Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/420

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Kacpra po Konopkę, biwakującego przy Krakowskiej Bramie.
Stawił się natychmiast w asyście swojej nieodstępnej kohorty.
— Rozkaz generała Cichockiego, żebyś Waszmość ruszył z pomocą nad Wisłę.
— Mam ważniejsze zadania — odparł z pewnem lekceważeniem.
— Rozkaz wyraźny! Posłuszeństwo albo kula w łeb — zakrzyczał impetycznie.
— Ta mowa nie do mnie. Melduję, jako przez cały dzień nie żałowałem gnatów i biłem się, gdzie mi nakazano. Wroński z artyleryi może zaświadczyć. Straciłem piętnastu łudzi. Aktualnie jednak — pochylił mu się do ucha — jestem pięć i na rozkaz Mistrza spieszę osaczać zdrajców i podejrzanych. Mogą się wymknąć wraz z moskiewskiemi wojskami.
— Nie zazdroszczę Waści tego procederu — mruknął z niechęcią.
Konopka zaświstał i otoczony lasem kos i bagnetów, pociągnął w górę miasta.
Zaręba siedział czas jakiś w zadumie, wystawiając zgorączkowaną twarz na chłodne powiewy, płynące od Wisły. Było już dawno po północy. Noc się rozjaśniała i księżyc obiecywał wzejść lada chwila. Zgiełki nieco ścichały, jeno pożary rozlewały się coraz krwawszemi zorzami. Wiatr też wstawał i z szumem przewalał się ulicami.
— Sam pójdę spenetrować, kiedyście tego nie potrafili — wyrzekł zrywając się ze schodów.