Strona:Władysław Stanisław Reymont - Rok 1794 - Insurekcja.djvu/412

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pozdejmowali czapy i kapelusze, opuścili pałasze i strzelby, a ten sam drab przemówił:
— Kiliński przykazał nam strzedz Waszą Królewską Mość, żeby broń Boże, nie stało się co złego, jako że to o przypadek w tym rozruchu nie trudno.
— I nakazał pilnować, żeby król nie uciekł do Moskalów! — dodał któryś otwarcie.
— Nie kręć szyją, kiedy do cię nie piją — powsiadł na niego groźnie dowódca.
— Powiedzcie Kilińskiemu, że król zawsze idzie z narodem, a nie z jego wrogami.
Powiedział łzawo i przesmutnym głosem. Twarz wyrażała ciężką troskę i ból.
— Najjaśniejszy Panie! My nie przeciwko twojej osobie! — bąknął dowódca, obcierając tkliwe łzy.
Król wyciągnął do niego dłoń; ucałował ją ze czcią i namaszczeniem, jakby patynę, za nim uczynili to wszyscy po kolei, cofając się tyłem do wyjścia i kłaniając mu się do nóg.
Zakrzewski, otworzywszy na roścież okno, wykrztusił przez zaciśnięte zęby:
— Aż dech zapiera od tych obywatelskich fetorów!
Król, skinąwszy mu głową, powrócił do siebie. Spacerował z komnaty do komnaty. Czasami patrzał w noc rozkrwawioną pożarami. Nasłuchiwał odgłosów walk, to coś pilnie konotował. Musiał strasznie cierpieć, bo wyglądał, jak zdjęty z krzyża; niekiedy ocierał łzy, łamał ręce i ciężko, żałośnie wzdychał. Pokoje były oświetlone słabo, zaledwie tu i owdzie zapalona świeca rozjaśniała