, niby mroczna chmura, stał się ciemny i oniemiały.
W poszumach wiatru kroki patrolów rozlegały się dosyć wyraźnie.
Wschodzący księżyc oblewał czerwonawem światłem czuby drzew i domów.
Kacper z Maciusiem pozostali, przyczajeni gdzieś w krzakach.
Zaręba, przebrany nie do poznania, znający hasło wydane wojskom i umiejący jako tako po rosyjsku, odważnie ruszył naprzód, resztę zdając na wolę przypadków.
Pierwszy kordon wart wyminął, niezauważony przez nikogo. Przyspieszył kroków i już środkowe wejście zamajaczyło przed nim, kiedy natknął się na żołnierza. Nie tracąc ani na mgnienie kontenansu, sprostował się w całej okazałości, szerokim gestem odsunął go z drogi, zuchwale zmierzając ku drzwiom.
Żołnierz, sprezentowawszy broń, poszedł w swoją stronę.
Długo stał w ciemnej sieni, zanim znowu zapanował nad sobą.
Chrapania i straszliwy zaduch dowodziły, jako cały dół pałacu zapełnili żołnierze. Po omacku, potykając się o jakieś przedmioty i śpiących pokotem, przedostał się na front do głównej antiszambry. Wywarte na roścież podwoje dawały widzieć pałacowy dziedziniec, zapchany piechotą i jazdą. Od Senatorskiej dochodziły odgłosy gęstych salw. Poszedł na piętro do apartamentów Izy; schody tak straszliwie trzeszczały, że wchodził z długimi przestankami, przystając na każdym stopniu. A kiedy się znalazł w pierwszej stancyi, księżyc się był właśnie wyniósł ponad domy i zaświecił przez powybijane okna: wszędzie na podłodze spali żołnierze. Przyciśnięty plecami do ściany, zmartwiały, długi czas się ważył, co robić dalej. Aż nareszcie, azardując do ostatka, postanowił spenetrować całe mieszkanie. Spróbował szabli, wysuwała się z pochwy gładko, a wziąwszy krucicę do ręki, przechodził z największemi ostrożnościami wszystkie komnaty po kolei. Wyglądały jakby po gwałtownem trzęsieniu ziemi. Na każdym kroku potykał się o rumowiska i szczątki porozbijanych sprzętów. Poszarpane szmaty, potłuczone farfury i zwierciadła leżały całemi kupami. W sypialni Izy, na jej łożu pod obdartym pawilonem, majaczyły jakieś postacie. Odór gorzałki, flachy na stolikach i kobiece jupki na podłodze powiadały wyraźnie, kto się tam rozgościł.
Chodził już coraz odważniej, nie dbając, że raz po raz ktoś zaklął na niego lub się poruszył.
Po Izie nie było ani śladu, na szambelana nie natrafił, nikogo ze służby nie zobaczył. Musieli się jeszcze w samą porę wynieść z pałacu. Odetchnął z niezmierną ulgą.
Na powrotnej drodze zajrzał jeszcze do pokojów kasztelanowej. W pierwszej komnacie nie było nikogo, leżały jeno jakieś powiązane toboły, ale na progu drugiej stanął, jakby rażony piorunem. Księżyc świecił prosto w okna i wyjawiał wszystko z okropną wyrazistością: na środku leżała zabita kasztelanowa, głowę miała porąbaną, otwarte, zastygłe usta zdawały się jeszcze krzyczeć. Dominikanin bielił się pod piecem. Kałuże zakrzepłej krwi plamiły pawimenty. Dokoła panował nieład gwałtownej grabieży i mordu.
Tylko pod oknem, w złoconej obręczy, drzemała papuga z głową wtuloną pod skrzydło, lecz na szelest jego kroków, strzepnąwszy piórami, zakrzyczała chrapliwie:
»Bóg ponad wszystko«. Poczem rozbujawszy się z obręczą, zaczęła się śmiać.
Włosy mu powstały na głowie, zgroza chwyciła za gardło i wyszedł tak pospiesznie, że prawie nie zapamiętał w jaki sposób przedostał się do swoich ludzi.
Wkrótce noc pobladła i na pełnem świtaniu we wszystkich ulicach zawarczały bębny do generalnego ataku na Igelströma.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.