Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/404

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wione do ognisk parowały smakowicie, bowiem racye wydawano nieustannie, że w różnych stronach wciąż dzwoniły kociołki. Przy ogniskach, strzelających raz po raz żywszymi płomieniami, pokazowały się twarze srodze uznojone, często zakrwawionemi szmatami obwiązane, często śmiertelnie blade i jakby zastygłe w bojowej zapamiętałości, groźne i zarazem pełne skupionego męstwa i powagi. Owdzie ktoś rozpowiadał swoje bitewne przewagi z ferworem, przymuszającym do słuchania. Opatrywano sobie rany co lżejsze. Myto się i chędożono rynsztunki. Od strony artyleryjskich warstatów zgrzytały niekiedy taczalniki, ostrzące szable i bagnety.
Jakieś kobiety, tające się po ciemnych kątach, szlochały niekiedy rozpaczliwie.
A czasem wśród ciżb, mrowiących się do koła, przelatywało jakieś wypomniane imię.
Zabity! Ciężko ranny! Zdały się odpowiadać żałosne echa; zcichały wtedy rozmowy, rwały się głuche westchnienia i oczy leciały w stronę trzeciego dziedzińca, przemienionego na lazaret. Brama była zawarta i straż broniła tam przystępu.
Pod nizkiemi szopami, w obszernych kuźniach i prosto pod niebem na ziemi, przytrząśniętej słomą, czerniały długie zagony, pełne krwawych snopów śmiertelnego żniwa Latarnie, przyczepione do ścian, nieciły żółtawe, blade kręgi świateł, w których wszystko zdawało się jeno być gorączkowem majaczeniem. Groble człowieczych łachmanów drgały, krzyczały strasznie w przerażających skrętach i dygotach. Niekiedy, niby upiór, jakaś twarz, napiętnowana śmiertelną męką, wy-