Colas Breugnon (Rolland, 1923)/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

IV.
WŁÓCZĘGA, CZYLI JEDEN DZIEŃ WIOSENNY
Kwiecień.

Kwiecień radosny, syn wiosny, chudziutki, drobniutki, ma cczy, jak stokrotki. Widzę go w postaci gałęzi brzoskwini zwieszającej się u mego okna, okrytej różowemi pączkami, całowanej przez słońce. Co za cudny ranek! Co za uciecha, że widzi się ten ranek, że zobaczy się cały, cały dzień, aż do wieczora. Wstaję i przeciągam stare moje ramiona, odczuwając w nich miłe znużenie wytężoną pracą.
Przez dwa ostatnie tygodnie ja i uczniowie moi pracowaliśmy jak należy, chcąc nagrodzić czas stracony przymusowo. Aż trzaski fruwały wokoło, a drzewo jęczało pod heblami. Nasz głód pracy jest niestety większy, niż apetyt klienta. Nikt prawie nie kupuje, tem mniej nie spieszą ludziska płacić to, co zamówili. Sakiewki wypróżnione do dna, bezkrwiste są też szkatułki, ale kiwi owej dosyć w polach naszych. Gleba rodzajna, przeto: ara, ora et labora, będziesz panem do wieczora! Otóż panami są wszyscy moi krajanie z Clamecy albo nimi, dalibóg, zostaną. Wszakże od samego świtu huczy młyn, skrzypi miech kuźni, dźwięczą po kowadle roztańczone młoty, trzeszczą piły tartaku, rżą konie u poju, tłuką młotki szewców, dudnią koła wozów po gościńcu, klepią pati patosz saboty przechodniów, klaskają baty, rechocą głosy rozmawiających, słowem tętni praca w całem mieście jakby mówiła:
Pater noster... robimy panem nostrum quotidianum... o który cię prosimy... bo lepiej być zabezpieczonym na wszelki przypadek.
Nad głową moją rozpostarte niebo wiosenne rozbłysłe i ogrzane słońcem, a wiatr przegania po niem białe, lekkie chmurki. Wydaje się, że to odnowa młodości. Wraca na lotnych skrzydłach z oddali czasu jak jaskółka, by zbudować świeże gniazdko pod starą strzechą mego serca, które na nią czeka. Jakże ją powita rodośnie gdy przybędzie... o, zaprawdę goręcej, niż dawniej...
W tej chwili usłyszałem zgrzyt chorągiewki na dachu, oraz skrzekliwy wrzask mej czarownicy, rzucającej komuś jakieś przekleństwa. Może mnie beształa, ale nie słuchałem. Tylko młodość pierzchła przestraszona. Pal licho wszelkie chorągiewki! Słyszę tę wiedźmę... idzie... idzie prosto do mnie, będzie się produkowała:
— Znowu próżniaczysz? Znowuś założył ręce i znowu z gębą otwartą, jak wrota stodoły, gapisz się na chmury i wróble? Na cóż czekasz? Czy może, by pieczony gołąb wpadł ci prosto do gardła. A ja muszę pracować, jak wół, męczyć się, niszczyć zdrowie, pocić się krwawym potem dla tego bydlaka! Oto los słabej niewiasty na tym świecie! Ale nie! Pan Bóg nie nakazał, by kobieta jeno pracowała, a mężczyzna używał życia i włóczył się z kąta w kąt. Nie same rozkosze są dla was, darmozjady, musicie i wy cierpieć! Od tego jesteśmy, my, kobiety. I ja przynajmniej spełnię jego świętą wolę... Co, śmiejesz się? Dalej, bierz się do roboty, jeśli chcesz jeść dzisiaj obiad... Patrzcież, moi państwo, on mnie nie słucha... Czekaj, pożałujesz tego niezadługo!
Odpowiadam ze słodkim uśmiechem:
— Ależ tak... tak... moja najmilsza. Masz rację. byłoby to rzeczą nie do darowania spędzać tak cudny dzień przy pracy, w dusznej izbie!
Wchodzę do warsztatu i mówię uczniom:
— Chłopcy! Potrzebuję klocka drzewa elastycznego i bez sęków. Pójdę do tego poczciwca Riou zobaczyć, czy niema na składzie kawałka młodej dębiny. Dalejże Cagnat, Robinet, zbierajcie się, pójdziemy razem!
Wychodzimy wszyscy trzej, a wiedźma ryczy, jak opętana. Odpowiadam:
— Pośpiewaj sobie do syta, najdroższa moja! Ostatnia rada była zgoła zbyteczna. Stara rozwrzeszczała się strasznie. Ja, słysząc tę muzykę pogwizdywałem kuplety. Poczciwy Cagnat uspokajał ropuchę:
— Pani majstrowo, niema się o co gniewać. Wszakże to nie żadna podróż. Za mały kwadransik będziemy z powrotem!
— A djabli tam wiedzą! — odburknęła — Czy z tym rozbójnikiem można dojść do końca?


∗             ∗

Właśnie bila dziewiąta. Poszliśmy do Beyant. Droga tu niedługa, ale na moście Beuwronu zatrzymaliśmy się na chwilę (wypada spytać znajomych o stan zdrowia), by przywitać się z czcigodnym Fetu, Gadinem i Trinquetem, zwanym pięknym Jasiem, którzy zaczęli dzień od tego, że siedząc nade drogą, gapili się na płynącą wodę. Rozmawialiśmy o pogodzie i deszczu, potem, jak należy, poszliśmy dalej. Człowiek ma przecież sumienie, idzie drogą najkrótszą i nie gada z nikim (nie spotkaliśmy psa kulawego). Potrochu tylko (któż nie jest wrażliwy na piękno przyrody?) obserwowaliśmy niebo, świeże, wiosenne pędy traw i krzaków, rozkwitającą w rowie pod murem jabłoń, potem jaskółkę w locie, wreszcie, przystanąwszy na moment, dysputowaliśmy o tem, skąd wiatr wieje.
W połowie drogi przypomniałem sobie, że nie pocałowałem dziś mojej maleńkiej Glodzi. Przeto powiedziałem chłopcom:
— Muszę wstąpić do mojej córki. Idźcie naprzód. Spotkamy się w składzie drzewa.
Gdym przyszedł, Martynka właśnie szorowała podłogę w sklepie. Wody było po kostki. Martynka szorowała jak oszalała, nie przestając: jednocześnie mleć językiem. Gadała z wszystkimi, z mężem, którego nie było, z chłopcami, z praktykantem, z Glodzią i kilku kumoszkami, oraz sąsiadem. Śmiała się, pracowała i pyskowała,, gadała, plotła bez przestanku.
Skończywszy... szorować, nie gadać... wstała i, zamachnąwszy się szeroko, lunęła wodą z wiadra na sam środek ulicy. Zatrzymałem się na moment przed wejściem, by ją podziwiać, (serce mi rośnie na jej widok... co za ciało!) i połowa wody co najmniej oblała mi kolana i nogi. Zaczęła się jeszcze bardziej śmiać, ale ja się śmiałem głośniej.
Śliczna kobieta! Czarne włosy wiją się po czole, śmiało zarysowane brwi kleją się nad oczyma błyszczącemi, a wargi jej purpurowe wezbrane zdrowiem, życiem... Szyja odkryta, nagie ramiona, spódnica wysoko zakasana z widocznie swywolnym zamiarem. Powiada do mnie:
— Dzieńdobry. Dostałeś ładną porcję na powitanie.
Odpowiadam:
— Nic sobie nie robię z wody, o ile mi jej — pić nie każą.
— Wejdźże, Noe uratowany z potopu, wejdźże, Noe, pracowniku winnicy pańskiej.
Wchodzę i widzę Glodzię w króciutkiej koszulce, siedzącą pod ladą sklepową, odsuniętą na bok.
— Jak się masz, małe piekarczątko!
— Założę się, że zgadnę co ojca wygnało z domu o tak wczesnej porze.
— Wygrasz dziecko... ssałaś wszakże to, co mnie wygnało!
— Matka!
— Naturalnie!
— Że też wszyscy mężczyźni muszą być tchórzami! To niesłychane!
W tej chwili wszedł Florimond i posłyszał komplement. Zaraz przybrał minę obrażonego. Mówię mu:
— To się odnosi do mnie. Nie gniewaj się, chłopcze!
— Do obu... do obu! — Odrzuciła Martynka — Niech no ojciec nie będzie taki zachłanny.
Ale mąż nie rozpogodził oblicza. Uważa się za mieszczanina i nie dopuszcza, by się zeń naśmiewano. To też, ile razy widzi nas, to jest mnie i Martynkę razem, nie dowierza, podejrzywa, śledzi nas niepewnem spojrzeniem, czatuje na słowa wychodzące z naszych ust roześmianych. Biedne niewiniątko! Musi być celem docinków.
Powiadam tedy zgodliwie:
— Żartujesz, Martynko. Wiem, że Florimond jest panem w swoim domu i nie pozwoliłby się wygryźć, jak ja. Ale też jego Florimonda jest słodka, posłuszna, dyskretna, podległa i rozumie każde skinienie. Zacna kobiecina odziedziczyła zresztą owe zalety po mnie, który, jak wiadomo, jestem i byłem zawsze cichym, skromnym, trwożliwym i uległym człowieczyną.
— Dość tego! Nie kpij z ludzi! — zawołala Martynka, szorując tafle posadzki z zapałem bezprzykładnym.
Pracowała, nie przerywając ani na chwilę. Mimo to prowadziliśmy wesołą pogadankę, naszpikowaną mocnemi, dosadnemi wyrażeniami burgundzkiemi. Martynka wypełniła po brzegi sklep swą bujną, kipiącą życiem osobą i elokwencją, a biedny Florimond sterczał w głębi, obrażony, zimny, zapięty aż pod samą brodę. Nie czuje się nigdy dobrze w naszem towarzystwie, mocne słowa płoszą go, a zdrowe, jędrne dowcipy dotykają rzekomo jego godność osobistą. Nie pojmuje, że człowiek może się śmiać bez zamiaru obrazy, z samej tylko wesołości. Jest sucherlawy, bledziutki, chudziutki, ponurawy i ciągle na wszystko narzeka. Nic mu nie dogadza nigdy, zapewne dlatego, że poza sobą nic nie widzi. Miał na szyi chusteczkę i oczy jego ciągle biegały nie spokojnie w prawo i lewo, wreszcie, nie mogąc wytrzymać, powiedział:
— Okropny przeciąg tutaj!... Naturalnie, wszystkie okna pootwierane!
Martynka, nie zatrzymując się, odparła:
— Ja się duszę z gorąca! Florimond próbował przezwyciężyć się, ale po kilku minutach (prawdę mówiąc, wiatr latał niezgorzej po izbach) dał za wygraną i wściekły wybiegł ze sklepu.
Swywolnica, nie wstając z klęczek, podniosła głowę i powiedziała:
— Wlezie z powrotem za piec!
Zadałem jej pytanie, czy ciągle żyje zgodnie 2e swym piekarzem. Naturalnie nie przyznała się do rozczarowania. Choćby ją miano rozerwać na sztuki, nie byłaby pisnęła słowa za żadną cenę. Taka to już uparta sztuka!
— I dlaczegóżbym nie miała żyć zgodnie? — odrzekła — Bardzo go nawet lubię!
— No, no... smaczny jest, przyznaję, ale takie małe ciasteczko połknie człowiek za jednym razem, a cóż potem? Masz, Martynko, buzię sporych rozmiarów... ha?
— Trzeba poprzestać na tej strawie, jaką się posiada!
— Masz rację... Ale gdybym był... ciasteczkiem... nie miałbym jednak spokoju... o, nie!
— Czemuż to? Niema obawy, jestem sumienna w interesie. Tylko niechże i on dotrzymuje umowy. Gdyby mnie bodaj raz jeden okpił... ho... ho! Tego samego dnia miałby trzy pary — rogów na głowie. Równe prawa dla wszystkich! Tedy niechże robi jak się należy, co jest jego obowiązkiem!
— Miłyż to obowiązek!
— A on się czasem uskarża, że ma zbyt ładną żonę!
— A widzisz! Wyszło szydło z worka! To coś takiego, jak w owej przypowieści o kani, (jak wiadomo, jest to ptak bardzo głupi i kanią zowią u nas każdego głuptaka).
— Wiem, wiem. Te kanie bez piór to największe głuptaki!
— Otóż razu pewnego kumoszki wysłały kanię do Pana Boga z prośbą, by bachory zaraz po przyjściu na świat mogły chodzić prosto na dwu nogach. Pan Bóg (jako, że jest zawsze uprzejmym dla kobiet), odparł:
— Dobrze! Zgadzam się! Ale w zamian żądam, by moje drogie parafjanki dopełniły jednego warunku. Oto, by odtąd panienka, dziewczynka, czy dama sypiała pod pierzynką sama! — Głupie ptaszysko zaniosło odpowiedź na ziemię i powtórzyło dosłownie. Nie wiem co się stało tejże nocy, ale wiem, że kania została sromotnie poturbowana.
Martynka przysiadła na piętach, przestała szorować i wybuchnęła rozgłośnym śmiechem. Potem dała mi szturchańca i krzyknęła:
— Stary pleciugo! Wygadujesz ojciec głupstwa... Dość tego! Nie mam czasu słuchać! Tracisz mnóstwo czasu... Słuchaj, idź już sobie, a zabierz też tę małą srokę bez ogona, bo plącze mi się pod nogami. Weź sobie Glodzię. Oo... już grzebała w cieście, ma cały nos zasmarowany... Dalejże, wynoście mi się oboje, niezawadzajcie tu, bo inaczej wezmę się do miotły!
Wygnała nas oboje z domu. Poszliśmy sobie bardzo zadowoleni i udaliśmy się do składu drzewa kumotra Rioux. Ale zatrzymaliśmy się na chwilę nad brzegiem Jonny, przyglądając się łapaniu ryb. Udzielaliśmy rybakom rad i cieszyło nas zawsze, gdy pływak wędki zanurzał się w wodę, lub gdy wybłyskiwała nad falami srebrzysta rybka. Glodzia, widząc na haczyku robaka wijącego się ze śmiechu, powiedziała z minką zniechęcenia:
— Dziadziu! Jego to boli... Jego połknie rybka!
— Naturalnie, dziecinko! Nie jest to wielka przyjemność zostać połkniętym... tak... tak... Ale pocóż o tem myśleć? Myśl raczej o tem, ktobędzie jadł tę śliczną rybkę i powiedz: Jaka dobra!
— Ale, gdyby ciebie kto zjadł, dziadziu?
— Ha, trudno... powiedziałbym: Niech ci wyjdzie na zdrowie, szelmo jedna! Widzisz, moja Glodziu, że dziadzio jest zawsze zadowolony. Czy ja go połknę, czy on mnie, to właściwe wszystko jedno, trzeba tylko rozważyć w głowie! Prawdziwy Burgund jest zawsze z wszystkiego kontent.
Właśnie w tym punkcie rozmowy (niespełna o jedenastej) znaleźliśmy się u naszego Rioux. Nawet nie spostrzegliśmy się, że już jesteśmy u celu. Cagnat i Robinet czekali na mnie spokojnie, leżąc na brzuchach nad wodą, a sprytny Robinet, który nie zapomniał wędki, próbował szczęścia.
Zbliżyłem się do nich. Wystarczy mi znaleźć się pośród drzew, przybranych w piękny strój młodych liści, by zapach ziemi i zieleni odurzył mnie natychmiast. Wówczas, przyznaję, może sobie płynąć czas i woda! Wolę drzewo, niż kobietę. To już moja manja! Wybieram sobie to, które mi najlepiej odpowiada. Ale gdybym był Turczynem i miał na targowisku najukochańszą kobietę, otoczoną kilkudziesięcioma innemi, nagiemi dziewczątkami, to mimo mej miłości do tej jednej, nie zaniedbałbym udelektować się powabami całej trzódki. Nie jestem w ciemię bity. Na cóż mi Bóg dał oczy łakome na piękno, czyż na to, bym je zamykał? Moje oczy otwarte są jak brama stodoły. Wszystko wchodzi do środka, nie wypuszczam niczego. Jestem znawca! Widzę pod skórą samiczki wszystkie jej skryte pożądliwości, złośliwostki, wszystkie chytre myśli. Tak samo pod korą drzewa dostrzegam to, co stanowi jego treść, co się ukaże, jako liść i kwiat.
Patrzę sobie, a tymczasem Cagnat niecierpliwi się! (Jest to żarłok, który połyka wszystko na surowo, my tylko starzy umiemy się delektować). Z nudów zaczyna krzyczyć na całe gardło do rybaków, płynących łodzią od przeciwległego brzegu Jonny, a potem rozmawia z ludźmi, przechodzącymi powolnym krokiem. przez most.
Jużto u nas obyczaje są, bez względu na miejscowość, jedne, chociaż ptaszki w każdej mają odmienne pióra.
Przez cały dzień siedzi się na moście z nogami zwieszonemi, z pośladkami jakby przybitemi do desek. Czasem tylko wstaje się, by podejść do najbliższego krzaczka. Rozmowa pomiędzy dziećmi Beuwronu, a dziećmi Betlej emu składa się z szeregu wymyślań. Ci panowie z Judei nazywają nas chamami, krzywonosami burgundzkiemi, wędliniarzami, my zaś na komplementy te odpowiadamy, przezywając ich brodatemi małpami i ciastołykami. Mówię my, gdyż słysząc litanję i ja nie mogę się powstrzymać, by nie dorzucić swego: ora pro nobis! Każdemu należy odpowiedzieć, tego sama uprzejmość wymaga!
Zaledwo wymieniliśmy kilka słów w tym rodzaju, gdy nagle słyszę... dzwonią na Anioł Pański... Ho... ho... już południe! Zrywam się tedy na równe nogi! Gdzież się ten czas podział? Jakże prędko płynie piasek w klepsydrze świata? Proszę tedy naprzód rybaków, by pomogli Robinetowi i Cagnatowi złożyć drzewo na wózek, a secundo, by je zawieźli razem z nami do Beuwronu.
— Ho... ho... Breugnon zawsze wielki pan! — zauważyli jednogłośnie. Wydało się im to trochę za obcesowe, ale posłuchali, gdyż lubią mnie w gruncie rzeczy.
Wracamy do domu galopem. Ludzie stają w progach domów i sklepów, podziwiając nasz zapał i pracowitość.
Ale na moście Beuwronu spotykamy trzy wytrwałe ptaszki: Fetu, Gadina i Trinąueta, spoglądających ciągle w wodę. Nogi zatrzymują się same, a języki zaczynają pytlować presto. Oni spoglądają na nas pogardliwie, gdyż pracujemy, my spoglądamy na nich z pogardą, albowiem nie robią nic.
Czekaliśmy, aż wyczerpany zostanie cały repertuar. Usiadłem na boku, czekając końca, by przyznać nagrodę zwycięzcy. Nagle, tuż koło mnie rozległ się wrzask:
— Łajdaku! Jesteś nareszcie? Gadaj zaraz co robiłeś od dziewiątej rano do południa? Czy tak długo trzeba iść z Beuwronu do Beyant? Leniwcze paskudny! Nie wróciłbyś i teraz, gdybym cię nie wzięła za łeb! Dalejże, marsz do domu! Obiad przypalił się na nic!
Odpowiedziałem:
— Jej przyznaję nagrodę! Drodzy przyjaciele, daremnie się wysilacie! Któryż z was potrafi dorównać tej drogiej szczebiotce mojej?
Pochwała wbiła ją widocznie w dumę, gdyś uraczyła nas jeszcze jednym utworem. Wykrzyknęliśmy chórem:
— Brawo!
— Ale teraz — powiedziałem — czas nam wracać. Idź przodem, droga żoneczko!


∗             ∗

Megera moja szła pospiesznie, trzymając za rączkę Glodzię, a za niemi postępowałem ja, z wózkiem i uczniami. Nagle, od górnej dzielnicy miasta dobiegł radosny dźwięk zmieszanych głosów, pogłos muzyki i tony dzwonów wieży Św. Marcina. Podniosłem głowę, zastrzygłem uszami, jak kawaleryjski koń przed atakiem, a nos mój wydłużył się, węsząc za czemś nowem, a ponętnem.
Właśnie odbywa się ślub pana d’Amazy z panną Lukrecją de Champeaux, córką poborcy podatków....
Wszyscy spieszą zobaczyć orszak ślubny. Biegną, biorąc nogi za pas, porzucając pracę, biją sic, by co prędzej dostać się na plac zamkowy. Oczywiście nie czekałem pozwolenia i pomknąłem co żywo. Nie co dnia widzi człowiek takie wspaniałości. Trinquet, Gadin i Fetu nie raczyli nawet podnieść głów. Oświadczyli, że to nie ich rzecz, ludzi przedmiejskich chodzić z wizytą do mieszczan z pod wieży. Zaprawdę, podoba mi się ta duma i ten takt... to wzniosłe! Ale poświęcać przyjemność dla wzniosłości? Nie, to nad moje siły! O, męczennicy godności własnej, nie dorastam wyżyn waszych!
Mimo, że jednym skokiem przesadziłem wszystkie trzydzieści sześć stopni schodów wieży Św. Marcina, przybyłem niestety zapóźno i nie widziałem, jak orszak weselny wchodził do katedry. Musiałem tedy zaczekać, by go zobaczyć w drodze powrotnej. Ale wszyscy proboszcze są podobni do siebie. Gdy zaczną śpiewać, niema temu końca. Z nudów postanowiłem wejść do kościoła, i udało mi się tego dokazać w pocie czoła. Ugniatałem krągłe brzuszki i wydatne... przedsięwzięcia, oraz grzeczne siedzeńka. Ale utknąłem zaraz pod chórem w tej pierzynce ciał ludzkich jakby w łóżku cieplutkiem i mięciutkiem. Było trochę za gorąco, a temperatura taka sprzyja myślom swywolnym. Ale wszakże to miejsce święte, trzeba być poważnym... wszystko ma swój czas! Gdy tego wymagają okoliczności, mogę stać, jak trusia, spuściwszy uszy niby skromny osiołek. Bywa czasem, że uszy się podnoszą i oślina ryknie sobie.
Tak się stało dzisiaj. Stałem sobie cichutko i nabożnie i, otwarłszy usta by lepiej widzieć, śledziłem przebieg radosnego ofiarowania się czystej Lukrecji Imć. panu d’Amazy. Huczały tuż nade mną cztery trąbki myśliwskie św. Huberta, trąbiąc ku czci znakomitego łowcy podniosłą fanfarę. Nie było tylko niestety zwierzyny. Dusiłem się od śmiechu i oczywiście nie mogłem się powstrzymać, by nie pogwizdywać (zcicha) melodji łowieckiej.
Gdy nadszedł moment kulminacyjny, narzeczona na pytanie księdza odpowiedziała: — Tak! — a wydęte policzki trębaczy zagrały „dojeżdżanego“, nagle, nie wiedząc sam jak się to stało, krzyknąłem głośno:
— Halali...!
Można sobie wyobrazić, jakie to uczyniło wrażenie. Natychmiast zbliżył się odźwierny, nastroszył brwi i szukał oczyma winowajcy. Skuliłem się i, skromnie przecisnąwszy się pomiędzy pośladkami bliźnich, wyszedłem z kościoła.
Znalazłem się na placu, wśród licznej kompanji znajomych. Wszyscy przybyli jak i ja, chcąc się napatrzyć do syta, nasłuchać, napić opowiadań... tak by można powtarzać to, czego się nie widziało. Naturalnie używałem sobie i czas mijał szybko i naraz otwarły się drzwi katedry, a cały orszak... myśliwski... wynurzył się przy dźwiękach organów.
Na czele, z miną triumfatora kroczył Imć. pan d’Amazy, prowadząc pod rękę upolowaną zwierzynę, która rzucała oczyma w prawo i lewo, strojąc powabne minki. Ej!... powiedziałem sobie, cieszę się, że nie mam obowiązku pilnować tej sarenki... śliczna bestyjka, ale ten, kto ją wypatroszy, dozna czegoś jeszcze, prócz rozkoszy... Wiadomo, kto ma zwierza, ten ma rogi.
Nie mogłem dojrzeć nic więcej z polowania, straciłem z oczu dojeżdżacza i dojeżdżaną, nie mógłbym też opisać jakie stroje mieli dostojni państwo, gdyż nagle umysły wszystkich zajęła niezmiernie doniosła sprawa, w jakim porządku ma się odbywać pochód i kto ma przed kim postępować w orszaku.
Już podczas wchodzenia (opowiadano mi to, gdyż spóźniłem się niestety) sędzia i prokurator kasztelanji, dalej ławnik, zastępca mera, oraz dwaj akolici minorum gentium popadli w konflikt w ścisku. Prym wziął przedstawiciel mera, jako silniejszy. Szło teraz o to, który z dygnitarzy wytknie pierwszy nos z drzwi katedry. Porobiliśmy zakłady. Ale nie pokazywał się nikt. Niby odcięta głowa węża, para nowożeńców postępowała dalej, a reszta ciała tkwiła w kościele.
Zbliżyliśmy się i spojrzeli do środka. Widowisko było zaiste niezwykłe. Stłoczeni, wściekli, spoceni dygnitarze tłumili się pod chórem, a jeden przeszkadzał drugiemu. Z uwagi na świętość miejsca nikt nie śmiał krzyczeć. Tedy tylko ruszali ustami, wąsami, wytrzeszczali straszliwie oczy, prostowali i pochylali grzbiety, marszczyli czoła, dyszeli, dmuchali, nadymali policzki, a wszystko bez jednego słowa.
Trzymając się ciągle na uboczu, braliśmy w sprawie mało czynny udział. Robiliśmy zakłady. Starsi, poważni stawiali na sędziego jako reprezentanta księcia, młodzi trzymali stronę ławnika jako wcielenia swobód obywatelskich. Ja się oświadczyłem za tym, który drugiego wystrychnie na dudka.
Każda partja dodawała odwagi swemu wyścigowcowi:
— Huź! Huź Bierz go, panie Grosset! Złap go za pysk, Petaud! Raz w zęby, a dobrze pyszałka! Nuże, stary ośle, wio!
Ale współzawodnicy nie brali się za bary, z obawy nadwerężenia odświętnych strojów. I spór trwałby zapewne jeszcze długo, gdyby nie interwencja proboszcza. Bał się nieboraczek, że obiad weselny pójdzie na nic, przeto nadbiegł pospiesznie i zaczął godzić.
— Drogie owieczki moje — mówił — Pan Bóg się niecierpliwi, a obiad czeka. Tego czynić nie wolno. Czyż mamy wprawiać Stwórcę w zły humor z powodu nadmiernie długiego trzymania otworem kościoła? Czyż warto dla takiej drobnostki pozbywać się smacznego jadła? Wypierzemy swe brudy w domu... a teraz zgoda!
Jeśli nawet tak nie mówił, (bo nie słyszałam ni słowa) to sens musiał być taki, gdyż niebawem ujrzałem dwie potężne ręce obejmujące się czule, oraz dwie pyzate gęby zbliżone ku sobie w braterskim pocałunku. Potem wyszli, ale razem w jednej linji, niby dwie kolumny, pośrodku których widniał okazały brzuch proboszcza. Było tedy trzech dygnitarzy miast dwu, na pierwszem miejscu, a sens moralny z tego taki, że lud nic nie traci na tem, gdy się panowie za łby wodzą.


∗             ∗

Przeszli wszyscy do zamku i zasiedli do uczty, na którą zarobili rzetelnie, my zaś, bydełko miejskie, łaziliśmy po placu, krążąc w koło niewidzialnej misy i chwytając nosem zapach potraw. By się tem lepiej delektować, trzech łakomców, mianowicie: Tripet, Bauldaguin i niżej podpisany pytaliśmy o rodzaj potraw, jakie podawano gościom. Ile razy wymieniono potrawę, śmialiśmy się rozkosznie i trącaliśmy się łokciami Chwaliliśmy jedno, ganili drugie. Szkoda, zenie zasięgnięto naszej rady, nie spytano o zdanie ludzi doświadczonych. Ale ostatecznie nie było w menu ani grzechu śmiertelnego, ani błędu ortograficznego... Słowem obiad przedstawiał się bardzo przyzwoicie.
Z okazji potrawki zajęczej wybuchła zacięta, dysputa, każdy z nas podawał swój przepis, a przysłuchujący się dorzucali kilka słów. Ale cóż... tematy tego rodzaju są niebezpieczne(trzeba być wprost złym człowiekiem, by o tem mówić z zimną krwią), to też gdy wmieszały się jeszcze do rozmowy dwie damy, Peroine i Jacquette, nastąpił wybuch. Wymienione wyżej damy, specjalistki w swym zawodzie, są rywalkami, a obywatele powierzają im zazwyczaj wszystkie wielkie obiady, dawane w mieście. Każda posiada swe stronnictwo i każda, opierając się na swych zwolennikach, pragnie usunąć drugą w kąt. Śliczny to był turniej.
Trzeba wiedzieć, że w mieście naszem obiady są pojedynkami bogatszych obywateli. Ale mimo zamiłowania do podniosłych dysput wyznaję, że nuży mnie, gdy słyszę hymny o czynach bliźnich moich, a sam działać nie mogę. Nie mogę też długo żywić się sosem myśli i wizjami dań nieosiągalnych. Dlatego też bardzo się ucieszyłem, usłyszawszy słowa zacnego Tripeta, który te same czuł dolegliwości:
— Gdy się tak długo gada o sprawach kuchennych, człowiek staje się czerwony jak brzoskwinia (to była aluzja do mego nazwiska i purpurowych lic, gdyż breugnon znaczy po naszemu: brzoskwinia). Tak samo czerwienieje kochanek, gdy mówi długo o miłości. Mam tego dość, konam, przyjacielu drogi, płonę, topię się, a z wnętrzności moich unoszą się dymy pożarne. Musimy je skropić, ugasić i ułagodzić szatana głodu, który je pożera.
— Jakoś to będzie. Licz na mnie. Pewien mędrzec starożytny powiedział: najlepszem lekarstwem na głód jest podjeść do syta.
Poszliśmy razem na róg ulicy Wielkiej, do oberży „Pod herbem Francji i Delfinatu“. Od rana obaj nic nie mieliśmy w ustach, a już minęła druga po południu. Tripet, podobnie jak i ja, miał szanse zastania w domu zimną zupę i wściekłą żonę. Był to dzień targowy, to też na sali z trudnością jeno znaleźliśmy miejsce. Ale o ile przyjemnie czuć się swobodnym przy jedzeniu, o tyle przyjemniej jeszcze jest w ścisku, pośród dobrych kompanów. W ten sposób zawsze wszystko jest w porządku.
Na czas jakiś przestaliśmy rozmawiać, a raczej zaczęliśmy dyskurs ust i szczęk, oddając się z rozkoszą pochłanianiu wieprzowiny z kapustą. Była różowa, wonna i rozpływała się na języku. Na to wypiliśmy ciemnego piwa, by rozprószyć mgłę, która zasłaniała nam oczy. Mieli rację nasi przodkowie, twierdząc że jeść bez picia to znaczy paczyć sobie pogląd na świat!
Otóż odzyskawszy bystrość spojrzenia i przepłukawszy gardło, zacząłem znowu patrzyć na świat i ludzi w sposób właściwy i stwierdziłem ponownie, że jedno i drugie wydaje się po jedzeniu znacznie piękniejsze.
U sąsiedniego stolika siedział pewien proboszcz z okolicy, a naprzeciw stara gospodyni wiejska. Ustawicznie kłaniała się mu, mówiła do niego, wpatrywała się weń słodko, wtuliwszy głowę w ramiona, słowem pragnęła oczarować go, a może wyspowiadać się przy sposobności.
Proboszcz słuchał grzecznie i łaskawie, ale widocznie nie słyszał ani słowa. Na każdy ukłon odpowiadał ukłonem, ale pilnował talerza. Zdawało się, że mówi: Odejdź w pokoju, córko moja, ego te absolvo... Darowaneć są wszystkie grzechy twoje... albowiem Bóg jest dobry, a ja zjadłem dobry obiadek... bo, powtarzam, Bóg jest miłosierny, a ten budyń z malinowym sosem wyśmienity... poprostu palce lizać!
Opodal siedział nasz notarjusz Piotr Delavau, zajęty rozmową z kolegą. Mówił o walucie złotej, cnocie, srebrze, polityce, kontraktach i rzeczypospolitej... naturalnie rzymskiej (był on republikaninem w wierszach łacińskich, ale w życiu codziennem kierował się rozsądkiem i wiernie służył Królowi Jegomości).
Hen, w głębi bystre oko moje wyśledziło czcigodnego Perrina zwanego — Ogoniastym, w siwej bufiastej bluzie, Perrina zwanego też Pyszałkiem z Corvol. Ledwo nań spojrzałem, spostrzegł mnie. Przysiągłbym, że mnie widział od samego początku, ale siedział cicho, gdyż winien mi należność za dwie szafy orzechowa od przeszło już trzech lat.
Wykrzyknął wesoło, wstał, zbliżył się do naszego stołu i zaproponował nam szklankę wina:
— Witam cię, ojcze Łukaszu, i pozdrawiam imieniem konwentu pijaków!
Temi słowami rytualnemi rozpoczęliśmy popijawę.
— Człowiek chodzi na dwu nogach! — powiedział i łyknęliśmy drugą kolejkę.
Perrin zaproponował mi, bym coś przekąsił. Sądził że odmówię, gdyż już się posiliłem. Ale się omylił. Chwyciłem ten pomysł w lot i powiedziałem:
— I owszem!
Co odbiję na poczet należności, to mój zysk! Zacząłem tedy znowu jeść, ale teraz spokojniej, bardziej metodycznie, albowiem nie zagrażała mi już śmierć głodowa. Zwolna porozchodzili się ludzie ordynarni, ludzie, którym ciągle spieszno, ludzie, jadający jak zwierzęta, by głód nasycić. Pozostali sami uczciwi, w pewnym wieku, utalentowani, znający wartość rzeczy pięknych, dobrych i smacznych, dla których dobre danie „tyle znaczy co dobry uczynek.
Drzwi stały otworem, słońce miało występ wolny. Pod stołem krążyło troje czarnych kurcząt, wyciągając sztywnie szyje by dziobać okruszyny, a czasem łapy starego psa odprawiającego drzemkę. Słychać było powrzask kłócących się w ulicy kobiet, wołanie szklarza, przygadywanie czyjeś, oraz ryk osła, podobny do ryku lwa. Na zakurzonym placu dwa białe woły zaprzężone do pługa leżały bez ruchu z nogami podwiniętemi pod piękne, połyskliwe boki, ślina toczyła się z pysków, a szczęki przeżuwały paszę z błogą rozkoszą. Gołębie gruchały na dachu, pławiąc się w słońcu. Radbym był uczynić to samo, a sądzę że chętkę tę mieli wszyscy, gdyż było nam tak dobrze, że gdyby ktoś przeciągnął nam rękę po grzbiecie, zaczęlibyśmy mruczyć jak koty.
Rozmowa stała się ogólną, mówiono od stolika do stolika. Nastrój braterstwa, przyjaźni i jedności zapanował niepodzielnie, łącząc wszystkich, a więc: proboszcza, ogoniastego, notarjusza, jego kolegę i właścicielkę hotelu, posiadającą ogromnie słodkie nazwisko, Całusek (wiele obiecywało to nazwisko, ale właścicielka jego gotowa była do ofiar znaczniejszych jeszcze).
By wygodniej rozmawiać, chodziłem od stolika do stolika, przysiadając wszędzie na chwilę. Rozprawiano o polityce. Wszyscy wyrzekali na straszne czasy, drożyznę, zastój w interesach, ruinę Francji, rasy całej, na upadek ogólny, na władców i intrygantów. Ale każdy był ostrożny, nie wymieniano nazwisk. Wielcy tego świata mają też wielkie i długie uszy i każdej chwili koniec takiego ucha może się ukazać w drzwiaca.
Ale że musiano pomstować na kogoś, przeto obyczajem burgundzkim zaczęto od... najdalszych potentatów. Wszyscy zgodnie potępili Włochów i pana Concini, które to robactwo zawlokła z Florencji w fałdach swej spódnicy królowa.
Wszyscy orzekli zgodnie po moim wywodzie, że wisielec wioski wart trzech naszych, a trzech, uczciwych Włochów (o ile się tylu znajdzie wogóle) nie warci trzeciej części jednego porządnego Francuza.
Zauważyłem, że nie zrozumieli mnie, gdyż przeciwnie twierdziłem właśnie, iż należy kochać każdego porządnego człowieka, nawet choćby był Włochem.
Rzucili się na mnie wszyscy i oświadczyli, że moja opinja ich wcale nie dziwi, albowiem znany jestem jako stary osioł, czerwona gęba, pielgrzym po szlakach głupstwa, wagabunda i włóczęga po wszystkich gościńcach.
Mieli rację. Podróżowałem dużo. Stary książę, ojciec obecnego, wysiał mnie do Mantui i Albisoli w celu studjowania wyrobu emalji, fajansu i przemysłu artystycznego. Przyczyniłem się do położenia podstaw fabrykacji tych rzeczy we Francji i nie żałowałem trudu, ni butów. Całą drogę z Saint-Martin aż do St. Andre-le-Mantouan odbyłem pieszo z laską w ręku. O jakże to przyjemnie iść sobie tak długo, długo z pyzatym towarzyszem, księżycem, ponad głową.
Ale dajmy temu pokój. Wyśmiewali się ze mnie.
Ha! Wszakże jestem Galem synem ludzi, którzy zrabowali cały świat. — Cóżeś to zrabował? — pytali ze śmiechem — Cóżeś to przyniósł? — Tyle co przodkowie. Pełne oczy. Puste kieszenie, to i prawda, ale głowę napchaną do pęknięcia. — Mój Boże! Jakże to słodko patrzyć, słuchać, kosztować, wspominać. Wiem, że nie sposób widzieć i wiedzieć wszystkiego, ale i to dobre co można! Jestem niby gąbka co ssie ocean. A raczej jestem jak brzuchate, dojrzałe, pełne do pęknięcia winne grono, przesycone sokiem ziemi. Jakaż ilość moszczu trysłaby ze mnie, gdyby mnie ktoś włożył do prasy? Niema głupich, synkowie moi, sam ja to winko wypiję! Wyniem gardzicie, widzę. Ha, tem lepiej dla mnie! Chciałem im dać skarby, okruszyny szczęścia jakich nazbierałem, wspomnienia z kraju słońca, ale nie przyjęli. Nie, to nie! Krajanie moi nie są ciekawi, chyba tylko gdy idzie o to, co się dzieje u sąsiada, a zwłaszcza u sąsiadki. Reszta to za trudne i nie sposób uwierzyć. Świat cały jednaki, powiadają czy tu, czy w Rzymie, osłowi — osioł na imię! Niechże i tak będzie, pomyślałem, nie trzeba ludzi uszczęśliwiać wbrew ich woli. Dostosowałem się do nich, nie zatracając nic z siebie.
Siedzę sobie tedy, rysuję pokryjomu nos notarjusza Delavau i proboszcza, który, mówiąc, trzepie rękami w powietrzu niby kogut i śpiewam razem z nimi znaną piosenkę: „Jest to szczęście, wierzcie mi, być mieszczuchem z Clamecy!“ Śpiewam to zupełnie szczerze. To dobra mieścina, nie może być inaczej, bo wszakże ja tutaj przyszedłem na świat! Roślinka ludzka pleni się tutaj swobodnie, dostatnio, pulchnie, nie nabiera ostrych soków, ni złości, cała wada nasza to chyba tylko ostre języki.
Nasoli się nieprzyjacielowi co wlezie, ale to jeno budzi miłość i nikt włosaby mu nie wyrwał z głowy. Delavau przypomniał nam (byliśmy wszyscy, nawet proboszcz, dumni z tego) jakto Nivernijczycy zachowali spokojną, ironiczną postawy wonczas, kiedy cały kraj szalał poprostu. Nasz mer Ragon odmówił przyłączenia się do Guisardów, ligowców, heretyków, katolików Rzymu, czy Genewy, ogarniętych wścieklizną i łaknących swej krwi wzajemnie, a St. Bartelemy przybył do nas, by tutaj umyć swe ręce zbroczone w krwi. Skupieni koło naszego księcia byliśmy, niby wysepka zdrowego sensu, o którą daremnie tłukły fale.
Czyż można wspomnieć bez wzruszenia nieboszczyka księcia Ludwika, lub naszego króla Henryka? O jakżeśmy się wzajem kochali, jakże rozumieliśmy się wzajem! Mieli oni naturalnie swe wady, jak i my, ale właśnie te usterki czysto ludzkie czyniły ich bliższymi naszym sercom. Powtarzano sobie ze śmiechem: Nevers kocha jak się patrzy, chociaż włos ma coraz rzadszy... albo znowu: Będzie w tym roku urodzaj na dzieci, Nevers ma znowu syna! Ach, jadaliśmy wówczas całą gębą biały chleb!
Rozgadaliśmy się o minionych czasach. Delavau, równie jak ja znał księcia Ludwika. Ale nieboszczyka króla Henryka znałem z nich wszystkich tylko ja sam. Nie czekając tedy aż poproszą, po raz setny może opowiedziałem im (zawsze zdawało im się, że słyszą to po raz pierwszy) jak to wyglądał król. Wszystko na nim było szare, ubranie, kapelusz, koń, szpakowate wąsy, szare oczy... słowem, to, co na zewnątrz widziałeś, miało kolor szary, wewnątrz wszystko było ze szczerego złota.
W tej chwili zjawił się pomocnik notarjusza z wieścią, że umiera pewien jego klient i chce zrobić testament. Poszedł, ale przedtem jeszcze udelektował nas facecyjką, która, jak uważałem, długo mu wisiała na końcu języka, tak że uczynił gest zniecierpliwienia, gdym go uprzedził, wtykając swe opowiadanie. Facecyjka, przyznaję, była wyśmienita, to też uśmialiśmy się wszyscy. Niema, jak Delavau, gdy idzie o tłuste bajeczki.


∗             ∗

Wypocząwszy tedy po wrażeniach dnia, opłukawszy się należycie od gardła aż po pięty, wyszliśmy razem. Było około piątej. Ach, jakiż obfity plon zebrałem w ciągu tych krótkich trzech godzin. Oprócz dwu obiadów i wesołych wspomnień posiadłem jeszcze zamówienie notarjusza na dwa wielkie, zamczyste kufry. Udaliśmy się do aptekarza Rathery, gdzie nas poczęstowano biszkoptami z galaretą porzeczkową. Tam JDelavau skończył opowiadać swą facecyjkę i towarzyszył nam spory kawał drogi, aż do Mirandoli, by usłyszyć inną, którą ktoś z towarzystwa nas uraczył.
Nareszcie rozstaliśmy się na dobre, wywnętrzywszy się przedtem jeszcze pod jakimś murem z nadmiaru niepotrzebnych już produktów uczty. Było za późno wracać do domu, a jednocześnie za wcześnie. Udałem się przeto w towarzystwie jakiegoś węglarza ku Betlejem. Węglarz szedł za wozem pełnym towaru i pogwizdywał. Koło wieży w Lourdeaux spotkałem kołodzieja, który pędził przed sobą koło. Tle razy koło zwalniało bieg, podbiegał i popędzał je pchnięciem. Był on żywym obrazem człowieka pędzącego za szczęściem, które umyka co żywo, ile razy chce nań wskoczyć. Zanotowałem sobie to spostrzeżenie, by ie kiedyś zużytkować.
Wahałem się, czy mam wracać do domu najkrótszą, czy najdłuższą drogą, gdy nagle spostrzegłem pochód sunący od strony szpitala. Na czele mały chłopiec, nie większy od mojej nogi, niósł krzyż wysoki, oparłszy koniec jego na brzuchu, niby lancę. Łotrzyk pokazywał co chwila język idącym obok dzieciakom w komeżkach i zerkał raz po raz ku szczytowi krzyża k który mu ciężył widocznie. Za nimi czterech staruchów o żylastych, nabrzmiałych rękach niosło przykrytego suknem jakiegoś śpiocha, który za pozwoleniem swego proboszcza udawał się na cmentarz, by tam w ziemi kontynuować dalej swą drzemkę.
Grzeczność wymagała, by mu towarzyszyć aż do mieszkania. Zawsze przyjemniej gdy człowiek nie jest sam. Przyznaję, że przyłączyłem się do konduktu także w tym celu, by słuchać opowiadania wdowy, która, wedle zwyczaju, szła, ciężko wzdychając, tuż za księdzem, opowiadając szczegółowo o chorobie zmarłego, lekarstwach jakie zażywał, o jego ostatnich chwilach, jego cnotach, uczuciach, budowie ciała, a wreszcie o całem życiu nieboszczyka i jego wiernej połowicy. Szliśmy pełni zainteresowania coraz liczniejszą gromadą, gdyż nie mogę pominąć faktu, iż co chwila napotykaliśmy znanych ludzi, posiadających serca współczujące i uszy chętne posłyszenia opowieści.
Nareszcie dostawiliśmy zmarłego miejsca przeznaczenia, do oberży smacznego snu. Postawiono trumnę na brzegu wielkiej, czarnej dziury, a że biedak nie ma prawa do własnej, drewnianej koszuli (to nic, spać można i nago), przeto podniósłszy sukno i wieko, wysypano zawartość skrzyni do dołu.
Rzuciwszy nieborakowi grudkę ziemi i uczyniwszy nabożnie znak krzyża, by odegnać przykre sny, oddaliłem się mocno zadowolony. Wszakże tyle widziałem, brałem udział w radości i smutku... mój plecak był dzisiaj pełny po brzegi.
Postanowiłem wracać wzdłuż brzegu, począwszy od miejsca gdzie łączą się obie rzeki. Miałem iść oczywiście brzegiem Beuwronu, ale wieczór był tak piękny, że, nie wiedząc jak się to stało, po pewnym czasie znalazłem się daleko ze miastem nad czarowną Jonną, która mnie zaprowadziła aż do wąwozu w La Foret. Spokojnie płynęła woda, bez jednej fałdy na swej powłóczystej szacie. Więziła oczy, wzięte jak ryba na wędkę. I niebo, podobnie jak ja, dało się opanować. Kąpało się całe w rzece razem z obłokami, które płynęły z jej nurtem, zaczepiając się tu i owdzie o trawy i krzaki nadbrzeżne. Usiadłem obok jakiegoś starego człeczyny, który trzymał na postronkach dwie chude krowy, szukające wytrwale trawy pobrzeżnej. Spytałem jak mu się powodzi, udzieliłem mu rady na gościec w nodze, mianowicie by wdział pończochę napełnioną zmielonym ostem (jestem w potrzebie lekarzem), on zaś opowiedział mi swą historję, swe przejścia i swe smutki z wesołością, która mnie zastanowiła. Był niezadowolony, gdy, obliczając wiek jego, powiedziałem o kilka lat mniej (liczył 75 rok życia) i zdawało się, iż właśnie dumny jest z tego, że żyjąc dłużej, wycierpiał więcej. Było to dlań zupełnie słuszne, że cierpienie panuje na świecie, że sprawiedliwi i łotry cierpią tak samo, albowiem dobrodziejstwa niebios spływają również na wszystkich bez różnicy. Rachunek zamyka się tem, że wszyscy, bogaci i biedni, piękni i brzydcy, pewnego dnia znajdą się razem na łonie jednego Ojca.
Staruszek mówił suchym, trzeszczącym głosem, w trawie śpiewały koniki polne, woda szumiała w wąwozie, od strony portu dolatywał zapach drzewa i smoły, przed nami sunęła gładko woda, a wszystko spływało w przedziwną harmonję.
Pastuch odszedł do domu, ja skierowałem się również do miasta. Szedłem zwolna, z rękami założonemi na grzbiecie, wpatrzony w koła powstające na wodzie. Byłem tak zajęty obrazami odbijającemi się w fali, że nie wiedziałem dokąd idę i gdzie jestem. Nagle podskoczyłem w górę, usłyszałem bowiem znany mi dobrze głos. Dolatywał z przeciwległego brzegu Beuwronu. Nie zdając sobie sprawy, przyszedłem do domu i stałem naprzeciwko własnej chałupy. Droga moja, słodka żoneczka stała w otwartem oknie i wygrażała mi pięściami. Udałem, że jej nie dostrzegam i patrzyłem w nurt rzeki. Ale właśnie w tym nurcie widziałem ją doskonale. Widziałem jak się rzuca, wymachuje rękami i pochyla głowę niby do ataku rogami. Milczałem, ale brzuch mój śmiał się sam, czułem, jak brzuch mój trzęsie się i kręci. Więc wybuchnąłem śmiechem, a im bardziej się śmiałem, tem ona głośniej wrzeszczała, a im bardziej się rzucała, tem głośniej śmiałem się ja.
Nakoniec w ostatniej pasji zatrzasnęła okno, drzwi i jak opętana wybiegła z domu, by mnie pochwycić. Ale musiała dostać się na drugi brzeg. Znajdowaliśmy się właśnie pomiędzy dwoma, dość oddalonemi mostami, leżącemi na prawo i lewo. Moja megera skoczyła ku mostowi po prawej stronie, a ja, widząc że pędzi w tę stronę pobiegłem w lewo i, sadząc wielkie susy, przybyłem do domu przez wielki most, na końcu którego, niby czapla, tkwił od samego rana Gadin sam jeden, opuszczony przez towarzyszy.
Znalazłem się w mieszkaniu. Była już noc. Jakże też u licha szybko mija dzień? Nie narzekam nigdy, że czas straciłem jak ten nicpoń rzymski Tytus, który ciągle stękał. Nic nigdy nie tracę, z każdego dnia jestem zadowolony. Tylko zamiast jednego, potrzeba mi koniecznie dwu dni. Czuję, że mnie ktoś okrada na czasie. Ile razy zacznę pić... oho... już szklanka pusta! Ktoś ją wydoił! Znam takich, którzy cmoktają swe wino bez końca... A może dostali większe szklanki? Do kroćset, to byłaby niesprawiedliwość o pomstę wołająca! Hej... ty tam, wielki oberżysto z „pod Słońca“, raczże nie krzywdzić mnie co do miary!
Ale nie... nie... błogosławiony bądź Boże, który czynisz, że po każdym obiedzie czuję się głodnym i że kocham tak dzień każdy (i noc też jest dobra), iż mi go zawsze mało!
O jakże szybko przemijasz, kwietniu kochany! Jakiżeś radosny, synku wiosny, chudziutki, drobniutki, oczy twe, jak stokrotki... całuję cię, całuję serdecznie... Chodźmy spać, już czas... będziemy spali razem... dobrze? Ach... dodjaska... prawda... zapomniałem, że ktoś inny tu przyjdzie... Oho! Już leci... słyszę ją, słyszę... słyszę... Baba wraca!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.