Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/411

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Marcin Zakrzewski, uzbroiwszy służbę i paru paziów, obsadził nimi od środka wszystkie wyjścia z królewskich pokojów i sam stanął na straży w głównej kordegardzie.
Ponury był, jak noc, i rozżarty na cały świat. Jakże, rozumiał, jako prędzej da się porąbać, niźli odstąpi królewskiej osoby. Miał to za najświętszą powinność serca. Lecz nasłuchując grzmotów dział i odgłosów walki, cierpiał niewysłowione męczarnie. Tam walczyli jego przyjaciele i towarzysze, lali krew za ojczyznę i zwyciężali bez niego.
Biegał po kordegardzie, niby wilk, zamknięty w klatce i szalejący za wolnością.
W złocone podwoje grzmotnęły jakieś pięście, gwar się podniósł za drzwiami, dobijały się straże Kilińskiego. Pełno ich było w salach, po korytarzach i schodach.
Otworzył gwałtownie, z obnażoną szablą w ręku; gniew nim miotał, ledwie się hamował.
— Czegóż obywatele sobie życzą? Król o tej porze audyencyi nie udziela!
Stropili się na chwilę, cofając przed jego gniewnym wzrokiem i gołą szablą.
— Właśnie chcemy zobaczyć króla Jegomości! — wystąpił jakiś drab ogromny.
— Powiedziałem, jako nie pora! — huknął, zatrzaskując im drzwi przed nosem.
Ale król, posłyszawszy rozmowy, wyszedł z łaskawem pytaniem, czego im potrzeba.