Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/421

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie pomogły prośby, ni perswazye Kacpra. Uparł się i poszli.
— Straszny azard. Żeby się tak przebrać po moskiewsku, to nie mówię — zauważył Kacper.
— Pokornie melduję — wystąpił Maciuś — skoczę na róg Miodowej; tam sporo leży zabitych, obedrę którego i w mig się stawię — nie czekał nawet pozwolenia.
Ledwie Zaręba zlustrował baterye Wrońskiego i jego asekuracye, kiedy powrócił Marcin z tobołem pod pachą, i poszli razem na Bielańską, do ogrodów położonych za Mennicą.
— Jeszcze się ruchał: pięścią między ślepie i dawaj, bratku, co mi potrza — chwalił się Maciuś, pomagając się przebierać porucznikowi. Nie zapomniał o niczem.
Przesunęli się cicho, niby węże, do ogrodu na tyłach pałacu Borchów, do którego latową porą schodzili się mieszczanie na piwo. Ogród był duży, zacieniony wielkiemi drzewami, pełen brzozowych altan, bielejących w ciemnościach, stołów wkopanych w ziemię i nizkich, długich szop. Z jakiegoś drzewa krzyczały wystraszone pawie.
Pałac wynosił się z głębi, niby mroczna chmura, stał się ciemny i oniemiały.
W poszumach wiatru kroki patrolów rozlegały się dosyć wyraźnie.
Wschodzący księżyc oblewał czerwonawem światłem czuby drzew i domów.