Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/402

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ostatnią walkę. Obliczał straty i szykował nowe ciosy. Był znużony, a zarazem radosny pewnością zwycięstwa. Drzemał i trząsł się w gorączce przygotowywań. Milczał złowrogiem milczeniem chmury, brzemiennej piorunami.
Na kwaterze komendanta, we wszystkich izbach, na ławach, materacach, siennikach i prosto na podłodze spali ciężko spracowani oficyerowie. W ostatniej, najobszerniejszej stancyi sam generał Cichocki spał na polowem łożu rozciągnięty, stary Deybel drzemał z głową na okiennym parapecie; spał kto uchwycił sposobną porę.
Chomentowski ze sztabem i kancelaryą pracował niestrudzenie. Gotowano plan generalnego ataku na Igelströma. Cichocki, budzony co chwila pytaniami, rzucał jakieś uwagi, momentalnie potem zasypiając. Nieustannie napływały wiadomości z miasta; leciał z niemi jakiś żołnierz, przeskakując rozciągniętych pokotem, skradał się lękliwie jakiś Żyd, dreptali zakonnicy, przychodziły kobiety i wyrostkowie. Kubicki przy osobnym stole pod oknem, w świetle stajennej latarni, wybadywał wszystkich, skrzętnie konotując.
Niekiedy wpadał Maignan, leib-chirurg, w białym, srodze zakrwawionym fartuchu, przynosząc wieści o konającym z ran Tiszczewie i drugich. Wypalił lulkę, napił się czarnej kawy i zasięgnąwszy języka o stanie spraw, powracał do opatrywania rannych.
Niekiedy przewiał Dobrski burzliwym wichrem i porwawszy któregoś ze śpiących, pędził w głąb arsenału do robót, prowadzonych z gorączkowym pośpiechem.