Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/413

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mroki, że wydawał się w nich podobniejszym do widma, niźli do człowieka. Blady, traicznie zasępiony, samotny i opuszczony, dygocący za każdym głośniejszym wybuchem strzałów, dawał obraz człowieka gonionego przez furye. Niekiedy zabierał się do czytania i odrzucał książkę. Próbował stawiać pasyanse i nie wyłożywszy jeszcze wszystkich kart, zapominał o nich. A że już chodzić nie miał sił, a wysiedzieć na jednem miejscu nie potrafił, szedł do ciemnego pokoju od strony dziedzińca i przyglądał się ogniskom, przy których biwakowały straże. To patrzał w ciemne okna kwatery hetmana Ożarowskiego, a najwięcej ciągnęły mu oczy oświetlone pokoje sejmowych kancelaryi, gdzie zakwaterował się generał Mokronowski.
Ryks, znalazłszy się przy jego boku, zaszeptał do ucha:
— Najjaśniejszy Panie, tam zebrali się najznaczniejsi obywatele, należący do spisku, z Wysygotą Zakrzewskim na czele. Z polecenia Kościuszki mają formować Rząd Tymczasowy!
— I bez porozumienia się ze mną! A tak mi obiecywał Mokronowski — jęknął cichutko i powrócił znowu do swoich królewskich komnat, do okropnych rozmyślań, do coraz piekielniejszych udręczeń i do zajadłej, nieubłaganej walki z własnem sumieniem.
— Z polecenia Kościuszki! A ja? — niewysłowiona gorycz zadźwięczała mu w głosie.
Jakby w odpowiedzi, z łazienek Kwiecińskiego zagrzmiała armata, że zatrzęsły się zamkowe mury i jakieś zwierciadło runęło mu pod nogi, rozbryzgając się