Bajbuza/Tom II/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
< Bajbuza‎ | Tom II
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Bajbuza
Podtytuł Powieść historyczna. Czasy Zygmunta III
Data wydania 1885
Wydawnictwo Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Drukarz Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron
II.

Tegoż wieczora zapytał Bajbuza o ks. Skargę, bo w tem największą ufność pokładał.
Ks. Skarga był w Krakowie na dworze i wymową jego zachwycali się tu wszyscy. Widzieć się z nim mógł każdy, chociaż zajętym był bardzo swą polemiką z dyssydentami i innemi pracami, a na świat i między ludzi nie rad wychodził.
— Juścić mnie starego sługę swojego, gdy zapukam do celi, wpuści.
— Nie wątpię — rzekł Kaliński — ale jeżeli przez niego chcecie co u króla sobie wyrobić — jabym raczej radził do Gołyńskiego, spowiednika i doradzcy się zwrócić. Ten tu więcej znaczy niż ks. Skarga, który do świeckich spraw niechętnie się mięsza.
Bajbuza śmiać się na głos zaczął.
— A! Kalino ty, Kalino moja! — zawołał — jakże ty mnie znasz, gdyś posądzić mógł, że ja do Krakowa przybyłem, aby się o coś starać i coś u króla wyrabiać? Człecze poczciwy! ale cóż mi król dać może?
Kaliński się zmięszał.
— Gadaj zdrów, wszystko — zawołał.
— Ale ja niczego nie chcę — mówił rotmistrz. — Bogatszy jestem niż król, bo więcej mam niż potrzebuję; o honory i tytuły się nie dobijam, panowania i rozkazywania nie jestem chciwy! Jedno mi może król uczynić dobre, gdy się przekonam, że kraj pokochał i że kraj go nawzajem kocha.
— Ba! ba! — syknął Kaliński — otóż to właśnie psuje nam hetman i przeszkadza do tego.
Królowi stawią na drodze zawady we wszystkiem. Podejrzywają go nieustannie. Wszystko złe co on uczyni.
Odsunąć musiał Leśniowolskiego, oczemeście pewnie słyszeli, bo ten hetmana stronę trzymał. Na to miejsce mamy Radziwiłłów, a ci są potęgą nietylko na Litwie.
Marszałek Albert u króla teraz w estymie wielkiej, dalej idzie jeszcze poufalszy podkomorzy Bobola, no i podkanclerzy Tarnowski.
— Wszystko ludzie nowi — odparł rotmistrz.
— Starzy zdradzali go — mówił Kaliński. — Hetmana i hetmana mu narzucać chciano, a Zamojski nie przy królu, ale ponad królem stać chciał. Dosyć już i tak, że wielką buławę dzierżąc władzę ma ogromną.
Westchnął, popił Kaliński i głos zniżając dodał:
— Między nami, król się chce żenić z austryaczką i to mu za złe mają.
— Może nie bez powodu — odparł Bajbuza — bo się u nas wszyscy boją i wpływu i zamachów rakuzkich, a nikt tego szlachcie nie wybije z głowy, że król w układy wchodził z arcyksięciem Ernestem o odstąpienie mu korony.
Kaliński zamilkł.
— Ja tam o tem nie wiem — rzekł po namyśle — ale gdyby istotnie tak zrażonym był, toć go raczej trzeba jednać sobie i łagodzić niż rozjątrzać.
Dochodzą tu nieustannie wieści o zjazdach, na których przeciw królowi mówią zuchwale, a wszystko to z naprawy hetmana.
— A więc z nim już tak źle jest.
— Ośmielił się gwałtowne królowi czynić wymówki za mianowanie podkanclerzym Tarnowskiego, i to tak zuchwale, że go potem przepraszać musiał.
— Ale przeprosił! — dodał Bajbuza.
— Tak jest, ale zgoda taka, to jak szata raz rozdarta, którą choćby najzręczniejsza szwaczka zszyła i złatała, zawsze ślad zostanie.
— Masz słuszność — odparł rotmistrz — ja też nieskończenie ubolewam nad tem, że młody król nieco względniejszym nie był dla tego, który sam mu tron dał, walczył i cierpiał dla niego.
Kaliński się uśmiechnął.
— U nas na dworze powiadają, że on to wszystko nie dla króla przecie czynił, a dla siebie. Rakuszanin ma być groźny.
— Mylisz się, mój Kalino — rzekł Bajbuza — wiem o tem najlepiej, bom z ust Żółkiewskiego słyszał, dawali mu rakuszanie coby ino chciał, aby go sobie pozyskać i starostwa i ziemie i pieniądze i tytuły, ale się nie sprzedał.
— Bo wiedział, że rakuszaninby mu słowa nie strzymał — rzekł Kaliński. — My tu teraz Zamojskiego inaczej sądzimy.
— Słyszę i dziwuję się — odparł Bajbuza — a serce mi się ściska. Król bez niego bezsilnym będzie.
Kaliński głową potrząsnął.
— Myśmy się go powoli obawiać przestali — odparł wesoło.
Takim był rozmowy początek. Nazajutrz Bajbuza spoczywał w gospodzie, a miał ją u kupca w rynku, który mu sprawy jego tutaj załatwiał, zwano go Kaniczem.
Z okien mieszkania widział cały ruch w rynku, i Kraków mu się wydał ożywionym dosyć, ale żywioł w nim niemiecki znowu brał górę. Szczególniej austryaków snuło się mnóstwo, których z włosów i ze strojów poznać było łatwo.
Ktokolwiek z dawnych znajomych dowiedział się o rotmistrzu, który sobie serca ludzkie jednać umiał, przychodził go witać. Każdy też z sobą sam o tem nie wiedząc coś przynosił.
Stanowczo widać było, że tu około króla Zamojski nie miał przyjaciół, sarkano na niego tak jak dawniej na Zborowskich, że niepokój mnożył, wodę mącił, że wszystko chciał zagarnąć.
Bolało to Bajbuzę, który w początkach nie mogąc się powstrzymać stawał w obronie hetmana, ale w końcu jednogłośne wyrzuty zmusiły go zamilknąć i czekać, dopókiby się lepiej nie rozpatrzył.
Zdawało mu się rzeczą niepojętą, ażeby ten mąż, który Batoremu dopomagał tak dzielnie do utrzymania ładu, do poskromienia wybuchów, dzisiaj szedł razem z Kazimierskimi i sam się zaciągał w szeregi przeciwników króla.
— Nie — mówił w duchu — ludzie są złośliwi, nie rozumieją hetmana, okłamują go, spotwarzają. Ten, który na gardle ukarał Samuela, i zmusił do milczenia sejmowych krzykaczów, niepodobna, ażeby sam postępował teraz jak oni. Młody Zygmunt nie jest przecież tak twardym jak był Batory.
Parę dni spędziwszy na rozmysłach, rotmistrz w końcu przystroił się jak godziło na zamek, i poszedł naprzód pokłonić królowej wdowie.
Tu go wprawdzie przyjęto zaraz, obiecując posłuchanie, ale mógł dostrzedz, że nie był zbyt pożądanym gościem, czego przyczyny nie rozumiał. Przychodził z sercem pełnem poszanowania.
Królowa Anna niedługo kazawszy czekać na siebie, wyszła do niego, widocznie pomięszana, w żałobnych szatach, których nie zrzuciła, zestarzała mocno na twarzy, pochylona nieco, ale zawsze poważna i majestatyczna. Za nią zdala postępowało dwie towarzyszki, które nieco opodal pozostały. Trzymała w rękach piękny, kamienny różaniec, który palce jej machinalnie, gorączkowo przebierały.
Uśmiechnęła się zdala Bajbuzie i naprzód pozdrowiwszy go po włosku, natychmiast poprawiła się i poczęła po polsku mówić do niego.
Rotmistrz składał życzenia i pozdrowił ją ciesząc się, iż widział spokojną teraz na krakowskim zamku, u portu, szczęśliwą.
Królowa westchnęła głęboko.
— A! tak — odezwała się — przypłynęliśmy w istocie, lecz port jeszcze nie osiągnięty, szukamy wnijścia. Wiele jeszcze pozostało do czynienia. Mamy utrapień podostatkiem i z ojcem króla, i ze szwedami, z własnymi nawet nieprzyjaciółmi, którzy nam pokoju nie dają.
Tu królowa, jakby się już zanadto wymówiła nieostrożnie, zwróciła rozmowę nagle.
— Przychodzicie pewnie, mój rotmistrzu, o swoją należność u mnie się upomnieć. Nie mogłam dotąd jej wam spłacić, przebaczcie.
Bajbuza zaprotestował, bo w istocie teraz dopiero przypomniał sobie dług i postrzegł, że krok jego fałszywie tłumaczonym być może.
— Ale ja wcale nie z tą myślą tu przybyłem, abym się upominał — odezwał się żywiej. — Wiem, że teraz W. Król. Mość masz wiele wydatków jeszcze, a ja czekać mogę.
Rozjaśniła się zaraz twarz królowej i czulszą się stała dla Bajbuzy.
Zbliżyła się ku niemu.
— Możebym wam czem u króla mogła usłużyć — rzekła — wprawdzie zarzucają go prośbami, wyciągają zewsząd ręce, na każdy wakans jest po dziesięciu kandydatów zasłużonych, a każdy potem przysparza nam dziewięciu niechętnych, ale dla was będę się starała.
Zczerwienił się rotmistrz jak dzieweczka, tak mu to posądzenie przykro zabrzmiało.
— N. Pani — odparł — Bóg mi świadek, ja o nic nie myślałem i nie myślę prosić, bo mam wszystko czego potrzebuję, a staranie o honory innym przekazuję. Radbym tylko widzieć W. Król. Mość spokojną, szczęśliwą, a króla też, w zgodzie ze wszystkiemi.
Królowa Anna niedowierzająco słuchała, wpatrując się w niego; sądziła, iż albo on jej, albo ona jego nie zrozumiała dobrze.
— Ja — rzekła — bardzo chętnie będę pośredniczką i pomocą wam u króla, powiedzcie mi tylko otwarcie, jeżeli co macie na myśli. Sama nie mogąc, poproszę Radziwiłła, uczyni to dla mnie.
Bajbuza stał zdumiony.
— Najmocniej zaręczam W. Kr. Mości — powtórzył — że wcale o nic prosić nie myślałem. Jest dosyć takich, których datkami jednać potrzeba, niech mnie Bóg uchowa, abym się do nich liczył.
Królowa słuchała z niemniejszem zadziwieniem.
— Niech wam Bóg płaci — rzekła. — Nadejdą może lepsze czasy, nie zapomniemy o was.
Spytała go, czy na długo przybył do Krakowa; odpowiedział Bajbuza, iż sam nie wie, ile czasu tu pozostanie i wspomniał, że radby widział hetmana.
— A! tu się go pewno nie doczekacie — odpowiedziała Anna chmurno. — Wiele miałam z powodu jego do przecierpienia za życia nieboszczyka króla, którego on do surowości skłaniał, a potem winę jej na niego składał; teraz zaś nie mogąc królowi narzucać swych myśli, przeciwko niemu knuje i nieprzyjaciół mu przyczynia.
— W. Król. Mość przebaczysz mi — odezwał się rotmistrz — iż ja pana hetmana bronić będę. Ludzie go tu zapewne takim malują jakim nie jest. Niepodobna, aby królowi przymnażał trudności, sam go utwierdziwszy na tronie. Osobiste porozumienie łatwoby to wyjaśniło.
— Ale hetman siedzi w swoim Zamościu, a król go szukać nie może — odezwała się królowa, i przypomniawszy sobie zapewne w tej chwili Spytkowę, wtrąciła z uśmiechem:
— Sąsiadki waszej, księżnej Sapieżynej, którąście się opiekowali, nie znajdujecie już przy mnie. Skłoniłam ją do tego, że rękę oddała Spytkowi, który wart był, jak sądzę, jej wyboru.
Bajbuza opowiedział, że widział młode małżeństwo. Po kilku jeszcze słowach obojętnych, królowa wdowa rada temu, iż ani o dług nie naglił, ani o nic prosić nie myślał, bardzo go uprzejmie pożegnała. A że się rzadko trafiło, aby ktoś niczego nie pragnął, dodała przy pożegnaniu.
— Mój rotmistrzu, będzie-li co do rozporządzenia w mocy króla, a dowiecie się zawczasu, piszcie do mnie, pomogę wam, a król pewnie mi nie odmówi.
Bajbuza zmilczał nie chcąc już przedłużać tą treścią mu przykrej rozmowy.
Ztąd wprost poszedł szukać na zamku mieszkającego ks. Skargi, który jako kaznodzieja królewski, przy kościele miał pomieszczenie.
OO. Jezuici nie mieli jeszcze w Krakowie podówczas Collegium, które później z takim przepychem dla nich wzniesione zostało.
Kaznodzieja króla, jako zakonnik i mnich, mieścił się bardzo skromnie w dwóch izdebkach niewielkich, zarzuconych księgami, ale czyściuchnych i wesołych.
Nikt nigdy go nie zastał próżnującym. Jeżeli nie klęczał na modlitwie, czytał, pisał, lub zabawiał się jakąś ręczną robotą po staremu. Z postaci jego poznać było można męża, w którym pokój Boży panował, którego dusza w harmonii była ze światem, i nie wzdragała się walce dni powszednich. Bój ten nie mącił pokoju wewnętrznego ducha.
Nawet gdy z kazalnicy gromił lub jeremiaszowe żale i skargi głosił, duch ten pozostawał spokojnym, bo ponad ziemskiemi się unosił strefami i mieszkał wyżej nad nie.
Z tym spokojem na twarzy znalazł go rotmistrz, który w progu począł się uniewinniać, że mu przychodził czas zabierać.
Ks. Skarga go sobie przypomniał zaraz i powitał wesoło.
— Słyszałem — rzekł — żeście byli ranni pod Byczyną.
— Dawno się to już zabliźniło i zapomniało — odparł Bajbuza — gorzej tylko, że owo zwycięztwo nie wydało takich owoców, jakich po niem spodziewaliśmy się. Zdawało się, że pokój wewnętrzny przyniesie, przejedna, zagładzi wspomnienia przeszłości.
Ks. Skarga słuchał może nie odgadując konkluzyi, a Bajbuza dodał wzdychając.
— Bolesna to rzecz, że hetmana przy królu nie ma.
Zmilczał w początku ojciec, poprawił księgi na stole, czekał, czy rotmistrz nie zmieni przedmiotu rozmowy.
— Tak — odezwał się w końcu — smutna to, że hetman się od króla oddalił i zajął stanowisko, z którego źli korzystać mogą i zechcą, lecz nie ma w tem winy młodego pana naszego. Ludźmi jesteśmy, nikt Zamojskiemu wielkich nie odmówi przymiotów, szkoda, że ma też słabości ludzkie, że żądza panowania, do którego nawykł za nieboszczyka króla, zamiast ustąpić, wzrosła. Szkoda, bo z rad jego byłby król mógł korzystać.
Zamilkł.
— Ja — odezwał się otwarcie rotmistrz — służyłem pod nim, nawykłem szanować go i wierzyć w niego, mnie też szczególniej dotyka, iż go tu nie widzę, a słyszę czynione mu zarzuty.
Siedzę teraz na wsi, nie jestem obeznany z tym stanem spraw, jaki się z nowego położenia wyrobił, i wdzięczenbym był ojcu, gdyby mnie raczył objaśnić.
Ks. Skarga długo mu popatrzył w oczy, jakby badał szczerość tego pytania.
— Rotmistrzu — rzekł — bardzo to rzecz jest prosta, że obowiązkiem jest na polu bitwy słuchać hetmana, a czasu pokoju króla, który ponad nim stoi i władzę swą ma nie nadaną mu przez nikogo, ale z Bożej łaski i namaszczon jest do rozkazywania.
Bajbuza nie miał co odpowiedzieć. Milczał długo, rozwiązanie wątpliwości było tak stanowcze, iż nic już nie pozostawało, tylko je przyjąć i niem się zaspokoić. Po małym przestanku jednak rotmistrz o swej podróży do Krakowa mówić zaczął i boleć, że po drodze tyle głosów słyszał niechętnych dla króla, szczególniej z powodów jego skłonności dla rakuzkiego dworu.
Ks. Skarga westchnął tylko.
— Miejmy nadzieję — rzekł — że powoli, gdy ludzie lepiej króla młodego poznają, ocenić go też potrafią słuszniej. Skarżyli się na Batorego, on tak surowym ani chce być, ani potrafi, prędzejby może wyrzekł się tronu, niż do takich jak nieboszczyk przeciw Zborowskim środków uciekał. Wiecie pewnie, że w Rewlu, ledwie biskup Baranowski skłonił go do powrotu, tak był zrażonym.
— Cóżby naówczas świat rzekł, na tę nieszczęśliwą rzeczpospolitą naszą — odezwał się Bajbuza — gdyby po ucieczce Henryka, po męczeństwie Stefana, drugi król koronę rzuciwszy, uciekał od nas!
Westchnął ks. Skarga i dodał.
— Trudno lub niepodobna przewidzieć przyszłość; naszą rzeczą spełniać najbliższy dnia obowiązek. Modlimy się tylko o chleb powszedni, i przyszłość też zakryta przed nami. Troska dnia każdego starczy mu.
Wszystko to nie uspokoiło jeszcze Bajbuzy. Czuł, że powinien się był wyspowiadać szczerze, chciał-li ztąd zaczerpnąć jaką pociechę i skazówkę postępowania. Odezwał się więc.
— Jam wprost przyszedł do was, ojcze, uspokojenia sumienia szukając. W kraju widocznie znowu podział na obozy się gotuje. Ci, co przy Zamojskim stoją, na prawach się opierają i bronią ich.
Ks. Skarga przerwał.
— Przypomnijcież sobie czasy niedawne, gdy ten Zamojski sam praw istniejących rzeczypospolitej zmiany życzył, znajdując, że one zbyt swawoli i rozkiełznaniu posługiwały. Dziś król jest na tem stanowisku hetmana, a Zamojski niestety jeżeli nie doszedł do tego, jakie zajmowali Zborowscy, niedaleko ju od niego stoi.
— Potępiacie więc go? — spytał Bajbuza.
— Nikogo nie potępiam — odparł ks. Skarga — kto czystem sercem służyć chce pospolitej rzeczy, ale mylić się tu może każdy.
— A król?
— Do króla gratia status się zastosować daje — rzekł Skarga.
Znowu Bajbuza milczeć musiał. Ośmielił się w ostatku odezwać z tem, że króla o zamiar frymarczenia koroną obwiniano.
— Nie jestem wtajemniczony w te arcana — rzekł uśmiechając się O. Skarga — i nie wiem, czy należy wierzyć wszystkiemu, co złośliwość ludzka wymyśla. Rozpuszczane wieści te dowodzą tylko, jak król ma nieprzyjaciół wielu, a to go w tych panowania początkach nie może natchnąć wielką miłością dla kraju.
Z całego tego toku rozmowy, rotmistrz już mógł wyrozumieć, że tu hetman w niczyich oczach nie był usprawiedliwiony. Wszystko niemal złe jemu przypisywano.
Ks. Skarga, któremu to badanie uciążliwem być zaczęło, starał się na lżejsze przedmioty odwrócić rozmowę. Zapytał Bajbuza o królewnę Annę, ale żadnej nie otrzymał odpowiedzi. Była to bolesna rana, której dotykać nie śmiano. Obok króla najgorliwszego katolika, ta uparta dyssydentka, w biały dzień chodząca do zborów, które się otwierały tem śmielej, dolegała może więcej królowi i jego dworowi, niż wszystko, z czem tu walczyć przychodziło. Milczano o niej i ks. Skarga spuściwszy oczy nie odpowiadał długo.
— Mój rotmistrzu — rzekł w końcu — Bóg jeden wie, dlaczego do każdej czary, którą człowiekowi wychylać przychodzi, kropla gorzkiego piołunu musi się przymięszać. Gorycz to wielka; módlmy się, aby kielich ten Pan Bóg od nas odwrócił.
Napróżno potem starał się jeszcze Bajbuza rozmowę przedłużyć, ks. Skarga dał mu do zrozumienia, iż go powoływało zajęcie obowiązkowe, pożegnać się więc i oddalić musiał.
Spodziewał się ztąd wynieść pociechę i uspokojenie, jasne pojęcie dalszej drogi, a wychodził zachwiany, niepewien i smutny.
Powrócił też do gospody chmurniejszy niż wyszedł. Kaliński, który tu już czekał na niego, wesół, rad z siebie, nie patrzący daleko, nie rozbierający tak troskliwie położenia, zdał mu się godzien zazdrości.
Dla niego wszystko było jasnem i pewnem. Był królewskim sługą, czynił co mu kazano i nie był za nic w sumieniu odpowiedzialnym.
— Co bo wy się tak frasujecie o przyszłość — rzekł wesoło, z kilku słów Bajbuzy wyrozumiawszy jego niepokoju przyczynę. — My maleńcy ludzie nic nie poradzimy przeciwko sile wypadków, więc po co tu sobie łamać głowę? Wiecie co? pani Borzkowska, Ewunia wasza, dowiedziała się o przybyciu, zaklęła mnie więc na wszystko najświętsze, abym was do niej przyprowadził. Kobiecie odmówić się nie godzi.
— No cóż? za mąż nie wyszła? — zapytał Bajbuza.
— A! nie — rozśmiał się Kaliński — ma tylu do wyboru, że się nie może ważyć, kogo wziąć, a mnie się widzi, że najchętniej by wam rękę podała.
— A! a! — rzekł rotmistrz — wybić jej to z głowy potrzeba, abym ja się kiedy miał żenić. To nie moje powołanie. Nadtom długo swobody kosztował. Ale chodźmy do Borzkowskiej.
Zastali tu wszystko tak jak przed paru laty porzucili, nie zmieniło się nic, tylko malowana twarzyczka wdowy nieco się wydawała zmęczoną i przywiędłą, chociaż ruchy i mowa młodociane były do zbytku.
Z zapałem powitała Ewunia rotmistrza, ciesząc się, że przecież za Krakowem zatęsknił, który też tęsknił za nim.
— Za mną? — przerwał rotmistrz — alem ja nikomu na nic nieprzydatny, sobie i ludziom ciężarem. Jedyna rzecz, do której od biedybym może służyć mógł, to wojna, a dzięki Bogu, ta się nie obiecuje, bo wielka groza od strony Turków, zaczepkami kozaków wzniecona, ustała. Pokój zapewniony, a ja skazany na chodzenie za pługiem.
U Ewuni mówiono już wiele o przyszłem małżeństwie króla, o którem jeszcze nikt właściwie nie wiedział, czy przyjdzie do skutku. Utrzymywała się jednak uparcie ode dworu zawiewająca wieść, że jedna z arcyksiężniczek jest już dla króla przeznaczoną, że układy się toczą.
— Naówczas i Kraków odżyje — mówiła piękna Ewunia. — Stara królowa modli się i siedzi zamknięta, a rachunki jej czas pochłaniają, młoda królewna nikogo tu oprócz dyssydentów swych szwedów i niemców znać nie chce. Na zamku nudy śmiertelne przerywane tylko muzyką, ale my jej nie słyszymy chyba w kościele. Zabaw nie ma żadnych, król w ciasnem się kółku zamyka.
— Ludzie się oburzają — dodała piękna Ewunia — iż król rakuzką chce wziąć dziewkę. A co nam to szkodzi, bylebyśmy królowę młodą mieli?
— Tak, tak — zamruczał siedzący na boku jeden z przyjaciół wdowy — ale się jejmość pani mylisz sądząc, że młoda królowa tu życie wniesie. Przybędzie tylko ojcom Jezuitom do procesyi i nabożeństw gorliwa promotorka, nic więcej, i co dziś król sam jeden się modli, to będzie we dwoje.
— A wy mu to za złe macie, że się modli? — zapytał Bajbuza.
— Bo zakonnikiem nie jest, ale królem — rzekł kwaśny gość — a gdy on tercyarskie jezuickie odprawia chóry, senatorowie czekać nań muszą.
Wpuszczą ich nareście potem, mówią, pytają, a słowa z niego dobyć nie mogą. Dopiero po naradzie z O. Gołyńskim przez usta Radziwiłła lub Tarnowskiego przychodzi odpowiedź.
Nie mógł wytrzymać rotmistrz i przerwał.
— Ale bo wy tu, jak widzę, w królu widzicie wszystko złem tylko, chociaż nie miał ani czasu, ani zręczności dać się wam poznać.
Wstał z kąta poruszony ów antagonista królewski.
— Waszmość widzę — odezwał się — regalistą jesteś, ale to ztąd pochodzi, że na króla zdaleka patrzysz, a my tu sprawy jego bliżej oglądamy. Gdyby nie królowa wdowa, nie byłoby na dworze do kogo przemówić po polsku, taka tam siła niemców, a dla nich wszędzie najpierwsze miejsce. Dalej ojcowie Jezuici prym wodzą, oni dyrektorami sumienia, w ich ręku wszystko. O. Gołyński tu królem, a nie Zygmunt III.
Wesołym młodego pana nigdy nie widział nikt, choć się słyszę zabawia, ale zamknięty ze swymi, gdzie i karty na stole widują. Kości tylko braknie, ale i te przyjść mogą, choć na mieście ich zakazują.
Cofnął się rotmistrz przed tym potokiem plotek miejskich i zmilczał. Czoło mu się zmarszczyło.
A choć piękna wdowa usiłowała go rozbawić i rozśmieszyć, wyszedł ztąd zgorszony.
Śpieszył do stolicy w nadziei, że ztąd pociechy jakiejś zaczerpnie, a przekonywał się, że tu wszędzie gorzej stały sprawy niż zdala je sobie wyobrażał.
Ochota go brała puścić się ztąd jeszcze do Zamościa, ale zarazem obawiał się, aby tam jeszcze gorszego czegoś nie dostał. Pomiędzy Zamościem a stolicą przepaść już była.
Wytrwał jednak Bajbuza dni kilka jeszcze, aby z pierwszych wrażeń nie sądzić ostatecznie o położeniu; ale dni te potwierdzały je tylko i zwiększały obawy, aby do zajść między koroną a buławą nie przyszło.
Kaliński mu na wieczerze przyprowadzał zawsze kogoś z dworzan króla, od których nic nad narzekanie na hetmana nie mógł posłyszeć.
Już się prawie zabierał zniechęcony do Nadstyrza powracać, gdy przypadkiem dowiedział się o przybyciu jednego z zaufanych hetmanowi, daleko z nim spokrewnionego, dosyć głośnego z rycerskich czynów, i pod Byczyną też czynnego Urowieckiego, przy którym się naówczas znajdował.
Nie mogło się nic pomyślniejszego trafić dla niego. Urowiecki był zupełnie wtajemniczonym w to, co hetman zamierzał i myślał. Żołnierz był, człowiek szorstki, surowy, mężny i nie ulegający nikomu, a prawdomowny, gdy raz usta otworzył, choć nie zwykł był mówić wiele.
Od Byczyny nie widział go Bajbuza, ale dowiedziawszy się, iż na mieście był, natychmiast pobiegł do niego.
Serdecznie się powitali.
— A wy tu co robicie? — zawołał Urowiecki — przecież wątpię, abyście się mieli zapisać w poczet sług króla, który nas chce zaprzedać rakuszaninowi.
— Ja? — odparł Bajbuza — ale jam tu właśnie języka dostać przybył, bo zgoła nie rozumiem, co się dzieje. Siedzę już dni kilka i nie stałem się mędrszy przez to. Nauczcie mnie.
— Nie wiecie więc o niczem? — zapytał Urowiecki.
— Ale o czemże mam wiedzieć?
— O tem, że nas król własny zdradza i sprzedaje! — krzyknął popędliwie stary wojak.
— Byćżeby to mogło? nie sąż to niechętnych plotki? — ośmielił się wtrącić Bajbuza.
— Takby można sądzić — żywo począł Urowiecki — gdyby nasz hetman, czarno na białem, z podpisem własnej ręki króla dowodów na to nie miał, że koronę rakuszaninowi chce odstąpić, a sam do Szwecyi powrócić. Bogdajby go był ks. biskup Baranowski w Rewlu nie strzymywał, rychlejbyśmy końca doczekali.
— Cóż więc hetman czynić myśli? — zapytał rotmistrz.
— Co obowiązek nakazuje — mówił Urowiecki. — Nie ma tu już co oszczędzać majestatu, potrzeba go pozwać przed sejm, niech się tłumaczy, potrzeba dowody położyć, a jeśli senatorów potrafi sobie pozyskać i wyśliźnie się nam, mimo jawnych dowodów winy… ha! bogdajby rokosz zwołać przyszło…
Wyraz ten jak grom zabrzmiał w uszach rotmistrza. Rokosz, zwołanie całego tłumu szlachty, kto żyw dla obrony praw, dla wojowania z majestatem, było środkiem ostatnim, ale zarazem groziło wybuchem wojny domowej.
Rzadko dotąd nawet jako groźba wyraz ten dawał się słyszeć.
— Rokosz! — zawołał Bajbuza — ależ to straszna jest rzecz. Wy to najlepiej wiecie, jak za Stefana hetman tę swawolę szlachecką poskramiać pragnął, a swobodę nawet ograniczyć. Mógłżeby on dziś sam do najniebezpieczniejszego uciekać się środka i węzły już tak luźne, do reszty zwolnić. A toż wojna domowa.
Urowiecki westchnął ciężko.
— Wszystko to prawda — rzekł — ale czasy się zmieniły. Król się zmienił, wszystko inne. Maż hetman pozwolić na to, coby nawet dziedzicznemu monarsze nie przystało, aby elekcyjną koronę ktoś sprzedał lub ustąpił? I komu jeszcze? temu, kogo rzeczpospolita zdawien nawykła za nieprzyjaciela uważać?
Bajbuza pochwycił się za głowę, ale straszna ta wiadomość tak mu się zdała nieprawdopodobną, że choć ją z ust Urowieckiego słyszał, zawołał:
— Ależ frymark ten prawdą-li jest?
Stary rotmistrz zżymnął się.
— Iwasiu mój — odezwał się nawykły go tak nazywać — albom ci to nie mówił, że dowody czarno na białem mamy? Nie starczy ci tego? Jedź ze mną do Zamościa, hetman ci pokaże listy, nie zaprze się król ręki własnej. Mamyż to utaić? możemyż dopuścić, aby się frymark dokonał i najazd może wywołał. Wojna tak czy inaczej nieunikniona.
Bajbuza spuścił głowę smutnie.
— Ale — dodał Urowiecki — być bardzo może, i odsłaniając złe zapobieżym mu, uczynim je głośnem, ruszy się co żywe do obrony praw i król z Radziwiłłem swym i Tarnowskim… Naówczas…
Ale któż przewidzi, co się stać może? — wtrącił stary. — To pewna, że my za sobą mamy prawo, słuszność, sprawiedliwość. Hetman lekkomyślnie nic nie przedsiębierze; gdy raz rękę na pługu położy, orać będzie.
Na tem się rozmowa z Urowieckim skończyła, a rotmistrz do gospody powróciwszy, natychmiast konie i wozy do podróży kazał sposobić.
Nie miał już tu na co czekać, ani się nic nowego spodziewał.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.