Colas Breugnon (Rolland, 1923)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Colas Breugnon
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Data wydania 1923
Druk Poznańska Druk. i Zakład Nakładowy T. A.
Miejsce wyd. Lwów – Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Colas Breugnon
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

V.
ŁASICZKA
Maj.

Przed trzema miesiącami dostałem zamówienie na skrzynię i wielki kredens do jednego z pobliskich pałaców, ale nie rozpoczynałem roboty. Za konieczne uważałem zobaczyć na własne oczy dom, komnatę i obrać miejsce. Piękny mebel to coś, jak dojrzały owoc, widniejący wśród szpaleru drzew. Nie mógłby istnieć bez drzewa a takim będzie, jakiem jest drzewo.
Nie rozumiem zgoła, jak coś może być pięknem, w każdem postawione miejscu, coś co zgadza się z każdem otoczeniem! Wydaje mi się jak dziewczyna, która temu się przymila, kto jej najlepiej płaci. To Wenus z rozstajnych dróg. Sztuka w mojem zrozumieniu, to członek rodziny, to dobry duch domowego ogniska, przyjaciel i towarzysz, który wypowiada wyraźnie co sami jeno niejasno odczuwamy. Ponieważ jest to duch domu, musisz poznać dom.
Wyruszyłem tedy poznać miejsce, gdzie miałem umieścić meble i spędziłem tam znaczną część dnia, oczywiście nie zapominając o piciu i jedzeniu. Duch nie powinien zaniedbywać ciała, jak woźnica swego konia.
Nasyciwszy tedy ducha i ciało, wybrałem się z powrotem tą samą drogą, którą przyszedłem i maszerowałem wesoło ku domowi. Znalazłem się niebawem na rozstaju, i mimo, że wiedziałem dobrze, którą drogą należy iść, zerknąłem ku drugiej ciekawie. Wiła się przez łąki pomiędzy krzewami okrytemi kwieciem.
— Jakżeby to było dobrze powałęsać się trochę tamtędy. Nie cierpię gościńca, wiodącego prosto do celu. Dzień jeszcze długi, pogoda piękna, nie należy poruszać się prędzej, niż boski Apollo. I tak jakoś dojdę. Moja stara nic na tem nie straci, przeciwnie, będzie miała więcej powodu do gdakania. Jakaż piękna ta smarkata śliwka, jak czupumie zadziera główkę. Muszę się jej przypatrzyć, to zaledwo kilka kroków. Wiatr unosi płatki jej kwiatów, niby śnieg, ptaki świegocą... czysty raj! A ten strumyk toczy się pomrukując pomiędzy ziołami, jak kociak goniący kłębek po dywanie. Muszę zobaczyć... oho.. zastąpiła mu drogę grupa drzew... złapany, nie ujdzie. Oo... płynie dalej! Którędyż się prześliznął? Tędy, tędy, przebiegł pod samą nogą starego klonu, garbatą, sękatą i obrzmiałą. A to filut! A dokądże wieść może ta drożyna?...
Tak się zabawiałem, idąc w ślad za swym gadatliwym cieniem, obłudnie udając, iż nie wiem dokąd zdążam. Nie łżyj, Colasie! Nie łżyj, stary gałganie, nie udawaj Ulisesa. Wiedziałeś gdzie cię ciągnie w chwili wyjścia z pałacu. Godzina drogi dzieli cię od domu twej dawnej umiłowanej, Celiny. Zrobimy jej niespodziankę. Ale któż z nas dwojga będzie więcej zdziwiony. Tyle lat jej nie widziałem... Cóż się stało z jej ślicznym, złośliwym pyszczkiem, z buziaczkiem mojej łasiczki.
Chyba mogę teraz stanąć przed nią bezkarnie, chyba dzisiaj już nie zgryzie mego starego serca ostremi ząbkami? Oj to serce... wyschło jak podeszew starego buta. A czyż ona ma jeszcze te same ząbki? Oj łasiczko droga moja, jakżeś ty umiała śmiać się i gryźć jednocześnie! Dosyć się naigrałaś z biednym Breugnonem, dosyć mu nazawracałaś głowy! Miałaś zresztą rację, byłem osłem dardanelskim!
Pamiętam, jak. się w nią wpatrywałem oparty łokciami o mur ogrodu mistrza Medarda Logneau, który mnie uczył rzeźby. Po drugiej stronie podwórza, służącego za pracownię, był ogród warzywny. Celina uwijała się pośród grządek sałaty, poziomek, rzodkiewek, zielonych ogórków i złotawych melonów. Była zawsze bosa i obnażone miała ramiona i szyję. Z głowy spadała jej fala miedzianych włosów. Ubrana jeno w koszulę napoły rozwartą na jędrnych piersiach i krótką spódnicę po kolana, piękna, zwinna, ponętna, kołysała w prawo i lewo wielką polewaczką, miotając silnemi, opalonemi rękami rzęsisty deszcz na główki roślin, a kwiaty otwierały dziobki i piły chciwie. Ja też otwierałem dziób, który nie był mały i stałem oczarowany, z gębą otwartą by lepiej widzieć.
Chodziła tam i z powrotem, ciągle wylewała zawartość polewaczki i napełniała ją na nowo u studni. Silnem ramieniem podnosiła ciężar, jak piórko, i zgrabnie stąpała wąskiemi ścieżynami, przeskakując zręcznie wężyki wody pięknemi nóżkami. Kolana jej były krągłe i silne, niemal chłopięce. Pożerałem ją oczyma, a ona udawała, że mnie nie widzi. Czasem tylko, gdy jej — wypadło skropić grządkę pod murem, zbliżała się i nagle spozierała na mnie ogromnemi oczyma, a ja wstrząsałem się cały. Miałem wrażenie, że rzucono na mnie sieć. Prawda to, co mówi przysłowie: „Oko kobiety, ręczę, niczem nici pajęcze!“ Czułem, że jestem schwytany i trzepię się daremnie niby mucha, a ona oddalała się, obojętna i zimna. Siadała w kucki i pełła kapustę... a czasem tylko rzucała z pod oka spojrzenie, by się przekonać, ozy zdobycz nie zerwała sideł.
Widziałem jej szyderczy uśmiech. Daremnie mówiłem sobie: Idźże, głupcze, do domu... ona kpi z ciebie! Nagle, bywało, wstała, przeskoczyła kilka grządek, zerwała tu kwiatek... tam drugi... i, chwiejąc się w biodrach, wykrzykiwała niby to do siebie:
— Oho! I ten widzę kocha się we mnie!
Wetknęła pęk kwiecia w rozchylenie koszuli na piersiach pomiędzy krągłe wymionka. Nie jestem pozbawiony pewnego rodzaju śmiałości, przeto wołałem:
— Proszę i mnie tam wsadzić!
Wybuchnęła śmiechem, oparła dłonie na biodrach i, kołysząc się tuż przede mną, na szeroko rozstawionych nogach, rzekła:
— Zachciało ci się? O, nie, nie dla twoich zębów dojrzewają moje jabłuszka!
W ten to sposób zapoznałem się pewnego sierpniowego wieczoru z tą ślicznotką, z tą łasiczką, z tą piękną ogrodniczką. Zwano ją powszechnie łasiczką, z powodu że podobnie jak owo stworzonko o spiczastym nosku była smukła, giętka, główkę miała małą, chytry, pikardyjski nosek, usta wydatne i powabnie wykrojone, oraz ostre ząbki, zdatne do chrupania, serc i orzechów.
Od tej pory nieraz dobre pól dnia zamiast pracować, spędzałem u muru i dopiero stopa mistrza Medarda na pośladku, oraz jego pięść przypominały mi, że należy zstąpić na ziemski padół. Czasem łasiczka, mając dość tego patrzenia,, wołała gniewnie:
— Dosyć mi się napatrzyłeś z przodu i z tyłu! Cóż chcesz więcej zobaczyć? Znasz mnie już dokładnie, pocóż się gapisz?
Odpowiadałem, mrugając chytrze oczyma:
— Nie można wcale poznać oczyma, niestety, ni melona wonnego, ni smacznej kobiety!
Chętniebym sobie odciął kawałek tego owocu, a może i owoc nie miałby nic przeciw temu. Byłem młody, miałem gorącą krew, kochałem się we wszystkich dziewczętach... Czyż ją kochałem naprawdę... ją jedną? W pewnym, wieku można zakochać się w miotle ubranej w spódnice.
Doskonaleśmy się rozumieli. Spędzaliśmy całe godziny na przekomarzaniach. Oboje mieliśmy obrotne języki. Ona miotała mi na głowę obelgi, ja zaś oddawałem je z nawiązką. Jedno i drugie strzępiło sobie język i zgrzytało zębami. Czasem śmialiśmy się do rozpuku. Dla większej wygody w śmianiu, gdym jej dociął należycie, przysiadała na grządkach, zupełnie, jak kura na jajach. Wieczorem podchodziła do samego muru i rozmawialiśmy poufale.
Poznałem dokładnie kształty jej szyi, ramion, kibici, piersi, ust i wiele, wiele razy utrwaliłem je w rzeźbie mebli. W niedzielę spotykaliśmy się na przechadzkach, lub sali zabaw poczciwego Beaugy. Tańczyliśmy... Tańczyłem z pewną gracją, miłość uskrzydla, miłość, powiadają, nauczy osła tańczyć kadryla. Ani na chwile nie ustawała między nami walka. O, jakaż była napastliwa. Zasypywała mnie przycinkami do mego koślawego, krzywego nosa, albo do wielkiej, szerokiej paszczęki, gdzie, jej zdaniem, możnaby jak w rurze kuchennej upiec pasztet, a także — do mej szewskiej brody, słowem drwiła z całej mej postaci, która, wedle opinji proboszcza, sporządzoną miała być rzekomo na obraz i podobieństwo Stwórcy. Nie dawała mi ni na chwilę pokoju, a ja naturalnie także nie pozostawałem jej dłużnym.
Walka przeciągała się i rozgrzewała coraz więcej oboje. Czy pamiętasz, stary Colasie. winobranie u mistrza Medarda Lagneau? Łasiczka została zaproszona. Pracowaliśmy obok siebie, dotykaliśmy głowami, a ręka ma, szukając grona, chwytała czasem, przez omyłkę jej pośladka, lub łydki. Podnosiła wtedy zarumienioną, namarszczoną buzie i dawała mi mocnego klapsa w gębę, albo znów o bryzgi wal a mi nos sokiem. Wzamian wyszukiwałem największą i najczarniejszą jagodę i rozduszałem ją na jej złocistym, słońcem opalonym karczku. Broniła się, jak sam djabeł. Ściskałem ją parę razy w objęciach, ale zawsze nadaremnie. Śledziliśmy się wzajem... podniecała ogień i, przyglądała się z szelmowską miną, jak płonę,... a przytem pokazywała mi figę.
— Nie będę twoją, Colasie!
Przymrużałem oczy jak kotek skromny, wygrzewający się na murze, który przez szczelinę pół otwartych źrenic śledzi biegającą myszkę i odpowiadałem:
— Zobaczymy... zobaczymy...
Raz po południu (jakoś w maju) przy samym końcu miesiąca parno się zrobiło. Z pobladłego nieba, niby z gorącego pieca szedł ku ziemi żar niezmierny. Od kilku dni zbierało się na burzę, ale deszcz nie chciał spaść. Ludzie potnieli, heble oblane były wodą, a koszula lepiła mi się do ciała. Łasiczka śpiewała przed chwilą, teraz ucichła. Poszedłem jej poszukać... W ogrodzie nie było nikogo. Nagle zobaczyłem ją w cieniu chaty. Siedziała, napoły leżąc, z głową przechylona wstecz. Spała. Jedno ramię zwisało z polewaczki. Widocznie obezwładnił ją nagle sen.
Była bezbronna, całe ciało niedbale porzucone, półnagie, nieruchome oddawało się bezwiednie, jak ciało Danai. Poczułem w sobie moc Jowisza. Przelazłem przez mur i, depcąc w przelocie kapustę i sałatę, objąłem ją w ramiona. Całowałem jej usta. Gorąca, naga, okryta potem, napoły śpiąca poddawała się, przepojona pożądaniem rozkoszy. Nie otwierając oczu, szukała ustami moich ust, oddając mi pocałunki.
Burza huczała we mnie. Byłem pijany, szał mnie porwał, ogarniałem sobą to kochane ciało... dziękując losom, że oto gołąb pieczony wpada mi w usta... i nagle... (cóż za bałwan ze mnie!)... uczułem, że brak mi odwagi. Porwały mnie głupie skrupuły... Kochałem ją tak bardzo, że nie mogłem ścierpieć myśli, iż oto jeno bezwład snu mi ją daje, że tylko ciało, a nie duszę pięknej ogrodniczki trzymam w ramionach i posiąść ją mogę jeno zdradą.
Wyrwałem się, rozplotłem jej ramiona, ucałowałem usta... ileż mnie to kosztowało przezwyciężenia... ale zwyciężyłem, to jest... uciekłem. Już temu trzydzieści pięć lat, a dotąd rumienię się ile razy o tem wspomnę. Ach, młodość... głupota... bezdenna głupota...
Od tego dnia szatan ją opętał. W stosunku do mnie stała się wprost niemożliwą, dziwaczyła, kaprysiła, zmieniała się co chwila jak chmury na niebie. Raz okazywała mi pogardę bolesną, to znów udawała, że mnie nie dostrzega wcale, innym razem wodziła za mną rozkochanem, pożądliwem spojrzeniem, słała mi czarowne uśmiechy, albo ukryta za drzewem rzucała we mnie, ile, razy się obróciłem, grudkami ziemi, to znów dostawałem w nos pestką ze śliwki. Wreszcie podczas przechadzki chichotała, szczebiotała, szastała się z tym i owym.
Najgorsze było to, że celem tem lepszego dokuczenia mi wzięła w sidła drugiego wróbla, a był nim mój serdeczny przyjaciel, Quiriace Pinon. Byliśmy ze sobą, jak dwa palce u jednej ręki. Niby Orestes i Pylades nie rozstawaliśmy się nigdy i w każdej bójce, uroczystości, zabawie, w mocowaniu, wyzwaniu na pięść, czy słowa, zawsze braliśmy udział razem. Quiriace był krępy, sękaty jak dąb, miał ramiona byka i podobny umysł prosty, ograniczony, ale szczery. Zabiłby każdego, ktoby mi chciał szkodzić. I jego to wybrała łasiczka na swe narzędzie.
Nie miała wiele trudu. Starczyło zrobić cztery razy perskie oko i wykonać tuzin zwyczajnych gestów, a więc: minkę niewinną, pożądliwą, bezczelną, potem zaśmiać się, poszeptać, zrobić słodki dziobek, spuścić powieki, zamrugać, pokazać ząbki, przygryźć wargi, oblizać się spiczastym języczkiem, pokręcić szyjką, zakołysać się w biodrach, podnieść trochę ku perek, jak pliszka... i już po wszystkiem! Czyż jest mężczyzna, któryby się oparł tym pokusom córki szatana?
Pinon stracił tę resztę rozsądku, jaki mu jeszcze pozostał, i odtąd obaj wystawaliśmy u muru, gapiąc się na łasiczkę. Nim przyszło do słów, zamienialiśmy wściekłe spojrzenia. Łasiczka, chcąc podniecić płomień, często gęsto polewała go z koneweczki lodowatą wodą. Widząc to, śmiałem się, ale Pinon był osłem, wierzgał tedy, ryczał z gniewu, klął, odgrażał się i hałasował. Nie mógł zrozumieć innego żartu oprócz swojego (niestety, na żartach Pinona, prócz niego samego nikt się jakoś poznać nie umiał. Nic mu to jednak nie przeszkadzało i śmiał się za wszystkich).
A donzella delektowała się temi obelgami głuptasa, jak mucha mlekiem i rzucała mu spojrzenia pełne obietnic i uśmiechy wabliwe. Gdy jednak prostaczek chciał wyciągnąć konsekwencje i rozwijając sztandary, rzucał się do ofensywy, łasiczka śmiała mu się w nos i odprawiała z kwitkiem. Śmiałem się oczywiście także, a Pinon, doprowadzony do desperacji, przeciw mnie kierował swą wściekłość. Był pewny, że mu chcę dziewczynę sprzątnąć z przed nosa, to też pewnego dnia poprosił mnie zupełnie formalnie, bym mu ustąpił miejsca. Odparłem słodkim głosem:
— Bracie, właśnie chciałem się zwrócić do ciebie z tą samą prośbą.
— A więc, drogi bracie, — odparł Pinon — jeden z nas zginąć musi!
— To prawda, drogi Pinon, — rzekłem — ale jest mi to bardzo przykre!
— To samo ja myślałem, drogi Breugnon! Dlatego też proszę cię, idź sobie! Dosyć jednego koguta w tym kojcu!
— Racja! Właśnie dlatego idź sobie ty, bowiem kokoszka jest moja!
— Twoja? Kłamiesz, pokrako! Jest moja... mam ją i nie dam nikomu!
— Drogi chłopcze! — odparłem — Chyba ci to nie tajne, że jesteś krasy byk auwergnacki. Siano, w sam raz dla ciebie, zaś to chrupliwe ciasteczko przeznaczone jest dla moich burgundzkich zębów. Nie masz tu co robić, idź się paść na łąkę.
Od słowa do słowa przyszło do starcia na pięści. Ale czuliśmy obaj wyrzuty sumienia, gdyż kochaliśmy się szczerze.
— Słuchaj, Breugnon! — prosił — ustąp, ona woli mnie!
— Nie... mnie woli! — oświadczyłem.
— A więc, spytajmy jej samej. Odrzucony pójdzie sobie precz!
— Zgoda! Niech wybiera!
Ale czyż warto pytać się dziewczyny o wybór, gdy cały urok leży właśnie w tem przeciąganiu decyzji. Ma zawsze czas, waży, rozważa zalety i wady tego, to znów tamtego, wreszcie odwraca się od ©bu... Oczywiście nie zdało się na nic owo pytanie. Łasiczka odpowiedziała wybuchem śmiechu.
Wróciliśmy do warsztatu i zdjęliśmy surduty.
— Ha, trudno... jeden z nas musi zginąć! W chwili, gdyśmy się mieli porwać za łby, Pinon powiedział:
— Pocałuj mnie!
Ucałowaliśmy się z dubeltówki.
— A teraz, do roboty! Zaczął się taniec, jak należy. Było na co patrzyć, choćby za biletami. Pinon usiłował załamać mi czaszkę tuż nad oczyma, ja zaś starałem się rozpruć mu brzuch kolanami. Nikt się tak serdecznie nie bije, jak przyjaciele! Za chwilę obaj ociekaliśmy krwią, która się nam obficie lala z nosów i doprawdy nie wiem, czy któryś nie byłby naprawdę oddał ducha, gdyby nie sąsiedzi, oraz majster Medard Logneau. Wpadli i rozdzielili nas, co jednak nie było rzeczą łatwą. Musiano nas, jak psy, skrapiać wodą, gdyż żaden nie chciał puścić kości. Ponadto Logneau wziął od jakiegoś woźnicy bat i smagał gdzie padło, wiedząc, że Burgund musi dostać baty, by wrócił do równowagi.
To nareszcie odniosło skutek. Po bitce wszystko się nam obu jakoś wyklarowało w głowach. Spoglądaliśmy na siebie wzajem zawstydzeni, ą wówczas zbliżył się do nas Jan Gifflard, wysoki, rudy, krągły na gębie młynarz, o świdrowatych oczkach i takie nam palnął kazanie:
— Głupie koguty! I cóż wam z tego przyjdzie, że sobie powyrywacie grzebienie, pióra i powydrapujecie oczy? Czy sądzicie, że któryś z was dostanie kwoczkę. Nieprawda! Widzicie przecież sami, że z was kpi, radując się tylko z waszej bójki. Każda samiczka przepada za tem, by włóczyć za sobą czeredę adoratorów, którzy ją obwąchują na wszystkie strony. Czy chcecie dobrej rady? Oto odwróćcie się obaj na pięcie i idźcie sobie obaj precz! To jej da bobu... widząc, że traci jednego i drugiego, będzie się musiała zdecydować. A więc... marsz! Ruszajcie natychmiast, nie tracąc ni chwili! Trzeba to przeciąć odrazu! Dalejże za mną! Chcę wam pomóc z serca, przeto, gdy obaj będziecie wędrować po kraju, ja tymczasem nie spuszczę z oka damulki, dowiem się którego opłakuje i nie omieszkam zawiadomić zwycięzcy. Drugi wtedy uczyni, co zechce... Tak będzie najlepiej! A teraz chodźmy popić... niema jak wino, gdy człowiek musi topić zmartwienie i pamięć.
Tak dokładnie topiliśmy swe nieszczęście, że straciliśmy zupełnie zastanowienie i działając, jakby pod przymusem, tegoż jeszcze wieczoru, spakowawszy tłumoczki i ująwszy laski, ruszyliśmy na całą noc, mimo iż ciemno było choć oko wykol, unosząc w sercach wielką wdzięczność dla zacnego Gifflarda. Nie spostrzegliśmy nawet, że oczka młynarza błyszczące na krągłej jego twarzy, napoły skryte pod fałdzistemi powiekami, jaśniały radością, której wprost ukryć nie był w stanie.
Nazajutrz rano zmienił się znacznie nasz nastrój. Nie przyznając się sobie do tego upadku ducha, nadrabialiśmy minami. Ale każdy myślał, rozważał i zdumiewał się coraz bardziej nad genjalną wprost taktyką wspólnego przyjaciela i doradcy. Wszakże pozbył się w ten sposób obu i został sam w kojcu! Około południa obaj byliśmy bliscy rozpaczy. Wieczorem śledziliśmy się wzajemnie z pod oka, rozmawiając jednocześnie, niedbale i obojętnie, o deszczu i pogodzie. Każdy zaś myślał: — Ślicznie mówisz, przyjacielu. A mimo to radbyś mnie puścić w trąbę i sam wrócić do domu. O, o, nie, nic z tego! Kocham cię zbyt gorąco, by cię zostawiać samego!... Nie... nic... będę wstępował w twoje ślady...
Po rozlicznych fortelach, by się wzajemnie podejść (nie opuszczaliśmy się ani na moment), położyliśmy się wreszcie spać i każdy udawał, że chrapie. Ale gryzła nas słonia, miłość i pchły. Pinon pierwszy wyskoczył z łóżka i zawołał:
— Na miłość boską, dość tego! Nie wytrzymam! Szlag mnie trafi! Wracam do domu i basta!
— Dobrze! — odpowiedziałem — Wracajmy! Przez cały następny dzień szliśmy pospiesznie ku domowi. Słońce właśnie zachodziło, gdyśmy się znaleźli pod miastem. Ale nie chcąc się wystawiać na szyderstwa przechodniów i znajomych, ukryliśmy się w pobliskim lesie, by tam doczekać nocy. Prócz tego chcieliśmy przyłapać łasiczkę na płaczu, wyrzekaniu, wyrzutach sumienia itd.
— Opuściłeś mnie, najdroższy! Niema cię!
Tak pewnie wyrzeka łasiczka. Ale kto jest ten najdroższy? Każdy mówił sobie:
— To ja...
Skradając się pocichutku, dostaliśmy się pod mur ogrodu. (Lekki niepokój obudził się w naszych sercach). Dom był oblany światłem księżyca. U okna łasiczki zwisała gałąź jabłoni, a na niej... czyż to jabłko? Nie... Boże wielki... to kapelusz młynarza!
Czyż mam opowiadać, co potem nastąpiło?
Quiriace, niby ranny dzik, rzucił się naprzód, jelenim skokiem (miał przecież nawet rogi) znalazł się na murze, potem na jabłoni i wpadł oknem do izby, skąd niebawem rozebrzmiały straszliwe wrzaski, jęki, skowyty zarzynanego cielęcia, klątwy...
— Drabie! Zbóju! Kanaljo! Oszuście! Na pomoc! Ratunku! Rogalu! Obłudniku! Wisielcze! Zabiję jak psa! Policja!... Gwałtu...
Łomot, trzask, lecą szyby, dźwięczą tłuczone garnki, dudnienie padających na ziemię ciał, pisk i lament kobiecy, wycie psów...
Łatwo pojąć, że te wrzaski zbudziły wszystkich i cala dzielnica zbiegła się pod okno domu łasiczki. Nie czekałem na ciąg dalszy, widziałem już dosyć. Zawróciłem w stronę, skąd przybyliśmy dopiero co. Jedno oko się śmiało, drugie płakało, nos był spuszczony na kwintę, a uszy położyłem po sobie.
— A to ci się udało, Colasie! — powtarzałem raz poraz.
W głębi duszy byłem smutny, ale udawałem wobec samego siebie kpiarza. Przypominałem sobie całą awanturę, naśladowałem to jedno, to drugie, młynarza, to znów dziewczynę, przytem zaś wzdychałem ciężko, jakbym zamierzał wyzionąć ducha.
— Niestety! — mówiłem sobie — To takie zabawne, że można zdechnąć ze śmiechu... nie, raczej z boleści. I omal mnie ta szelma nie wzięła pod małżeński pantofel. Ładnebym nosił rogi? Chociaż, czyż nie opłaciłoby się... zawszebym ją miał, chociaż... O, Dalilo... Dalilo... tromtididara!
Przez dwa tygodnie wahałem się tak między śmiechem a płaczem... potem zaś... Łaskawi państwo, my, Burgundowie, jesteśmy ludzie czynu. Niewiele posiadamy wspólności z bohaterami romansów. Nikt mi się nie pytał, czy chcę przychodzić na świat... i pewnie, że byłbym z tej przyjemności zrezygnował, gdybym mógł. Ale żyje, a przeto trzeba się liczyć z tym faktem, potrzebuję świata a świat mnie, gdy się jest Burgundem, niema czasu myśleć o śmierci. Po jakichś pięciu, czy sześciu miesiącach nareszcie, w miarę mijania czasu, zbyt ciężkie na me siły brzemię bólu zostało gdzieś na drugim brzegu i powiedziałem:
— Wyobraź sobie, żeś ją posiadał!
O, kochana, śliczna łasiczka! Nie... nie... mimo wszystko, nie mogę sobie tego wyobrazić. Posiadł ją Gifflard... posiada, pieści i bawi się z nią... już od lat dwudziestu przeszło. Dwadzieścia kilka lat... mój Boże... chyba zaspokoił pierwsze pragnienie! Jak mi mówiono, nie posiada jej zresztą od owego, pamiętnego dnia, kiedy był zmuszony ją poślubić. Dla takiego łakomca, smakołyk raz połknięty traci wszelki powab.
Zresztą młynarz nic miał zgoła małżeńskich zamiarów i gdyby nie awantura, wywołana przez Pinona, jego gruby paluch nie byłby trafił nigdy w małą obrączkę łasiczki. Teraz jednak musiał nastąpić ślub. Wpadł w potrzask, chcąc schwycić dziewczynę, przyciął sobie ogon. Złapali się tedy wszyscy: on, ona i... ja! Śmiej się tedy, Breugnon... jest z czego...


∗             ∗
Właśnie, kiedy się zaśmiałem, ujrzałem w odległości dwudziestu pięciu kroków, w głębi szpaleru drzew (Boże wielki... czyż podobna, bym gadał przeszło dwie godziny?) dom o czerwonym dachu, zielonych okienicach i białych ścianach, okrytych szczelnie liśćmi winorośli. Drzwi były otwarte, a przed niemi ujrzałem pod rozłożystym orzechem u studni, strzeżonej kamiennem ujęciem, czerpiącą wodę, znaną mi, ach jak dobrze znaną (chociaż od tylu lat niewidzianą) kobietę. Na ten widok nogi się ugięły pode mną.

Omal nie uciekłem. Byłbym to uczynił, ale cóż... patrzyła na mnie. Spoglądała spokojnie, nie przestając czerpać wody... i oto nagle... poznała mnie! Nie uczyniła jednego gestu, nic wydała okrzyku... Duma nie pozwalała na to... tylko wiadro wyśliznęło jej się z rąk i wpadło do studni. Gdym się zbliżył, powiedziała:
— A skądże to Bóg prowadzi?
— Widzę, że czekałaś na mnie! — odparłem pyszałkowato.
— Głupstwa pleciesz! Zapomniałam już jak wyglądasz!
— Dalibóg, ja także! A to doskonale... wszystko tedy w porządku...
— No i cóż?
Staliśmy naprzeciw siebie. Miała ramiona mokre od wody, stała, ująwszy się pod boki a ja również podparłem się i przybrałem swobodną postać. Patrzyliśmy na siebie, nie widząc się jednak. Oczy nasze błądziły gdzieś... Wiadro w studni napełniało się zwolna wodą...
— Wstąp na chwilę! — powiedziała.
— Chyba na minutkę... spieszno mi!
— Dobrze... dobrze... cóż cię tu sprowadza?
— Mnie? Ależ nic! — zawołałem — Ot tak, zrobiłem sobie spacer.
— Więc jesteś bogaty?
— O tak... pieniędzy wprawdzie nie posiadam, ale fantazji co niemiara!
— Nie zmieniłeś się! Zawsze ten sam warjat z ciebie!
— Już ten się nie wyleczy.
Kto dzieckiem mówił... od rzeczy!
Weszliśmy w podwórze. Zamknęła wrota. Staliśmy zupełnie sami pośród rozgdakanych kur. Wszyscy ludzie z fermy byli w polu. Nie wiedząc co robić, podeszła pod drzwi stodoły, zatrzasnęła je (czy też otwarła, nie wiem sam...) i zburczała biednego Medora. Ja, także chcąc przyjść do siebie, zacząłem gadać o jej domu, kurach, gołębiach, kogucie, psie, kocie, kaczkach, prosięciu. Byłbym wyliczył, gdyby nie przerwała, całą arkę Noego. Nagle ozwała się:
— Breugnon...
Zatkało mi oddech.
— Breugnon! — powtórzyła.
Patrzyła mi w oczy, potem rzekła:
— Pocałuj mnie!
Nie dałem się prosić! Gdy się jest tak starym, można sobie pozwolić. To nawet robi dobrze czasem... (zawsze dobrze robi...). Uczułem na swych szorstkich pomarszczonych policzkach zwiędłe policzki Celiny i nagle rozjaśniły mi się oczy, dotąd łzami wezbrane. Uczułem teraz dopiero łzy, ale oczywiście nie rozpłakałem się.
— Broda twoja kłuje! — powiedziała.
— Szkoda, iż nie wiedziałem rano, że cię będę całował, — odparłem — byłbym się ogolił. Przed trzydziestu laty broda moja była miększa, a wówczas chętnieby się też była otarła o twą krągłą, rumianą buzię!
— Więc myślisz o tem jeszcze?
— Nie... nie myślę nigdy!
Spojrzeliśmy na siebie i roześmialiśmy się oboje. Żadne za nic nie byłoby teraz spuściło oczu.
— Zuchwalcze! Uparciuchu! Holodrygo jeden... jakże podobniśmy byli wówczas do Usiebie wzajem? pór nie opuścił cię dotąd... widzę, że nie chcesz się starzeć! Coprawda, mój drogi Breugnon, nie wyładniałeś wcale, masz woreczki pod oczyma, koślawy nos wydal ci się jeszcze bardziej, ale ponieważ nie byłeś nigdy piękny, przeto strata niewielka. Nie wylazł ci ani jeden włos z głowy, stary urwipołciu... tu i owdzie tylko przegląda srebrna nitka.
Odpowiedziałem:
— Głupia głowa nie łysieje!
— Co tam wam, mężczyznom? Nie trapicie się nigdy, używacie życia i tyle. Zato my, kobiety, starzejemy się szybko, starzejemy się za was i siebie. Spójrz na mnie, wszakże jestem zupełną ruiną. Gdzież się podziało moje jędrne ciało, ponętny karczek, piersi, biodra, mleczna cera twarzy, słowem wszystko, co mnie czyniło podobną do wonnego, dojrzałego owocu? Ach... wszystko przepadło... Nie wiem, czy poznałbyś mnie był, spotkawszy gdzieś na targu?
— Byłbym cię poznał wśród tysięcy kobiet i to z zamkniętemi oczyma!
— Z zamkniętemi? Tak... może... ale z otwartemi, trudniej. Spójrz na zapadłe policzki, bezzębne szczęki, nos cienki, suchy, podobny do haka, zaczerwienione oczy, zwiędły kark, zwiotczałe, wyschłe piersi, nieforemny brzuch...
Odparłem (tak było niestety, jak mówiła):
— Pamiętasz przysłowie? Nie odmienisz swego lica... co łasica, to łasica!
— Więc nie dostrzegasz zmian?
— Mam dobre oczy, łasiczko?
— Ach, w cóż się zmieniła twoja łasiczka! — westchnęła ciężko.
— Biegała tędy... pamiętam... teraz gdzieś się ukryła, ale nie zapomnę nigdy jej ostrego pyszczka, świdrujących, szelmowskich oczu tak kpiących, a tak wabnych jednocześnie. Odpychała i przyciągała do swej jamy.
— Możesz wejść, szanowny lisie... nic nie zaryzykujesz, nie stracisz tu ogona w paści. Ho... ho... zawód miłosny nie zaszkodził, jak widzę, twej duszy!
— Wiem moja droga, że robaka utopić nie można. Wypływa zawsze. Zmartwienie trzeba zrzucić, cóż bowiem warte życie bez emocji!
— Doskonale! Musimy dać pić robakowi.
Weszliśmy do domu i zasiedli do stołu. Nie wiem już dobrze, co jadłem i piłem. Dusza moja była mocno zajęta, ale zęby i gardło pilnowały się same i nie traciły jednego kęsa, ni jednego łyku. Patrzyła na mnie, oparłszy łokcie na stole, potem powiedziała szyderczo:
— Mniej ci teraz dolega ból serdeczny?
— Oczywiście, znasz przecież przysłowie:

Gdy cię serce boli,
Najedz się do woli...
Kosza da dziewczyna...
Siądź bracie do wina!

Umilkła, nie była już w stanie kpić. Ja bufonowałem dalej, plotłem koszałki opałki, ale oczy nasze wpatrywały się w siebie wzajem, a dusze myślały o przeszłości. Nagle powiedziała:
— Breugnon... czy wiesz? Nie powiedziałam tego nikomu... Teraz mogę już, bo przepadło... Oto kochałam ciebie jednego!
Odparłem:
— Wiem o tem i wiedziałem...
— Wiedziałeś, nicponiu! I czemuż mi tego nie powiedziałeś?
— Przez samą chęć przekomarzania byłabyś powiedziała, że to nieprawda!
— To i cóż. Czułam inaczej. Całuje się przecież usta, nie zaś słowa, które z nich wychodzą!
— Twe usta nie zadowalniały się słowami. Byłem pod domem tej nocy, kiedyś wpuściła do swego młyna... młynarza.
— To twoja wina. Młyn czekał na ciebie. Prawda, że i ja byłam winna, ale odpokutowałam to gorzko. Wiesz wszystko, Ale nie wiesz, że wzięłam go z rozpaczy, dowiedziawszy się o twem odejściu. O, jakże pożądałam ciebie. Pożądałam ciebie onego już dnia, gdy mną wzgardziłeś...
— Ja... wzgardziłem tobą? — Tak... tak... idjoto... Spałam w progu domu... Przyszedłeś... a potem uciekłeś, odepchnąwszy mnie z obrzydzeniem.
Wydałem okrzyk oburzenia, a potem wyjaśniłem jej powody.
— Rozumiem... rozumiem. Nie wysilaj się na tłumaczenie, głuptasie... Czemuż jednak nie starałeś się tego naprawić?
— Poprawię się!
— Cymbał z ciebie! Otóż zato pokochałam cię jeszcze mocniej i dlatego zaczęłam cię dręczyć. Nie mogłam tylko przypuścić, że puścisz haczyk zamiast go połknąć (o, jacyż wy mężczyźni jesteście podli!)
— Bardzo dziękuję. Smaczny jest haczyk, ale go trudno strawić, bo psuje kiszki!
Roześmiała się kątami ust i mówiła dalej:
— Gdym się dowiedziała o twej bójce z tamtym krasym byczkiem, prałam właśnie bieliznę na rzece. Powiedziano mi, że cię dusi (zapomniałam już, jak się zwał), rzuciłam przeto kijankę, którą porwał prąd i, depcąc bieliznę, przewracając kumoszki, stojące mi w drodze, boso, pogubiwszy saboty, biegłam jak szalona. Chciałam krzyczyć: Breugnon, durniu jakiś, co wyrabiasz, wiesz przecież, że cię kocham! Nie dajże sobie wyrywać kawałków ciała, bo chcę męża kompletnego z wszystkiemi członkami! Tymczasem cóż się stało? Oto ty, mój ukochany... polazłeś razem z tym nosorożcem do szynku, zapomniałeś zaraz o co się biłeś, a potem pod rękę z przyjacielem poszedłeś sobie precz! (Podły to wilk, który ucieka przed owieczką...) Breugnon... w tej chwili znienawidziłam cię! Dzisiaj, oczywiście wszystko wydaje mi się tylko śmieszne. Byłabym cię tego dnia odarła ze skóry, upiekła żywcem, wybiła ci zęby... Nie mogąc jednak ukarać ciebie, ukarałam siebie samą. Właśnie nawinął się młynarz. Wściekła, bezprzytomna ze złości, oddałam mu się. Tej nocy byłabym przyjęła każdego... wszystko jedno kogo! Przez jednego nieboszczyka dziury nie będzie w niebie. Zemściłam się... myślałam tylko o tobie przez cały czas, gdy on...
— Mów dalej...
— Gdy on... mścił się na tobie za mnie. Myślałam sobie: Niechże teraz przyjdzie i zobaczy! Dobrze ci tak, Breugnon... I przyszedłeś... prędzej nawet, niż chciałam. Wiesz co się stało potem. Na całe życie zostałam złączona z tamtym osłem z młyna.
Zamilkła. Wówczas powiedziałem:
— Czy jesteś przynajmniej zadowolona?
— Ot, tak sobie! — odparła wzruszając ramionami.
— Do licha! Dom ten mógłby być rajem.
— Tak... tak! — odparła i roześmiała się.
Zaczęliśmy mówić o czem innem, o polu, o ludziach, zwierzętach, dzieciach, ale co chwila wracaliśmy do dawnych Wspomnień. Chciałem ją wtajemniczyć w szczegóły mego domowego życia, ale spostrzegłem (straszna jest ciekawość samiczek), że wie wszystko najdokładniej. Oczywiście kumoszki doniosły, jak zawsze. Zaczęliśmy rzucać przysłowia, kalembury, facecyjki, aż do zachłyśnięcia. Co które ciasteczko wyszło z pieca, zostawało natychmiast połknięte na gorąco.
Śmiałem się do łez. Naraz, ocierając oczy, słyszę... bije szósta na kościele pobliskim.
Ho... ho... muszę już iść! — powiedziałem.
— Jeszcze masz czas!
— Niedługo wróci twój mąż. Nie mam ochoty widzieć się z nim!
— Ani ja! — odparła szczerze.
Przez okno kuchni ujrzałem, że cienie zaczynają się już słać po łące. Skośne promienie wyzłociły tysiące czubów traw, ziół i krzewów. Krowa lizała z zapałem korę wierzby, opodal stały dwa konie. Jeden kary z gwiazdką na czole, drugi szpak pięknie znaczony w jabłka ciemne. Stały, sparłszy na sobie głowy, zapadłe w rozmarzenie wieczorne, syte i ciche. Zapach kwiatów szedł falą... Było tak słodko. Spojrzałem na talerzyk z przysmakiem burgundzkim, galaretką porzeczkową, i powiedziałem:
— Jakże tutaj dobrze! Wzięła mnie za rękę i odparła:
— Mogło być tak przez całe życie...
Przyszło mi, na myśl, że nie powinienem jej zostawić rozżaloną, przeto zacząłem:
— Ej... droga łasiczko, może to i lepsze, co się stało! Zważmy, że właściwie niewiele straciłaś. Dobrzeby nam było ze sobą przez kilka pierwszych dni. Ale życie całe... ha, ha, ha! Znam ja siebie dobrze... oj, znam i powiadam ci miałabyś mnie dosyć! Jestem wartogłów, próżniak, pyszałek, pijaczyna, obżartuch, gaduła, uparciuch, złośliwiec, kłótnik, marzyciel, choleryk, lunatyk,... słowem, droga łasiczko, byłabyś wprost nieszczęśliwa i mściłabyś się na mnie za swe rozczarowanie. Gdy o tem pomyślę, włosy mi stają dęba na głowie. Bóg wie, co robi! Mówię ci... lepiej się stało!
Patrzyła na mnie poważnie i odrzekła po chwili, podnosząc głowę:
— To prawda. Wiem o tem... jesteś wielkim nicponiem! (była zgoła innego zdania). Założę się, że biłbyś mnie, a jabym ci przyprawiała rogi. Ale to bicie i te rogi to rzecz ludzka... czyż więc nie lepiejby było załatwiać to z sobą?
— Zapewne... — odparłem — zapewne...
— Mówisz to z wahaniem?
— O nie... nie! No, ale trudno, musimy się obejść jakoś bez obu tych przyjemności.
Wstałem i powiedziałem na zakończenie:
— A więc nie żałuj niczego, droga łasiczko! Pamiętaj, że czyśmy się kochali czy nie, to teraz rzecz bez znaczenia... Minęło, przeszło... a co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr!
— Kłamco szkaradny! — zawołała.
(I miała rację...)


∗             ∗

Pocałowałem ją i mszyłem w drogę. Śledziła za mną spojrzeniem, oparta o uszak drzwi. Przed nami słał się cień wielkiego kasztana. Nie oglądałem się dopóki nie dotarłem do zakrętu drogi, by być pewnym, że zwróciwszy się wstecz, nie dojrzę już niczego. Wówczas stanąłem i nabrałem tchu w piersi. W dali, na łące ryczały białe woły.
Ruszyłem dalej i, chcąc pójść na bliższe drogi, opuściłem gościniec, potem, dostawszy się na wzgórze, skierowałem się przez winnice i nareszcie zatonąłem w lesie. Coprawda, droga tamtędy nie mogła mnie zawieść prędko do domu, gdyż oto w pół godziny później zauważyłem, że stoję ciągle jeszcze na skraju lasu pod konarami dębu i przedrzeźniam się srokom. Nie wiedziałem zgoła co czynię. Myślałem i myślałem bez końca. Różowe dotąd niebo przygasło. Patrzyłem jak nikły refleksy na drobnych, młodych listkach winorośli, połyskliwych, jakby lakierowanych, soczystych i przysutych złotem. Słowik zaczął śpiewać. Drugi słowik, skryty w mej pamięci, w głębi osmutniałego serca odpowiadał mu. Wspomniałem Wieczór podobny. Byłem razem z dziewczyną moją. Wstępowaliśmy na wzgórze, pokryte winnicami. Byliśmy młodzi, weseli, rozgadani i rozchichotani. Nagle, nie wiem co zaszło w powietrzu. Trudno powiedzieć, czy był to ton dzwonu wieczornego, tchnienie ziemi co się przeciąga o wieczorze, wzdycha i szepce: — Chodź do mnie! — czy też upojna melancholja, płynąca z księżyca... Zamilkliśmy oboje i nagle, tknięci tem samem uczuciem, ujęliśmy się za ręce i nie rzekłszy słowa, nie patrząc na siebie, zakrzepliśmy w bezruchu. W momencie tym uniósł się zpośród winnic, objętych mrokiem wiosennej, nocy śpiew słowiczy. Ukryty pośród gęstwy winogradu, którego witki wydłużały się na wszystkie strony, szukając czegoś, by się okręcić, nucił nie chcący zasnąć słowik z pełnej piersi starą, prastarą słowiczą kantylenę miłosną:

Winnica rośnie, rośnie, rośnie
O wiośnie.
Przedziwna moc!
Nie śpię ni w dzień, ni w noc —
O wiośnie...

Uczułem drgnienie ręki Łasiczki mojej i poznałem, że znaczy:
— Biorę cię i wziętą jestem. Winnica rośnie i witki łączą nas!
Zeszliśmy ze wzgórza. Czując, że wracać trzeba, rozłączyliśmy się. I od tej pory byliśmy w rozłące. Ach, słowiku, ty śpiewasz ciągle dalej. I dla kogóż to, powiedz? Winnico, rośniesz co wiosny. Komuż to sposobisz więzy miłosne?
Noc zeszła, ja stałem z zadartym w niebo nosem, objąwszy rękami pośladki, a ręce oparłszy na lasce, niby wbity na pal i gapiłem się na czub drzewa, na szczycie którego zakwitł księżyc. Starałem się otrząsnąć z czaru, który mną owładnął i nie mogłem. Niezawodnie drzewo spętało mnie kręgiem swego cienia, tak że zatraciłem drogę i ochotę odnalezienia tej drogi. Okrążyłem dąb raz, dwa razy, trzy razy, krążyłem ciągle wkoło i wkońcu znalazłem się, niby przykuty łańcuchem, na tem samem miejscu.
Wówczas powziąłem postanowienie i wyciągnąwszy się na trawie, zająłem na noc komnatę w gospodzie „pod Księżycem.“ Ale niewiele spałem w onej oberży. Przeżuwałem melancholijnie życie swoje. Myślałem nad tem czemby mogło być, czem było, dumałem nad zmarniałemi marzeniami młodości. Boże, ileż smutku znaleźć można na dnie przeszłości w nocnych godzinach, kiedy duszę niemoc owłada! Człowiek czuje się biedny i nagi, kiedy przed starcem zgorzkniałym staje postać młodzieńcza, okryta dostatnią szatą nadziei!... Czyniłem przegląd mych rachunków i pomyłek, oraz liczyłem marny dorobek zamknięty w szkatułce życia. Oto mam żonę, nieładną wcale i w tejże samej mierze dobrą. Synowie są daleko, mają zgoła inne myśli, a ze mnie posiadają jeno materjał cielesny. Dumałem nad zdradą przyjaciół, szaleństwami ludzkiemi, krwawo się znaczącemi systemami religijnemi i domowemi wojnami. Ujrzałem Francję, rozdartą na części, marzenia ducha mego, dzieła dłuta zrabowane i poniszczone, życie me zdało mi się zmienione w garść prochu, czułem nadpływający wiew śmierci... Płakałem zcicha, oparłszy usta o pień drzewa, zwierzałem mu się z utrapień i wciskałem się pomiędzy jego korzenie jakby pomiędzy ramiona ojca. Czułem, że mnie słucha i niewątpliwie zaczął potem dąb mówić i pocieszać mnie, gdyż kiedy zbudziłem się w kilka godzin potem, leżąc z nosem w trawie i chrapiąc głośno, z melancholji mej nie zostało ni śladu. Czułem jeno jakiś ucisk w sercu i odrętwiałość w nogach.
Słońce wstało. Drzewo pełne ptaków śpiewało donośnie. Ściekała zeń pieśń, niby sok z grona ściskanego w rękach. Gaworzyły jak najęte wszystkie ptaki. Znalazła się tu zięba i gil i dzięcioł i szara piegża co szczebioce i kos, którego miłuję najbardziej, albowiem nic sobie nie robi z mrozu, wiatru ni deszczu, a ciągle się śmieje, zawsze zadowolony, pierwszy zaczyna śpiewać od świtu i drze się do nocy. Lubię go, gdyż jak ja ma dziób zarumieniony potrochu. Ach, jakże się rozkrzyczała ta hołotka kochana! Wyzbyła się strachów nocnych. Noc jest to wielka zdrajczyni, spuszczająca co wieczora na ptactwo sieć ogromną. Dławiąc się ciemnością, myślą... któż z nas zginie? Ale skoro się jeno rozewrze zasłona nocy, wrzeszczą ucieszone: jari rarira, a gdy blady uśmiech dalekiej zorzy zarumieni zlodowaciałą twarz i pobladłe wargi życia, drą się rozkosznie: oj ty, oj ty, la, lai, la, la, la, laderi, la rifla... Jakimż wrzaskiem, jakiem uniesieniem miłosnem święcą powrót dnia! Zapomniane wszystkie utrapienia, obawy, strachy, sen na chłodzie, ciemń nocy... oj ty, oj ty... Wszystko poszło w niepamięć.
Kos świstał i śpiewał ciągle, a jego pełna mocy iron ja rozweseliła mnie. Przykucnąwszy na ziemi, świstałem z nim w zawody.
Nagle ozwała się skryta w głębi lasu kukułka.
— Kuku biała, kuku czarna, kuku szara niwernejska kuku, a kuku na buku...
Wstając, machnąłem koziołka, a zając, który właśnie nadbiegł, poszedł w me ślady. Roześmiał się, miał od ciągłego śmiechu rozszczepioną wargę. Wstałem i ruszyłem w drogę, śpiewając na cale gardło:
— Wszystko się wybornie ściele, przyjaciele, światów, jak nasz, niewiele. Kto pływać niezdolny, rzecz oczywista, tonie jak glista. Zmysłów pięć niby okna otwarte szeroko, świat płynie przez mą duszę, me serce i oko. Zaliż mam się na świat dąsać, że ze sobą nie da pląsać i że mi nie dał, cobym rad chciał? Gdy człek raz zacznie myśleć coby chciał... ach gdyby to... gdyby owo... do licha... niema temu końca. Wszystko się na wnątrzu kwasi i marzy się o wielu rzeczach niepodobnych do rzeczy. Weźmy bodaj pana de Nevers, albo Króla Jegomości, albo Jegomości Boga Ojca... ha i cóż... każdy ma swe granice mocy i każdy żyje w swojej kompanji. Czyż mam jęczyć, że nie mogę wyjść ze swojej sfery? Czyżby mi lepiej gdzieindziej było? Jestem na własnych śmieciach, zostanę tu, zostanę, do kroćset tysięcy i tak długo nie pójdę stąd jak się tylko da. Na cóż się użalam właściwie? Nikt mi ostatecznie nic nie winien. Mogłem przecież wcale nie przyjść na świat... Mocny Boże, gdy o tem pomyślę, ciarki mnie przechodzą! Czemżeby bez Breugnona był ten piękny świat, to życie? Ach, smutnoby tu zaprawdę było, przyjaciele drodzy. Wszystko jest dobre co jest. Siano, czego mi nie dano! Ale to, co mam, mocno trzymam w łapie i basta!...


∗             ∗

Wróciłem do Clamecy, spóźniwszy się straszliwie. Jak zostałem powitany, o tem wolę nie wspominać. Udałem się do spichrza (gdzie mam spokój) i oto spisuję na papierze wszystko co trzeba i co nie trzeba, a pisząc, kręcę nosem, pogwizduję, wystawiam język i delektuję się przeżyciami swemi, zarówno radosnemi, jak bolesnemi, bowiem:

Wszystko co się przeżyło,
Opowiadać miło...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.