Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/422

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kacper z Maciusiem pozostali, przyczajeni gdzieś w krzakach.
Zaręba, przebrany nie do poznania, znający hasło wydane wojskom i umiejący jako tako po rosyjsku, odważnie ruszył naprzód, resztę zdając na wolę przypadków.
Pierwszy kordon wart wyminął, niezauważony przez nikogo. Przyspieszył kroków i już środkowe wejście zamajaczyło przed nim, kiedy natknął się na żołnierza. Nie tracąc ani na mgnienie kontenansu, sprostował się w całej okazałości, szerokim gestem odsunął go z drogi, zuchwale zmierzając ku drzwiom.
Żołnierz, sprezentowawszy broń, poszedł w swoją stronę.
Długo stał w ciemnej sieni, zanim znowu zapanował nad sobą.
Chrapania i straszliwy zaduch dowodziły, jako cały dół pałacu zapełnili żołnierze. Po omacku, potykając się o jakieś przedmioty i śpiących pokotem, przedostał się na front do głównej antiszambry. Wywarte na roścież podwoje dawały widzieć pałacowy dziedziniec, zapchany piechotą i jazdą. Od Senatorskiej dochodziły odgłosy gęstych salw. Poszedł na piętro do apartamentów Izy; schody tak straszliwie trzeszczały, że wchodził z długimi przestankami, przystając na każdym stopniu. A kiedy się znalazł w pierwszej stancyi, księżyc się był właśnie wyniósł ponad domy i zaświecił przez powybijane okna: wszędzie na podłodze spali żołnierze. Przyciśnięty plecami do ściany, zmartwiały, długi czas się ważył, co robić dalej. Aż nareszcie, azardując do ostatka,