Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/410

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i niemocy. I prawie żadnej nadziei ocalenia, że niejeden, odchodzący już od zmysłów z nieskończonego wyczekiwania, przebierał się w najlichszą odzież własnej służby i wymknąwszy się na miasto, szukał schronienia po klasztorach, lub wałęsał się po ulicach wraz z tłumami.
Nie lepiej działo się i na Zamku
Król, opuszczony od wojska i dygnitarzów, w asyście jeno sióstr, p. Grabowskiej, Ryksa, Kicińskiego i kilkunastu najwierniejszych, pozostawał w strasznej niepewności. Był jeno niemym i dalekim świadkiem traicznych wypadków. Nikt nie przychodził do niego po rady, nie żądał rozkazów, ni prosił o pozwolenia.
Jego Majestat stał się nikłym cieniem, a odebraną władzę naród powierzył Kościuszce.
Jeszcze dzień przeszedł mu jako tako, gdyż utrzymywał z miastem stosunki za pośrednictwem Mokronowskiego i paru zaufanych; wysyłał listy do Igelströma przez Byszewskiego, pisywał do Prymasa, starał się porozumieć z przywódcami powstania, zasięgał jakichś wiadomości w ambasadzie angielskiej, coś działał, o coś zabiegał, coś usiłował zawiązywać, ale z nastaniem nocy, skoro Kiliński zajął swoimi ludźmi wszystkie zamkowe wyjścia, komunikacye przerwały się zupełnie. Obywatele nie przepuszczali nikogo.
Obrażony król zamknął się w swoich apartamentach. Snuł się po komnatach, niby echo czegoś, co już bezpowrotnie umierało. Nie przerywano mu tych dumań samotnych.