Bajbuza/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
I.

Upłynęło lat parę.
I w rzeczypospolitej i w cichem a spokojnem Nadstyrzu, zaszły zmiany, które życie sprowadza.
Sama nawet naszej powieści główna postać, pod wpływem czasu i okoliczności, uległa pewnemu przeistoczeniu.
Byłci to zawsze ten sam w głębi rotmistrz waleczny, a marzyciel wielki, który się był gotów dla rzeczypospolitej naprzód, potem dla wszelkiej ludzkiej poczciwej i zacnej sprawy poświęcić, ale doświadczenie, doznane zawody na ludziach, ostudziły go znacznie.
Życie zamknął w ciaśniejszych szrankach, mniej już poza swój kąt i ziemię wyglądał na widownię rozleglejszą, nie sądząc się do działania na niej powołanym.
Za to w ciaśniejszem tem kółku był on sługą wszystkich, rozjemcą i pomocnikiem, a w spełnieniu tego, dobrowolnie na siebie wziętego obowiązku, nie mona go było nawet o chętkę zdobycia jakiejś wziętości posądzić.
Niczego się bowiem nie dobijał, a często dla przekonania szedł wbrew ludziom, narażał się im, ściągał krzyki i nieprzyjazne przeciw sobie objawy.
Patrzano na niego jednak z poszanowaniem, bo wszystkie te zwykłe sprężyny, co pobudzają ludzi do działania — miłość własna, próżność, chęć zbogacenia się, uzyskania władzy i przewagi — obce mu były.
Posądzał go niejeden, że się tak świętym czyni przez próżność jakąś, lecz najpilniej badając jego czynności, nic mu zarzucić, cienia na nim znaleść nikt nie mógł.
Potwarz spływała po nim, jak woda po kamieniach, obmywając a nie nadwerężając.
Radzi nieradzi, przyjaciele i niechętni szanować go musieli.
Dwór w Nadstyrzu powoli, nieznacznie się zaludnił.
Przybył naprzód z rotmistrzem, nieodstępny jego, poczciwy, oddany mu cały Szczypior, człek prosty, nie orzeł, ale roztropny, niemający też do orlego polotu najmniejszej chętki, druh i sługa wierny.
Chociaż żołnierz z powołania, dał się skłonić Szczypior, że tymczasowo tu na spoczynek pozostał.
— Ja cię niewolić nie chcę — rzekł mu gdy przybyli do Nadstyrza Bajbuza. — Siedź, póki ci tu dobrze, a nie kosztuje ofiary. Zatęsknisz w pole, konie masz, oręż jest, pachołków ci dam, ruszaj. Tymczasem pilnego jeszcze nie ma nic, a co ty będziesz robił tam na leżach lub na granicy. Zawszeć droga otwarta, tymczasem spocznij.
Szczypior się na to chętnie zgodził. Lasy dokoła w kluczu i majętnościach Bajbuzy były ogromne, a zwierza pełne, psy miał rotmistrz doskonałe, stajnie były pełne koni. Było się czem i zabawić i czego pilnować. Sam Bajbuza też chętnie od czasu do czasu na łowy ciągnął i w lesie przesiadywał w szałasie.
Sąsiedztwo bliższe i dalsze gdy się o rotmistrzu dowiedziało, że z wielkiego teatrum, od dworu, od hetmana, z boju pod Byczyną przybywał, ciekawe nowin i człowieka, napływało do Nadstyrza.
Dworzec stary, obszerny, stał gościnnie otworem, choćby największej liczbie przybywających. Przyjeżdżał szlachcic z tem, że miał wieczorem powracać, zostawał na noc, a często i tydzień przesiedział.
Za jednym, który opowiadał co słyszał i widział w Nadstyrzu, płynęli i drudzy ciekawi. Starzy się legitymowali tem, że nieboszczyka znali i jejmość z kniaziów Kurcewiczów, macierz pana rotmistrza, inni mu się przypominali, że na jednej z nim ławie w szkole, choć zdaleka, siedzieli. Rad był wszystkim, a nie chciał lub nie mógł po całych dniach siedzieć z nimi, zastępował go Szczypior, zawsze gotów do pustej gawędy i do kubka.
Potem nieznacznie poczęto Bajbuzę pociągać za pośrednika i rozeznawcę, że spokojnego umysłu i sprawiedliwym był.
Zwaśniła się szlachta, jechał jeden z nich, jak w dym, do Bajbuzy, a rotmistrz chętnie się zgadzał zgodę czynić i od sądów odciągać.
Ale kto się nie czuł praw, ten do niego się nie uciekał, bo się przekonano wprędce, że najlepszego przyjaciela potępił, gdy sprawę miał złą.
— Ja cię kocham bardzo — mówił — gotówem wszystko dla waszeci uczynić, ale sumienia przyjaźni nie sprzedam… Nie masz słuszności za sobą.
Znano go z tego, że nielitościwym był prawdomówcą, lecz nawet gdy najprzykrzejsze musiał komu czynić wyrzuty, czynił to łagodnie i bez gniewu; starał się błąd wytłumaczyć, winę zmniejszyć, rankory łagodzić.
Bywało, że szlachcic obrażony tem, iż za nim nie poszedł, krzyknął.
— Z przyjaźni kwita!
Kłaniał się naówczas Bajbuza i mówił.
— Z Panem Bogiem.
A najczęściej potem ten, co kwitował tak porywczo, wracał nazad i przepraszał.
Wiedziano, że choćby setny raz był obrażony, zawsze się dał przebłagać. Zburczał tylko, bez gniewu.
Samo potem jakoś z tego urosło, że rotmistrz gdy zasłyszał o bezprawiu, o kłótni, o zgorszeniu jakiem, choć go nie wzywano przybywał, aby zwaśnionych jednać i pokój przywrócić. Bywało tak, że mu nadąsany przymówił.
— Nie wdawaj się w to, co do ciebie nie należy.
— Jak, nie należy? — odpierał Bajbuza — a to mi się podoba. Szlachtą jesteśmy, do jednej rozrodzonej należymy rodziny, jakże to może być, abym ja się w tej sprawie nie czuł interesowany? Uczynisz waszeć bezprawie, zakałę przez to nam wszystkim. Jeżeli ja temu zapobiedz mogę, tom powinien. Nie zechcesz mnie słuchać, wola twa, ale ja w sumieniu uczuję się czystym, żem choć ratować próbował.
Drudzy się wyśmiewali gdy im te prawdy głosił i powiadali.
— Na kazalnicę się powinien był sposobić…
Koniec końcem naokół nie było nad niego. Zazdrościli mu ci, co się za wziętością ubiegali, lecz drogi nikomu do niczego nie zagradzał.
Wielu utrzymywało, że w końcu duma jego się odkryje i sięgnie po jakieś dostojeństwa. Wiedziano o tem, że go znał i cenił hetman, że dobrze był ze Stanisł. Żółkiewskim, że jako rycerza i jako człowieka wysoko u dworu położeni szanowali go, że miał mir u królowej wdowy, która, prawdę rzekłszy, dotąd mu pożyczonych pieniędzy nie powróciła, a Bajbuza milczał i nie upominał się. Zdawało się więc wszystkim, że się to skończy na jakiej kasztelanii, starostwie, a bodaj potem wyższem krześle.
Ale o tem tu wcale słychać nie było, a Szczypior śmiejąc się upewniał, że gdyby mu ofiarowano krzesło, nie przyjąłby go może.
— Będzie-li rzeczpospolita potrzebowała oddziału i ręki dzielnej, wystawi znowu kopijników, da pieniędzy, ale się o zapłatę za to upominać nie będzie, bo powiada, że to czyni dla ojczyzny miłej jako syn, a od matki nagrody syn nie wyciąga.
Ci co tego zrozumieć nawet nie mogli, milczeli głowami potrząsając.
Bajbuza w ogóle na ludzi się nie oglądał, chwalili go, nie nadymał się, ganili, szedł swą drogą, nie oglądając się.
Przekonywano się tak często, iż po sobie słuszność miewał i co przepowiedział, to się ziściło, iż potem bieżono do niego po radę i zdanie.
— Cóż to z tego będzie? co czynić mamy?
Ale rotmistrz ostrożnym był, a gdy rzeczy nie pewien się czuł, milczał lub otwarcie zeznawał.
— Czekajcie, nie dojrzało to jeszcze, sądzić nie pora. Ja nie rozumiem.
— No! — mówiła szlachta — jeżeli Bajbuza nie rozumie, to już my się nie mamy co porywać.
Oprócz Szczypiora, który już się tak zasiedział, że nie myślał opuszczać Nadstyrza, choć czasem zdawało mu się, i tu jest gościem, liczba rezydentów z każdym dniem rosła. Działo się to nieznacznie, niepostrzeżenie, bez żadnej o to umowy. Zjawiał się jakiś biedak, który nie wiedział co ma począć z sobą, często nie sam nawet, ale z dwojgiem czeladzi i z kilku końmi.
Nikt go tu nie znał, on nikogo. Szczypior naprzód gości takich przyjmował, a wiedział, iż nikogo odprawić nie godziło się. Szły więc konie do stajni gościnnych, czeladź do czeladnych izb, wóz pod szopę, a gość dostawał komorę lub choćby łóżko z kim drugim dzieląc izbę. Siadał potem do stołu, opowiadał curriculum vitae, słuchano go i pobyt się przeciągał, bo mu tu było jak u Boga za piecem.
W ten sposób dostał się tu naprzód po powrocie rotmistrza, niejaki Rożek, szlachcic, który przy Hołubku był pod Byczyną. Stanowiło to rodzaj pobratymstwa, bo mogli mówić o tym sławnym a opłakanym boju, gdy się pierwszy raz pono, od niepamiętnych czasów, krew polska od oręża polskiego polała.
Rożek był rycerz dzielny, miał tego niewątpliwe dowody na całem ciele, bo rzadko tak porąbanego szpetnie widzieć było można człowieka, ale też bezwstydnie kłamał. W uniesieniu czasem takie prawił duby smalone, że ludzie od śmiechu pękali. Pił też i jadł okrutnie, a gęba mu się nie zamykała.
Sam jeden jak palec, odarty dosyć, z trokami za kulbaką starą, na koniu skóra i kości, przybył do Nadstyrza. Kto go tu przysłał? opatrzność Boża. Rotmistrz, starego już, kalekę niemal, ubogiego, przyjął jak najserdeczniej. Szczypior mu otwarcie powiedział: Siedź sobie póki chcesz, chleba ci nie pożałują, koń się odpasie i ty wydobrzejesz na lepszej strawie, ale zachowuj się spokojnie, burd nie rób, bo on tego nie lubi. Przestrzegam też, jeżelibyś po żołniersku nawykł, do wiejskich bab się zalecać, że u nas to nie uchodzi.
— Cóż? klasztor? — rozśmiał się Rożek.
— Zwij to tam jako chcesz — odparł Szczypior — ale wiedz, że gdy do Bajbuzy dojdzie skarga, nie masz co ino konia siodłać i ruszać precz.
Rożek nadto głodnym był, a opatrzono go, z rozkazu rotmistrza, przez szatnego zaraz tak sowicie i konia mu pielęgnowano, że gotów był do wszelkich praw domu się zastosować.
Bajbuzie się nie naprzykrzał. Przychodził do stołu, zabawiał opowiadaniami, śmiano się z niego a potem szedł spać do gościnnej izby. Tu chociaż zegarka nie miał, czy wytrąbiono na obiad lub wieczerzę, czy nie, miał taki instynkt przedziwny, że punkt o godzinie, gdy do stołu siadać było potrzeba, znajdował się już na miejscu.
A że częstokroć dla gości przekąski i nie jeden raz podawano, stawał dla towarzystwa, choćby się najczęściej powtarzało i gotów był przepijać do każdego, ile razy było potrzeba.
W kilka tygodni tak już tu przystał, oswoił się, poznał nawet ze psy podwórzowemi, wszystkich kuchtów umiał po imieniu i nazwisku mianować, jak gdyby się tu narodził.
Szczypiorowi był wielce dogodny, bo go wyręczał w łajaniu, a klął tak zamaszyście, dobitnie, i można było powiedzieć, wykwintnie, coraz z nowemi inwencyami, że i to zabawiało nawet.
Ponieważ do kościoła parafialnego dosyć było daleko, a rotmistrz dbał o to, aby bez Boga nie był on sam i służba, zdawna więc kazał postawić kaplicę przy ogrodzie. Ale czasu tych różnych wypraw, chociaż już była pod dachem, nie dokończono jej wewnątrz i pustowała.
Po powrocie z pod Byczyny, zawinął się rotmistrz i kaplicę nietylko dokończono wewnątrz, ale we wszystkie aparaty zaopatrzono. Łożył na to po pańsku, nie żałując i mówił: występujemy dla królów, a dla Króla królów byśmy skąpić mieli. Prawda, że on tego nie potrzebuje, bo Jemu lasy hymny śpiewają i rzeki się modlą swym szumem, a świątynią Jego świat cały, ale my biedni ludziska musimy go do kościołów dla siebie wpraszać, bośmy mali i inaczejbyśmy go nie widzieli i nie zrozumieli, a co najgorzej, zapominali o nim.
Gdy kaplica była gotową, obejrzał się za kapelanem Bajbuza. Chciało mu się zakonnika, ale o tego niełatwo było, musiałby się mieniać, bo za klasztorem zawsze żyć nie mógł. Tymczasem nastręczył się przypadkiem ksiądz o kulach, dla nóg chorych, biedny, bo mu probostwa dla zdrowia dostać nie było można, a nie miał nikogo, coby mu wyrobił takie, gdzieby wikary za niego obowiązki spełniał.
Ten ksiądz, Jacek Rabski, którego żywot pono był bardzo burzliwy i nieszczęśliwy, jak do portu dopłynął do Nadstyrza. Jeździł tak biedny prawie o żebraninie, a choć dobrego rodu, nie wstydził się tego i mówił:
— Pan Bóg mnie tak pokarał… z ręki jego wszystko przyjąć potrzeba.
Jak innych gości, księdza też uczciwie ugoszczono w Nadstyrzu. Spytał go zaraz rotmistrz czy Mszę świętą odprawiać ma prawo i zdoła. Odpowiedział Rabski, że gdzie tylko kościół po drodze wszędzie nieomieszkiwał, a choć o kulach do ołtarza szedł, przy ołtarzu mógł się bez nich obejść.
Kaplica już była przez biskupa łuckiego poświęconą, nazajutrz proszono Rabskiego o mszę świętą. A że rzadko się ona tu odprawiała, kapliczka była pełna i nabożeństwo się odprawiło jak niemożna piękniej. Sam rotmistrz, który ministranturę doskonale pamiętał, służył do mszy ze Szczypiorem.
Rabski przy stole i w rozmowie okazał się kim był, to jest wielce obytym ze światem i ludźmi, świadomym, a nawet oczytanym człowiekiem. Miał tylko jednę wadę, która później dopiero jawną się stała, temperament tak gwałtowny, że czasem nie umiejąc się powstrzymać wybuchał i od zmysłów niemal odchodził.
To to nieszczęśliwe usposobienie i niemoc do panowania nad sobą wszystkich nieszczęść, a nawet choroby księdza Rabskiego były przyczyną.
Ale w domu rotmistrza, między mężczyznami, mniej to było niebezpiecznem, niż gdziekolwiek indziej. Nie zapraszał go zrazu rotmistrz, ani on może myślał o tem, by tu mógł pozostać, ale Bajbuzę zdjęła litość wielka.
— Co ten nieszczęśliwy z sobą pocznie — mówił w kilka dni potem do Szczypiora. — Gdyby się tylko jako tako chciał zachowywać, a burzy mi nie wzniecał, chętniebym go za kapelana wziął. Niechby choć w niedzielę mszę świętą odprawił, zdrowiejby u nas z tem było. Co myślisz?
Szczypior miał zwyczaj zawsze to myśleć co Bajbuza. Znajdował więc wniosek jego doskonałym.
Postanowiono poczekać, pomyśleć, a księdza wstrzymywać. Temu zaś tak było dobrze w Nadstyrzu, iż panu Bogu dziękował, że choć dni kilka odetchnie.
Natura w księdzu Rabskim była szlachetna, ale krew popsuta i zburzona. Każda niepoczciwość go poruszała i gniewała niewypowiedzianie, a gdy się uniósł, rosło stopniowo uniesienie, czasem aż do szału, gdy go chciano powstrzymać.
Bajbuza zmiarkował, że chcąc go mieć znośnym, nie potrzeba było niczem drażnić. On też sam, tyle już wycierpiawszy przez krewkość swoją, zaczynał się poskramiać. Doradził mu ktoś, ażeby, gdy w sobie do porywczości tej czuje skłonność, póty ust nie otwierał, dopóki Ojcze nasz i Zdrowaśki nie zmówi. Skutkowało to nie źle i Rabski się mitygował.
Raz zaś w usposobieniu łagodnem, człowiek był najmilszy w świecie, z tem tylko, że ta żółć, którą w sobie nosił, czyniła go zbyt surowym ludzkich spraw sędzią. Sądził bez miłosierdzia.
Po kilku tygodniach pobytu w Nadstyrzu, objął tu Rabski kapelanią, dano mu do tego chłopaka, którego z sobą przywiózł, pomoc dla posługi, dobre mieszkanie, wygody, a nawet wolność przychodzenia lub nie do wspólnego stołu.
Miał oprócz tego książki, ciepły kąt, ludzi gdy chciał, nie mogło mu być lepiej. Na obiady, chyba gdy zbyt brzydka pora była, nie przychodził, inaczej zawsze się stawił i Benedicite odmawiał.
Naostatek przybłąkał się tu jeszcze niejaki Przygodzki. Ten też niegdyś służył rycersko, potem gospodarzył, wreście nowicyat u Bernardynów rozpoczął, wywlókłszy się wprędce w mieście osiadł, a nawet handlów kosztował, ale nigdzie nie wytrwał. Utrapiony był człowiek z tem, że coraz mu nowe myśli i zachcianki przychodziły, zapalał się do nich i nigdzie nie wytrwał. Jąkał się przy tem, śpiesznie i śmiesznie mówił, co go czyniło w towarzystwie pociesznym. A że obudzając śmiechy nie gniewał się i znosił je, znoszono go. Przygodzkiego tu przez litość przygarnięto, bo już nie wiedział, co czynić z sobą i z tem się oświadczał często, i sobie życie odbierze.
Szczypior dowodził, że i tego nie uczyni, bo nimby węzła zaplątał na stryczek, jużby mu się odechciało, a gdyby się miał topić, toby go woda zimna odstraszyła.
Pomiędzy innemi przymiotami tego nieszczęśliwego było, że na myśliwstwie się znał, szczególniej na wabikach, sidłach i różnych kunsztach łowieckich, a również do łowienia ryb był wprawny, czy z sakiem, czy z wędką, czy z niewodem.
Miał więc w Nadstyrzu robotę, a znudziło mu się w lesie, szedł nad rzekę i tak żył tu jakoś nie wyrywając się dalej.
Po przybyciu do domu, Bajbuza się o księżnę dowiadywał razy kilka, ale w majątku o niej nie wiedziano nic, oprócz że się spodziewać nie kazała.
Potem nadeszła wiadomość, iż księżna została panią Spytkową i że miała wraz z mężem zjechać do majętności na czas krótki dla obejrzenia jej.
Z powodu tego, gdy mowa była o Spytkach Jordanach w ogóle, a Rabski genealogie wszystkie znał doskonale chwaląc się tem nawet, że panu Paprockiemu wiele dawał niegdyś skazówek, trafił zaraz na tego, który miał być mężem pięknej księżnej Teresy.
Był to człowiek majątkowo bardzo już, jak się wyraził, cienko śpiewający, choć włości były obszerne. Dzieci przytem z pierwszego małżeństwa miał dorosłe. Sam on zaś, wielki włóczęga, niegdyś po wszystkich dworach europejskich znany, ulubieniec księcia Ferrary, w łaskach u cesarza Rudolfa, znany na francuzkim dworze, miał być, zdaniem ks. Jacka, wielce ujmującym, miłym, światłym, gładkim ze wszech miar człowiekiem. Nic mu zarzucić nie było można, bo i w sztuce rycerskiej celował, i mówić umiał, i umysłu był bardzo przenikliwego, ale statku w tem nie było. Opowiadano o nim historye różne jakie po dworach tych miewał, zawsze zakończone smutnie, a wszystkich ich powodem były kobiety.
— Jeżeli się albo sam już postarzawszy umiarkował, lub go żona młoda potrafi w mierze utrzymać, uspokoić i uczynić sobie wiernym, szczęśliwą z nim być może. Lecz przysłowie powiada: czem się skorupka za młodu napoi, tem na starość cuchnie.
Tego się obawiać należy.
Oczekiwano potem długo na przybycie państwa Spytków do majętności, którą księżna dożywociem trzymała, aż przyjechali nareście. Doszła wieść o tem, że dworno bardzo, szumno, świetnie, ludno przybyli i ledwie się pomieścić tam mogli.
Wkrótce potem, Spytek sam zjawił się z odwiedzinami w Nadstyrzu, politycznie bardzo dziękując rotmistrzowi za okazywaną niegdy, teraźniejszej żonie jego, sąsiedzką życzliwość i opiekę.
To, co Rabski o nim mówił, całkowicie się sprawdziło. Spytek był, acz nie młody, mężczyzna piękny jeszcze bardzo, w obejściu się więcej włoch niż polski szlachcic, wymówny nietylko we własnym, ale w pięciu czy sześciu obcych językach, prawdziwy Kortedzianin. Chodził nawet ubrany z włoska lub hiszpańska, twierdząc, iż polski strój i golona głowa niewygodną była.
Podobał się rotmistrzowi, bo się może o to starał, lecz Bajbuza uczuł i otwarcie potem oświadczył, że w tem wszystkiem, co tak pięknie mówił, wiary nie miał. Lekko, płocho, a nadto względnie dla drugich, odzywał się o wszystkiem.
Rzecz oczewista, iż Bajbuzie natychmiast należało odwiedzić tego sąsiada, a rad był księżnę zobaczyć. Pojechali więc ze Szczypiorem oba.
Tłumaczył się Spytek, iż będąc gościem sam, przyjmować ich nie mógł jakby pragnął.
Wyszła księżna… Bajbuza ją znalazł smutnie zmienioną, bladą i choć się siliła na to, aby szczęśliwą okazała, wszystko mówiło, iż nią nie była.
Mąż okazywał dla niej miłość i względy, jakie może we Włoszech nie raziły, wychodząc na okaz, ale w Polsce one dziwnemi się wydawały, bo u nas poszanowanie uczuć człowiekowi najdroższych było takie, że ich przed publiką nie obrażano.
Spytek nie na męża, ale raczej na cavaliere starającego się wyglądał. Ona ciągle się rumieniąc, skłopotana, zmięszana przyjmowała te objawy, tak dalece, iż prostoduszny Szczypior mówił potem.
— Chyba on to dla ludzi tylko takim się okazuje czułym, bo ona to przyjmuje jakby się zuchwałemu kłamstwu dziwiła.
Śmiał się z tego Bajbuza, lecz instynkt Szczypiora pono nie zawiódł. Spytek o swych majętnościach, dobrach, dostatkach i zamku starym mówił też nadto wiele, a ludzie służebni, gdy wracali do Nadstyrza rozpowiadali, że we dworze wcale dostatków i zamożności widać nie było.
Rotmistrz przykro był uderzony tem, iż na twarzy księżnej Teresy szczęścia, którego się spodziewała, nie wyczytał. Stosunek ze Spytkiem zresztą trwał krótko, bo on tu nie bawił długo. Wypuścił majętność żony dzierżawą, przyczem sobie dopożyczyć kazał parę tysięcy, i raz jeszcze odwiedziwszy Nadstyrze, nagle potem z żoną zniknął.
Z tego, co nowy opowiadał dzierżawca, wnosić było można, że ów pan rozległych włości, w tej chwili żądnym był grosza bardzo. Ludzie podszeptywali, iż z żoną dosyć się ostro i bezwzględnie obchodził.
Zasmuciło to wielce Bajbuzę, ale miał też wiele innych pod czas powodów do niepokoju i troski.
Wszystko, co go dochodziło ze stron różnych, jakoś panowania świetnego i spokojnego nie rokowało.
Wprawdzie wiadomości pod owe czasy przychodziły nie zbyt pewne, często zafarbowane przez tych, co je przynosili. Nie drukowano jeszcze dzienników, biegały z rąk do rąk przepisywane korespondencye, a te w głąb kraju przychodziły późno. Szczególniej przykrem to było Bajbuzie, którego sprawy publiczne nie przestawały obchodzić, choć miał teraz pewien wstręt mięszać się do nich.
Dowiadywał się ze wszech stron i jak najdobitniej, że między królem a Zamojskim rozbrat był stanowczy. Ale, słuchając o nim tu w Nadstyrzu nie wiedzieć co było myśleć, miał-li słuszność młody król, że hetmanowi się powodować nie dawał, a do Radziwiłłów skłaniał, czy Zamojski, który w imię kraju domagał się tego, czego dać nie chciano?
Zblizka poznawszy hetmana, Bajbuza za nim ciągnął, ale z drugiej strony, ci, co go o dumę, chęć panowania, o ambicyę nienasyconą obwiniali, także nie bez pewnych podstaw, zarzuty temu czynili.
Po owej bytności w Rewlu i widzeniu z się z ojcem, gdy potrzeba było całej siły biskupa Baranowskiego, aby Zygmunta wstrzymać od opuszczenia Polski, w chwili właśnie gdy jej wojna z Turkiem zagrażała, miał Zamojski chwalącego się z tego czynu biskupa zburczeć.
— Było go puścić! z Panem Bogiem, niechby sobie do Szwecyi powracał. My nigdy z niego nie zrobimy króla prawdziwie polskiego. Mamy już takie szczęście! Mówi on po polsku, ale myśli po niemiecku, a gdyby nie królowa wdowa, na zamkuby słowa chyba w języku naszym nie posłyszeć. Otaczają go szwedy, niemcy, włosi, hiszpanie, a weneracya dla domu rakuzkiego górą nad wszystkiem.
Ten rozbrat pomiędzy królem a hetmanem, gdy coraz się wybitniejszym stawał, coraz głośniejszym, a przywodzono różne fakty, które miały zniechęcić Zamojskiego, między innemi oddanie pieczęci nie temu, którego kanclerz zalecał, a potem usunięcie ode dworu wszystkich co hetmanowi byli przyjaźni, między innymi i bardzo umiarkowanego Leśniowolskiego, co to króla ze Szwecyi przywiózł, dał wielce do myślenia Bajbuzie.
W prawości i prostocie swego ducha, nie mógł on pojąć tego, aby mąż tak wielki jak Zamojski, o którym on miał wyobrażenie tak wysokie, dla jakichkolwiek względów prywatnych, z pobudek miłości własnej mógł działać.
— Źle być musi z królem, kiedy hetman staje przeciwko niemu i zgodzić z sobą nie mogą!
Chętka go brała niezmierna siąść na koń, ruszyć bodaj wprost do Zamościa, który właśnie się naówczas budował, rozrastał i na jakąś vicestolicę przerabiał, stanąć przed dawnym wodzem i wprost go spytać. — Wytłumacz mi dlaczego to czynisz? Nie można-li pojednać was, abyście szli razem zamiast stać jako nieprzyjaciele?
Lecz natychmiast przychodziła mu uwaga, jakim on prawem mógł tak przemawiać do hetmana?
Chodził jednak niespokojny i zachmurzony. Wieści po kraju tymczasem uparcie się szerzyły, że król, chociaż do Szwecyi nie odjechał, ciągle z dworem rakuzkim rokował, aby mu odstąpić korony.
Oburzało to Bajbuzę. Jakimże prawem! Nie była ona dziedziczną? Mógł ją porzucić jak Henryk, ale nią frymarczyć nie miał najmniejszego prawa. Nie było tak dalece z kim w Nadstyrzu o tem rozprawiać, oprócz księdza Rabskiego. Rotmistrz się niepokoił.
Niekiedy sumienie go dręczyło. On tu na wsi sobie spokojnie zażywał wczasu, a kraj tymczasem na łup był oddany prywacie i ludziom, którzy o jego losy nie dbali. Bajbuza byłby chętnie się poświęcił i bodaj ostatni grosz dobył ze skrzyń w lochu stojących, ale w którą się tu obrócić stronę.
Po długich rozmysłach, zasłyszawszy, że król znowu w Krakowie gościł z królową wdową i królewną Anną, nie mówiąc nikomu powodów jakie go skłaniały do podróży, w miejscu swem na gospodarstwie zostawiwszy Szczypiora, z małym pocztem, pod pozorem błahym, wyjechał do Krakowa. Istotną pobudką było, aby na własne się przekonać oczy, co się tam działo.
Wiara w Zamojskiego czyniła go już nieufnym, prawie niechętnym królowi.
Mając ten cel na widoku, Bajbuza naturalnie, nie potrzebował śpieszyć, jechał rozglądając się i rozsłuchując, a że ze służby wojskowej znajomości miał liczne, badał każdego, z kim się zetknął.
Ogólne usposobienie w kraju znajdował wszędzie prawie królowi niechętne.
Duchowieństwo tylko sławiło go z pobożności wielkiej, a szczególniej Jezuici wynosili pod niebiosy, bo oni tu największy wpływ mieli. Rotmistrz miał to szczęście z dawnych lat znać ks. Piotra Skargę, o którym mu powiedziano, że królewskim kaznodzieją był naznaczony, a że z nim niegdyś wielce się był poprzyjaźnił i był jego wielbicielem, cieszył się tem, że od niego prawdy się dowie i na tem, co mu ks. Skarga powie, będzie mógł polegać.
Tymczasem podróż ta powolna do stolicy, w ciągu której go kilka razy dawni towarzysze broni zatrzymywali i odciągali, coraz większym niepokojem i niepewnością umysł jego napełniała.
Narzekano powszechnie, skarżono się, utyskiwano, malkontentów nie mniej było jak za Batorego.
— Może to w naturze naszej jest — rozumował Bajbuza — że my nigdy się tem, co mamy, nie zaspakajamy, a coraz lepszego szukamy.
Może to i dobrem jest, że nam powszedni chleb nie starczy, a na ziemi chcielibyśmy stworzyć, civitatem Dei, ale gdzież do tego królestwa weźmiemy obywateli?
Zdawało mu się chwilami, że warcholskiego ducha należało poskromić, wszakże do tego dążył hetman za Batorego, a tu teraz on sam warcholić poczynał?
Rodziła się tedy wątpliwość w jego umyśle, kto tu miał słuszność? którą drogą iść?
Nim mi się uda zobaczyć hetmana — mówił sobie — spotkam się z ks. Skargą. Ten mi powie prawdę.
Przypominał sobie z przyjemnością te czasy, gdy dawniej widywał, w skromnej celi, wśród ksiąg, gdy umysł znużył pracą, odpoczywającego przy ręcznej robocie i przy żywej rozmowie, razem klejącego pudełeczka, oprawiającego księgi, malującego obrazki dla dzieci, szyjącego nawet gdy było potrzeba i naprawiającego skromne suknie swoje.
Ta prostota obyczaju przy umyśle wyższym, przy takim darze słowa, że nawet w powszednich stosunkach wywierało ono wrażenie porywające, napełniało Bajbuzę czcią i uwielbieniem dla niego… Mówił myśląc o nim — Ecce homo!
Dawniej wyrazy te w zapale stosował do hetmana, teraz już jakoś zwątpił o nim nieco.
Człowiekiem dla niego był, ale tym, o którym mówił rzymski poeta, iż nic ludzkiego obcem mu nie było, nawet słabości.
Bajbuzie się nie podobało to fundowanie wielkości własnej i stolicy przeciw stolicy, akademii przeciw akademii, dworu przeciwko dworowi. Opowiadano mu, że hetman gromadził około siebie możnych, tworzył stronnictwo, zabierał się może na sejmie stanąć przeciwko królowi.
To mu hetmana czyniło mniejszym, słabym, ale go nie potępiał, bo chciał widzieć, słyszeć i przekonać się, czy to, co opowiadano, prawdą było istotnie.
Z głową pełną najsprzeczniejszych pogłosek, zdań, rozsiewanych szyderstw i przekąsów, sam nie wiedząc w czem prawda była, dobił się Bajbuza do Krakowa.
Pierwszy niemal z kim się tu spotkał, był poczciwy Kaliński, który we dworze bawiąc, jak gąbka nasiąknął tem, w czem był zanurzony, potrzebował go tylko nieco pocisnąć, aby z niego dobyć co chciał.
Kalina przybiegł uradowany, a humor jego urósł, jeszcze gdy zaraz na wstępie otrzymał gościńca, parę pistoletów kosztownych, jakiemi się pochlubić było można.
Ust mu nie potrzeba było otwierać. Przyniesiono wino i przekąski, Kaliński siadł i potoczyły się opowiadania o dworze, o królu, o królewnie, o już po cichu obmyślanem małżeństwie, których Bajbuza słuchał z nadzwyczajnem zajęciem. Na pierwsze zapytanie o hetmana, Kaliński ręką zamachnął.
— Nieprzyjaciel nasz jawny jest! — zawołał.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.