Święto pojednania (Ajschylos, 1908)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ajschylos
Tytuł Święto pojednania
Pochodzenie Dzieje Orestesa
Wydawca E. Wende i Spółka
Data wydania 1908
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Jan Kasprowicz
Tytuł orygin. Εὐμενίδες
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii



TRYLOGII CZĘŚĆ TRZECIA
ŚWIĘTO  POJEDNANIA
(EUMENIDY)





OSOBY DRAMATU:
PROROKINI,  kapłanka delficka.
APOLLON.
ORESTES.
KLYTAIMESTRA.
HERMES.
CHÓR ERYNJI  (Eumenid).
Lud, Sędziowie, Kapłanki.





Ściana tylna: front świątyni Apollina. Drzwi zamknięte, obok nich stara

PROROKINI w sukni kapłanki z wielkim kluczem, przewieszonym przez ramię; we włosach gałązki oliwne.
Ze wszystkich najpierw bogów modlitwa ma idzie
Ku Ziemi, ku prawieszczce. Potem cześć Temidzie
Oddaję, co, jak głoszą dzieje, na urzędzie
Proroczym nastąpiła po matce. Niech będzie
Poświęcon trzeci pokłon również córce Ziemi,
Tytanów latorośli, Phoibie: szła za niemi,
Nie siłą, tylko zgodą w tej świętej ustroni
Osiadłszy. Zaś dziedzictwo i nazwisko po niej
Wziął Phoibos. Od jeziora, co śród opok leży
Delijskich, do Pallady przypłynął wybrzeży,
A stamtąd k’nam zawitał, w dzierżawy Parnasu.
W pochodzie uroczystym, pośród gęstwi lasu
Bezpieczne wycinając mu drogi, szli przed nim
Synowie Hefajstosa, hymnem niepoślednim
Wielbiący swego pana. Tej pamiętnej chwili
Mieszkańcy i król Delfów szumnie ugościli
Przybysza. Siłę bożą wlał mu Zeus do wnętrza,
By objął jako czwarty tron Wieszczów. Najświętsza
Potęga Loksyasza wieści od tej pory
Rozkazy rodzicowe. Takie to mój skory

Czci język władne bóstwa. Obok nich Palladę,
Mędrczynię, w swoich modłach przepokornych kładę
I nimfy, w korykijskich skałach skryte władztwo
Mające, gdzie się gnieżdżą demoni i ptactwo
Wszelakie szuka schronu. Bromiosa pomnę,
Co stał się tego miejsca panem, gdy niezłomne
Swe siły zwrócił gniewnie przeciw Penthejowi:
Bachantki swe nań puścił, wiedząc, że go złowi
Ich sfora i zaszczuje na śmierć, ni tająca
Niech będzie też wspomniana krynica szemrząca
Pleistosa wraz z potężną mową Poseidona,
A w końcu Zeusa wzywa warga rozmodlona,
Ze wszystkich najwyższego. Teraz, wieszczb mistrzyni,
Na tronie swym zasiędę. Niech się łaska czyni
Nademną, większa dzisiaj, niźli w innym czasie.
Zebrani Hellenowie mogą wejść, a zasię
W porządku, jaki los im wyznaczył i droga
Zwyczaju. Głosić będę świętą wolę boga.

Otwiera drzwi świątyni i — wchodzi do wnętrza. Po chwili wraca przerażona. Drzwi się za nią zamykają.

Strach mówić, strach jest patrzeć! Z domu Loksynsza
Precz widok mnie wypędził, co tak mnie przestrasza,
Że w głowie mi się mąci, biegają me ręce.
Lecz stopy się nie ruszą: stopy niemowlęce
Ma z trwogi moja starość! Odbiegł duch mnie wszytek!
W wieńcami obwieszony wstępuję przybytek
I oto widzę męża, jako głaz ołtarza,
O łaskę błagający, haniebnie znieważa:
Dłoń jeszcze krwią ocieka na tem miejscu świętem,
Miecz nagi trzyma w dłoni wraz z oliwnym prętem,
W wełnianą, białą wstęgę owitym troskliwie —

Spostrzegłam to wyraźnie. A przy nim — o dziwie!
Czyż język mój tę grozę opisać wydoła? —
Na krzesłach pełno kobiet uśpionych dokoła,
Nie kobiet, raczej Gorgon straszliwe zebranie,
A przecież i nie Gorgon: Patrzałam-ci na nie
W obrazie, jak ich ciżba wszelką strawę kradła
Ze stołu Fineusza. Te zasię widziadła
Bez skrzydeł są, acz równie ohydne i czarne,
Od stóp do głów, na ciele. Wstrętu nie ogarnę
Oddechów ich chrapliwych! Z oczu jad im ciecze,
A strój ich jest-ci taki, że ni w progi człecze
Zawitać w nim, ni stanąć przed oblicze boże.
Podobnych nie widziałam na całym przestworze
I nie ma ludu w świecie, coby, takie plemię
Żywiący, nie żałował: zbyt to ciężkie brzemię!
Lecz wszystko-ć ja to zdaję na pana świątyni:
Wszechmocny niech Loksyasz, jak zechce, tak czyni;
Na wszystko on ma leki w swym świętym rozumie
I każdą z cudzych domów winę zmywać umie.

Otwiera się ściana tylna: widać wnętrze świątyni; w środku pępek ziemi, z głazu wykuty stożek, owinięty wełnianymi paskami. Przy nim na krześle siedzi ORESTES, z mieczem w jednej, z gałązką oliwną, owiniętą wełnianym pasem, w drugiej. Naokoło mego śpią ERYNIE, straszne, czarniawe postacie niewieście, z ciemnozielonemi, ociekającemi oczami. Przy Orestesie staje APOLLON o jasnych kędziorach, w długiej, ze wszystkich stron zapiętej, fałdzistej szacie. U boku ma kołczan, w ręku łuk.

APOLLON.
Przenigdy nie odmówięci możnej opieki;
Twym stróżem zawsze będę, blizki czy daleki,

I wrogom przeciw tobie cugli nie popuszczę.
O, popatrz na tę straszną, oszalałą tłuszczę,
W tej chwili snem zmorzoną; patrz na te dziewczęta,
Na starcze dzieci Nocy! Czerń-ci to przeklęta:
Ni bóg, ni człek, ni żadne zwierzę się nie spara
Z tym rodem. Zła to gońce, spłodziła je Kara,
A gniazdo mają w mrokach podziemnego Piekła:
Niebiosa odtrąciły, ziemia się wyrzekła
Tych gadzin. Lecz ty musisz uciekać przed niemi,
Bez końca, bez wytchnienia. Po obszarach ziemi
Trop w trop cię gonić będą, gdziekolwiek się ruszy
Twa stopa; i na morzu nie ujdziesz katuszy,
Śród miast, oblanych falą. Nie spoczniesz, biegunie,
Aż zajdziesz w gród Pallady. Tam do stóp jej runie
Twa postać, tam jej posąg obejmą twe dłonie,
Tam ja cię wobec sędziów surowych obronię:
Przezemnie już na zawsze odbiegną cię znoje,
Bo matkę wszak zabiłeś na rozkazy moje!
ORESTES wychodzi z świątyni, rózgę oliwną zostawił, miecz schował do pochew,
O, władco Apollinie! Sprawiedliwe słowa
Wymawiasz; niech też będzie do czynu gotowa
Twa ręka. Obiecałeś, tak mnie zbaw z tej matni.
APOLLON.
Miej wiarę. Zbądź się trwogi! O, ty płodzie bratni
Ojcowskiej krwi, Hermesie! Weź go w swoją strażę,
Bo-ć słusznie zwiesz się stróżem, po świata obszarze
Ty czujny wędrowniku! Tobie ja go zlecę:
Do ludzi gdy zapuka, oddań twej opiece,
Zeus uczci prośby twoje i otworzą ludzie.

HERMES, zjawiwszy się na wezwanie Apollina; odprowadził Orestesa na bok. Apollon znika. Po chwili wstaje z pod ziemi cień KLYTAIMESTRY.

KLYTAIMESTRA do Erynii.
Co? Śpicie? Czyż się godzi, gdy ja w takim trudzie?
W obliczu wszystkich zmarłych przez was opuszczona,
Wstyd znoszę nieustanny, morderczyni-żona!
Umarli wstyd mój znają! Samotnie-ć ja chodzę,
Wyklęta z ich szeregu. To wam mówię: srodze
Ma wina mnie przygniata. Lecz ja, która-m w sposób
Tak straszny ucierpiała od najdroższych osób,
Nie widzę, by ktoś z bogów bronił mego prawa,
By dłonie matkobójcze zmogła pomsta krwawa.
O popatrz na tę ranę! Zobaczysz, boć przednie
Są oczy twego ducha, gdy drzemiesz; zaś we dnie
Leniwie ścigasz Doli ofiarę. Bogatą
Niejedną jam was godnie żywiła objatą,
Bez wina, czystą, hojną; niejedną wam kładę,
Bywało, karm’ po nocy — sowitą biesiadę
Przy mojem gotowałam ognisku, na którą
Bóstw innych nie prosimy —, za wszystko ponurą
Niewdzięczność tylko sprzątam, a on, niby sarna,
Z rąk waszych się wymyka. Sieć to była marna:
Wyskoczył z niej, ucieka, drwi z waszej gonitwy.
Dla dobra mojej duszy słuchajcie modlitwy,
Zerwijcie się, wy groźne podziemi boginie,
To widmo Klytaimestry rozbudza was ninie.
CHÓR wzdycha.
KLYTAIMESTRA.
Ty wzdychasz, a on uciekł, wymknął się coprędzej,
Bo tylko mnie przychylnych zabrakło w tej nędzy.

CHÓR wzdycha.
KLYTAIMESTRA.
Sen twardy masz, nie czujesz mej boleści rzadkiej:
Orestes, matkobójca, uciekł pomście matki.
CHÓR jęczy.
KLYTAIMESTRA.
Co? jęczysz? jęczysz we śnie! Zerwij się na nogi!
Bo któż ma, jeśli nie ty, spełnić czyn złowrogi!?
CHÓR jęczy.
KLYTAIMESTRA.
I sen i trud, to dwóch jest sprzymierzeńców: siły
Potwora straszliwego do głębi wypiły.
CHÓR śród zdwojonych jęków i wzdychań:
Goń! chwytaj! łapaj zbiega!
KLYTAIMESTRA.
Zwierzynę szczujesz we śnie! Sen ci twój dolega —
Zdobyczy nie chcesz puścić; jako psy, tak szczekasz —
Na darmo! Zbudź się! zbudź się! Dlaczego tak zwlekasz?
Niech trud cię nie zleniwia. Odpędź to zwodnicze
Znużenie! Wstań! wyrzuty niech cię, jako bicze,
Smagają! Na rozumnych bodźcem są wyrzuty!
Hej! huzia! niech go ściga twój oddech zatruty,
Niech za nim wnętze twoje Krwawym ogniem płonie!
Na śmierć go zamęcz, zaszczuj w tym powtórnym gonie!

Znika.
PRZODOWNICA CHÓRU budzi się pierwsza, za nią inne, budząc się wzajemnie. Podczas śpiewu CHÓR ustawia się w szeregu, pozostając jeszcze w świątyni.

PRZODOWNICA CHÓRU.
Wstań! zbudź się! Budź sąsiadkę! Wstań! Ja ciebie budzę!
Hej! rusz się! Co? Śpisz jeszcze? nie wiem, czy się łudzę:
Jakowyś głos słyszałam. O piekła! o nieba!
Otrząśnij-że się ze snu! Przekonać się trzeba.
CHÓR.
O, biada, siostry, o! Jakiż to ból mnie zmógł?!
PRZODOWNICA CHÓRU.
I ja-ci — niedaremnie! — pełna jestem trwóg!
CHÓR.
Czyż kiedy był na świecie ból straszniejszy znan?
Najkrwawsza z krwawych ran:
To-ć zdobycz nam dziś uszła precz od naszych leż.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Sen mnie ogarnął i czmychnął mi zwierz!
CHÓR.
Zeusa synu ty! Złodziejski jesteś ród!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Nas stare, młody boże, takeś czelnie zwiódł!
CHÓR.
Czcisz zbiegów, niegodnemu dajesz pewny schron:
Mordercą matki on!
Chcesz bogiem być, a otoś matkobójcę skradł!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Zali to słusznem nazwać może świat?
CHÓR.
Straszliwą dzisiaj hańbę zgotował mi sen:
Zesmagał gnuśne! — Blizny wszystkie licz,

Które mi ciął jego bicz!
Groźny zbój, harap swój
Tak ćwiczył na mej skórze męczarń sprawca ten,
Że dreszcz mi w kości wlał i w krew głęboką.

*

Tak czynią nowe bogi w ten dzisiejszy czas!
Na krwawym tronie siedzą, w ciemną noc
Spychają prawa moc.
Zguba zgub: krew u stóp
I we krwi pępek ziemi, cny ołtarny głaz
Skalan bezbożnie obrzydłą posoką.

*

Stolicę, wieszczą swoją obryzgał on sam:
Mordercy udzieliwszy schronu i opieki,
Ustawom wielkich bogów czelny zadał kłam,
Prastare Moiry pohańbił na wieki.

*

I mnieś napełnił wstrętem, lecz szkoda twych sił:
Choć skryłby się pod ziemię, nie zbawisz go, panie!
Skazaniec, jeszcze-ć będzie pod mieczem się wił:
Taki sam zbójca przeciw niemu wstanie!
APOLLON zjawiwszy się znowu, z łukiem naciągniętym, z strzałą na cięciwie.
Uciekaj! Rozkazuję-ć! Domu mego ściany,
Stolicę moją wieszczą rzuć, płodzie skalany!
Precz! mówię, bo inaczej na twą czarną tłuszczę
Z cięciwy tej złocistej lotną żmiję puszczę,
Aż z bolu się poskręcasz, tak cię kąsać będzie —
Aż wszystką krew wyrzygasz, której w chutnym pędzie

Morderczym twój się język nachłeptał zdradliwy.
Nie twoje tutaj miejsce! Na nieszczęsne niwy,
Na place szubieniczne, tam, gdzie we krwi broczy
Straceniec, tam, gdzie ludziom wyłupiają oczy,
Gdzie trzebią niemowlęta, niweczą nasienie,
Tam niech cię twego losu przekleństwo pożenie —
Gdzie jęczą na pal wbici i kamienowani,
Gdzie piersi wyrzynają — do takiej przystani
Uciekać ci się godzi... O, słuchasz z lubością,
Nie prawda? Rozkosz wlewa twym ohydnym kościom
Co bogom dech zapiera! Tak mówi twa postać.
W jaskinię lwów krwiożerczych raczej wam się dostać,
Niżeli, wstrętne cielska, przebywać w świątyni
I kalać moje progi. Precz! Tak pasterz czyni,
Swą trzodę wyganiając. Ale tyś jest trzodą
Bez stróża, zadni ciebie bogowie nie wiodą.

Wypędza chór z wnętrza świątyni na scenę.

PRZODOWNICA CHÓRU.
I nam przemówić pozwól, władny Apollinie.
Nie tylko wziąłeś udział w tej naocznej winie,
Lecz głównym jesteś sprawcą; tyś stworzył tę dolę.
APOLLON.
Jakożby? mów! do tyla mówić ci pozwolę.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Przez ciebie stał się winien matkobójczej zmazy.
APOLLON.
Tak, ojca swego pomścił na moje rozkazy.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Opiekiś mu udzielił po tej zbrodni świeżej.

APOLLON.
W swój dom ci go przyjąłem, to mu się należy.
PRZODOWNICA CHÓRU.
A myśmy z nim przybyły; komu lżyć nas, komu?
APOLLON.
Nie dla was-ci jest miejsce w moim świętym domu.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Swój urząd my spełniamy i zawsze i wszędy.
APOLLON.
Pochwalcie się przedemną: cóż to za urzędy?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Wypędzać matkobójców za progi domowe.
APOLLON.
Co mówisz! mord na męża sprowadziła głowę!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Nie mord to, gdy nie spełnion jest na krwi rodzonej.
APOLLON.
Więc Zeusa z Herą związek masz w pogardzie? Żony
I męża święte śluby? A więc i Kipryda,
Co ludzi uszczęśliwia, niegodną-ć się wyda?
Ta miłość, która z sobą dwoje istot sprzęga,
Mężczyznę i kobietę, droższa, niż przysięga!
Gdy karać nie chcesz winnych, którzy w tym sposobie
Mordować mieli czelność, zapowiadam tobie,
Że ścigać Orestesa nie masz dzisiaj prawa.
Odstąpić, widzę, nie chce twoja zemsta krwawa
Od niego, a zaś tamtych gonić się nie waży:
Niech rzecz się u Pallady rozstrzyga ołtarzy.

PRZODOWNICA CHÓRU.
Przenigdy ja od niego odstąpić nie mogę.
APOLLON.
Więc goń go! Więc przedłużaj swoją twardą drogę.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Niech nawet słowo twoje czci mojej nie kala.
APOLLON.
Od czci twej — nie wiem, jakiej! — trzymałbym się zdala.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Tak, możny pono jesteś przed tronem Zeusza.
Lecz matki krew wylana do zemsty mnie zmusza,
Ja-ć nigdy nie przestanę ścigać tego człeka.
APOLLON.
A ja go chronić będę Wierna ma opieka.
Gniew bogów na się ściągnie i ludzi, jeżeli
Ktoś swego powierzeńca zdradzić się ośmieli.

CHÓR rozpierzcha się. APOLLON znika. Drzwi świątyni zamykają się. Podczas przerwy zmieniają dekoracyę.
ZMIANA.
Ściana tylna przedstawia front świątyni Pallady w Atenach. Opodal starożytny posąg Ateny a przy nim ołtarz.

ORESTES wchodzi z boku, siada u stóp posągu, obejmuje go rękami.
Ateno! Wiódł mnie tutaj rozkaz Loksyasza;
O łaskę i opiekę wygnaniec uprasza.
Z rękami już czystemi do ciebie przychodzę:
W niejednym-ci je domu, na niejednej drodze

Obtarłem o dłoń ludzi. Toć świata manowiec
Nadarzył mi ich sporo, gdym, chyży wędrowiec,
Przebiegał jego łany, przez lądy i morza,
Posłuszny świętej wróżbie, k’tobie, pani boża,
Pędzący. W twoim domu i przy twym obrazie
Niech sądy się rozstrzygną: połóż kres mej zmazie.
CHÓR podąża szeregiem za Orestesem.
Tu wejdźmy. Tu widoczne kroków jego ślady.
Ufajmy oto znakom tej milczącej rady.
Ni charta, goniącego za ranną zwierzyną,
Tak wiodą krwi nas krople i potu: jedyną
To dla nas jest wskazówką. A już wytchnąć pora,
Bo ledwie oddychamy, nasza pierś jest chora
Z znużenia: każdy kącik ziemi przetrząśnięty,
Bezskrzydły bieg nasz lotne prześcigał okręty
Lecz teraz on przykucnął gdzieś tu, pełen strachu:
Ja-ć węszę go po wonnym ludzkiej krwi zapachu.
CHÓR.
Bacz, pilnuj, waruj, strzeż,
By nam nie czmychnął zwierz,
Gdyż matkobójca nasz
Omylić może straż.
Obraz bogini wiecznej on
Rękami objął i błaga o schron,
O ostateczny sąd.
Ale nie ujdzie stąd!
Wylana matki krew —
Przesiąkł nią ziemski kurz,
Czyj ma ją pomścić gniew?
O, czas twój nadszedł już:
Z żywego ciała czerwony ci płyn

Wyssam, pochłonę tę wstrętną posokę
I cień twój żywy na sądy zawlokę,
Byś odpowiadał za czyn,
Za matkobójstwa złość.
Tam się przekonasz, że wszelaki człek,
Gdy z prawych zeszedł dróg,
Niepomny, co jest bóg,
Rodzic lub gość,
Pokaran będzie po wieczysty wiek.
Hadesu sprawiedliwej nie ujdziesz potędze:
Mają podziemia sędzię,
Co winnych karać będzie,
Co wszystko w swojej zapisuje księdze.
ORESTES.
Niedolą nauczony, poznałem-ci drogę
Oczyszczeń. Wiem-ci również, gdzie przemawiać mogę,
Gdzie milczeć. W tej zaś sprawie głos mądrego mistrza
Polecił rzec mi słowo. Ręka ma już czystsza,
Krew na niej wyschła, znikła, matkobójcze piętna
Zatarte. W domu Fojba żertwa moja skrzętna
Zgasiła krwią swą świeżą ślady krwi matczynej.
Za długo mi wyliczać, z ilu ja to syny
Ludzkimi przestawałem już odtąd. Czystemi
Przyzywam więc ustami władczynię tej ziemi,
Atenę, abym zaznał jej możnej opieki.
I mnie i lud argiwski zjedna już na wieki
Dla siebie, sprzymierzeńców będzie miała ona
Przewiernych. Żali teraz nad falą Trytona,
W libijskiej swej dziedzinie, stąpa czy też stoi,
Tarcz na bok odłożywszy, albo w twardej zbroi
Chroniąca swe zastępy, żali wodza okiem

Przeglądy wojaka czyni na polu szerokiem
Flegryjskiem, niech się zjawi — głos-ci mój i zdala
Usłyszy —, niech mnie z nieszczęść tych strasznych wyzwala.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Ateny moc i siła Apollina na nic:
Ścigany będziesz przez nas do ostatnich granic,
Nieświadom, gdzie się skroń twa w tej gonitwie skłoni:
Krew twoją ssać ci będą niesyci demoni.
Co? nic mi nie odpowiesz? gardzisz moją mową?
Na tobie się wypasę, żertwąś mi gotową!
Nie ja cię, ale ty mnie mordujesz! Mej pieśni
Posłuchaj, ona-ć więzy twe jeszcze zacieśni!

*

Dalej-że, siostry, w krąg,
Straszny zanućmy chór,
Co naszą powinność obwieści:
Zsyłamy grozę mąk
Na wszelki ludzki twór,
jeżeli dla praw nie ma cześci.
Nie pada nigdy nasz gniew,
Gdzie czystą widzimy dłoń,
Niewinny nie zazna boleści.
Lecz na kim ciąży krew,
W te tropy idziem poń —
Darmo nadzieją się pieści:
Nie zbroni go żaden bóg.
Nie zbawi żaden człek,
O, żaden go schron nie pomieści!
Kogo miecz zbrodni zmógł,
Mścić go będziemy po wiek —
Tej-ci jest pieśń nasza treści!

CHÓR okrążywszy Orestesa.
Matko Nocy!
Z twojej mocy
Dniom i mrokom
Sądy czynię,
Słuchaj! spojrzyj: w Lety synie
Jaka dzisiaj złość urąga
Twym wyrokom —
Łup nam bierze,
Chroni zwierzę,
Pokalane matki krwią!
Niechaj klątwa moja spadnie
Na ofiarę:
Zbrodni karę
Oby-ć czuły jego zmysły,
Oby w niwecz się rozprysły!
Zdradnie,
Składnie,
Choć bez lutni,
Coraz chutniej
Ten Erynyi tryska śpiew,
Pęta duszę, ssie mu krew!

*

Na świat cały
Mojry dały
Te mi prawa,
Iże muszę
Ścigać, dręczyć grzeszną duszę,
Jeśli ręce jej pokala
Wina krwawa.
Ścigam, gonię

I po skonie
Nie wypuszczę jej z swych pęt!
Niechaj klątwa moja spadnie
Na ofiarę!
Zbrodni karę
Oby czuły jego zmysły,
Oby w niwecz się rozprysły!
Zdradnie,
Składnie,
Choć bez lutni,
Coraz chutniej
Ten Erynyi tryska śpiew,
Pęta duszę, ssie mu krew!

*

Odkąd mój
Życia zdrój
Płynąć począł, mam tę władzę.
Tylko bogom,
Ufna trwogom,
Nie poradzę!
W gości kole,
Przy mym stole
Któżby siadł?
Wina czasza
Mnie wystrasza,
Uroczystych nie mam szat.
Domy niszczę,
Zmieniam w zgliszcze,
Gdy morderca pohańbi swój próg!
Hej! huzia! niech strzeże go bóg,
Niech krew mu gorąca
Rozpala szybkość nóg;

Jak burza szumiąca,
Jak chyży niech leci wiew,
Ja-ć zmrożę jego krew!...

*

Boga skrył
Zeus, by żył,
Niedoścignion naszą karą:
Zeus potężny
Swój orężny
W tłuszczę starą,
Krwawą pianą
Obryzganą,
Zwrócił grot,
Ran nie szczędził
I wypędził
Z swoich niebios ten nasz miot.
Domy niszczę,
Zmieniam w zgliszcze,
Gdy morderca pohańbi swój próg.
Hej! huzia! niech strzeże go bóg,
Niech krew mu gorąca
Rozpala szybkość nóg;
Jak burza szumiąca,
Jak chyży niech leci wiew,
Ja-ć zmrożę jego krew!

*

Choćby człek
Sięgał pychą poza stek
Tych obłoków, naszych kroków
Gdy posłyszy straszny bieg,
Wraz się skurczy, wraz się zwinie
W tej godzinie,

Gdy, ku swej rozpaczy,
Ten czarny płaszcz zobaczy,
Gdy mu wrogi
Śpiew mój spęta nogi!
Przez okraje
Gonię, łaję:
Pierś ma zadyszana
I trzęsą się kolana,
Snać padnę już na ziemię —
Ciężkie jest zemsty brzemię!

*

Sam-ci on
Ani wie, że hańby gon
Już go czepia:
Tak oślepia
Ta moc zła śród winnych łon!
Ale ludzie szepcą, głużą,
Z jaką burzą
Nadciągają chmury,
Jaki zaległ cień ponury
Wstydu, sromu
Na tym jego domu!
Przez okraje
Gonię, łaję;
Pierś ma zadyszana
I trzęsą się kolana,
Snać padnę już na ziemię —
Ciężkie jest zemsty brzemię.

*

On mnie czeka. Ja znam kres
Swojej drogi. Win pamiętna,

Głucha na próśb ludzkich tętna,
Ślepa na potoki łez,
Dumna pani, spełniam godnie
Swą powinność, acz nie czczona,
Z nieb strącona
W ciemne łona
Wieczystego mroku,
Gdzie światła nie płoną pochodnie,
I ślepemu i bystremu
Niewidzialne oku.

*

Gdy popłynie ten mój głos,
W kim z śmiertelnych, grzesznych ludzi
Lęk i trwoga się nie zbudzi?
Nieuchronny wieszczę los,
Mojry władze, prawo boże
Po wiek wieków światu głoszę!
O rozkosze
Czci nie proszę:
Cześć mi ta przystoi,
Choć mieszkam w posępnym dworze,
Śród podziemnych,
Mglistych, ciemnych,
Przepastnych podwoi!
ATENA wbiega na scenę.
Daleko nad Skamandrem słyszałam wezwanie.
Zajęta byłam właśnie na zdobytym łanie:
Dziedzictwo-m odbierała, które mi rycerze
Achajscy i wodzowie na wieczne przymierze
Oddali, łup bogaty, synów Tezeusza
Nagroda. Głos mnie jakiś do powrotu zmusza,

Więc chyżo tu me stopy z tamtych dziedzin idą.
Nie skrzydłem szeleszcząca, lecz szumną egidą,
Przybywam i niezwykłe napotykam goście,
Nie strach, lecz dziw mym oczom. Pytam się: A coście
Za jedni? Ku wam wszystkim zwracam się i k’tobie,
Człowieku, który siedzisz w smutku i żałobie
Przy moim tu obrazie, i k’wam, które macie
Przedziwne, niepodobne niczemu postacie,
Gdyż ani takich bogiń nie widzą-ci bóstwa
W swem gronie, ni też ludzie śród swych plemion mnóstwa.
Lecz tylko serce, zacnej pozbawione cnoty,
Lżyć może swoich bliźnich za ciężar brzydoty.
CHÓR.
Odpowiem, córko Zeusa, słowy ci krótkiemi:
Straszliwe dzieci Nocy jesteśmy; z podziemi,
Z dziedzin naszych, nazwisko klątw myśmy wyniosły.
ATENA.
Więc ród wasz znam i imię. Lecz czegoście posły?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Co tchu i godność poznasz.
ATENA.
Poznam, nieinaczej,
Jeżeli ktoś mi wszystko jasno wytłumaczy.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Precz z domu wypędzamy mężobójców plemię.
ATENA.
A gdzież uciekać mają? gdzie, na jaką ziemię?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Gdzie radość nie przyświeca, morderca ucieka.

ATENA.
Ścigacie w ten sam sposób i tego człowieka?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Na matce swojej własnej mord popełnił krwawy.
ATENA.
Czy zabił, przymuszony? Czy z jakiej obawy?
PRZODOWNICA CHÓRU.
By matkę zamordować, może-ż być przyczyna?
ATENA.
Ja-ć słyszę tylko ciebie, lecz nie słyszę syna.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Przysięgi nie zażąda ani jej nie złoży.
ATENA.
Chcesz zwać się sprawiedliwą, ale czyn cię trwoży.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Jakożby? Racz pouczyć. Mądrość twoja zbawia.
ATENA.
Nie godzi się przysięgą uprawniać bezprawia.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Wprzód sprawę całą zgłębij, potem sądź ją szczerze.
ATENA.
A zatem mnie oddajesz wyroki w tej mierze?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Dlaczego nie? Wszak wiary i czci jesteś godna.
ATENA.
Cóż na to, obcy człeku? Rzecz zbadamy do dna.
Najpierwej ród swój wymień, imię i dziedzinę,

A potem tę od siebie odpieraj przewinę,
Jeżeli, ufny prawu, przy moim obrazie
Opieki szukający, możesz po tej zmazie
Oczyszczeń świętych żądać Iksiona wzorem.
Odpowiedz na to wszystko słowem zwięzłem, skorem.
ORESTES.
Ateno, można pani! Na twój wywód boski
Chcę wprzódy tej największej pozbawić cię troski:
Nie pragnę-ć ja oczyszczeń, u twoich ołtarzy
Nie z krwawą siedzę dłonią. Niechaj ci zaważy
Świadectwo najgłówniejsze, które ci podaję:
Zabójca milczeć musi — tak uczą zwyczaje
Pradawne —, póki dłoni, krwią ludzką zmazanej,
Zwierzęca krew ofiarna nie zmyje. Te łany
Tułacze przebiegając, w cudzym-ci ja domu
I krwią i wodą świeżą pozbyłem się sromu.
Z tej troski uwolniona-ś. Teraz o mym rodzie
Słów kilka. Znałaś ojca. Wielki wódz na wodzie,
Na morzu, pan okrętów, Agamemnon. Społem
Zburzyłaś z nim Ilion, gród ten z polem gołem
Zrównawszy. Wrócił do dom i zginął nie pięknie.
Posępna dusza matki zdrad się nie ulęknie:
W śmiertelną sieć go wikła, łaźnia mordu świadkiem.
Mnie z domu wypędzono. Wróciwszy ukradkiem,
Zabiłem rodzicielkę. Nie przeczę. Krew lubą
Ojcowską chciałem pomścić własnej matki zgubą.
Współwinny tu Loksyasz. On mi groził bowiem
Męczarnią, jeśli mordem za mord nie odpowiem.
Czym słusznie tak postąpił, lub nie, ty, o pani,
Rozstrzygaj: twym wyrokom wszyscyśmy poddani.

ATENA.
Zawiła zbyt to sprawa, iżby człowiek o niej
Rozstrzygał. A i ze mnie sąd się nie wyłoni,
Czy zemsta może ścigać mord ten, czy posiada
Ku temu słuszne prawo. Ręka twoja blada,
Obmyta z krwi, a jednak, choć oczyszczon wszytek
I zmazy nie przynosisz w mój święty przybytek,
O łaskę moją błagasz. Przeto miasto moje
Na oścież ci, bez wzgardy, otwiera podwoje.
Lecz prawa nikt i onym zaprzeczyć nie może.
Jeżeli nie odniosą zwycięstwa w tym sporze,
Wnet duch ich obrażony kraj mój zniszczyć umie —
W swym jadzie go pogrąży, w przeraźliwej dżumie.
Tak jest z tą naszą sprawą. A że ich żądania
Odrzucić ni go przyjąć, gdyż zło się wyłania
Z jednego i drugiego, przeto więc, jeżeli
Wyroki-ć już niezbędne, z swych obywateli
Wybiorę zaprzysięgłą godnych sędziów radę
I urząd ten po wieki stanowię i kładę
Podstawy niewzruszone. Wy zasie dowody
I świadki mi przywiedźcie, iżby prawo szkody
Nijakiej nie doznało. Ja pójdę w tej chwili,
Ażeby się najlepsi rychło zgromadzili
Mężowie, co, złożywszy przysięgę, przezemnie
Wybrani, wnet rozjaśnią sporu tego ciemnie.

Znika.

CHÓR.
Baw się, baw!
Nowych praw
Spadną klęski,
Gdy zwycięski

Wyjdzie stąd
Matkobójstwa srom.
Cały świat
Spieszy w zbrodni ślad,
Cnotą stał się błąd.
Ojców święty dom
Gniazdem hańby będzie:
Syna dłoń
W rodzicielską mierzy skroń.
Pouczona przez takiego sędzię.

*

Władnie grzech;
Winom śmiech
Towarzyszy,
Bo nie słyszy
Taki człek,
Iżby za nim w trop
Menad gniew —
Pomsty groźny siew —
Niewstrzymany biegł.
Cudzych cierpień snop
Kto roztrząsać pocznie,
Ujrzy wraz,
Że i jego przyjdzie czas:
Nadaremnie będzie lżył wyrocznię.

*

Na swój los
Niechaj w głos
Nie narzeka, niechaj wtedy
Nie zawodzi: »Z mojej biedy
Ratujcie mnie, Erynyje!

Ratuj, prawo!« Tak! niczyje,
Tylko ojców głoszą wargi
Takie skargi —
Prawo już domu nie żyje!

*

Nieraz strach
Trzyma gmach,
Jest-ci stróżem hardej duszy.
Kogo nawet on nie wzruszy,
Czy to państwa czy to człeka,
Temu droga już daleka,
Iżby żywił cześć dla prawa!
W poprzek stawa,
Od sądów jego ucieka.

*

Ani wolność, gdy przesadza,
Ni tyrańska panów władza
Nie ma sił,
Tylko środek, on jedyny:
Moc tę dał mu wielki bóg!
Słowa me nie bez przyczyny:
Są wskazówką ludzkich dróg!
Kto się w zbytnią pychę wzbił,
Klęski ten sprowadza.
Z duszy tylko zdrowej może
Wyróść słodkie szczęście boże!

*

To ci zatem jedno każę:
Zawsze prawa czcij ołtarze,
Im li służ!
Niech ich stopa twa bezbożna

Nie potrąca, choćby stąd
Płone zyski ciągnąć można:
Pokarany będzie błąd,
Koniec czeka już!
Czcij rodziców, strażę
Miej nad gościem, gdy w twe progi
Gdzieś z dalekiej przyszedł drogi.

*

Kto nie przymuszon tak
Na prawa wstąpił szlak,
Ten wie, co szczęście znaczy —
Nigdy on zbytniej nie dozna rozpaczy.
Ale pyszałek, jeśli wbrew
Wszelkiemu prawu roznieci swój gniew,
Klęskom się nie obroni:
Maszt mu się złamie na wzburzonej toni,
Żagle mu groźny podrze wiew.

*

Na krzyki minął czas:
Ratunek wszelki zgasł!
Demon się tylko śmieje,
Tej buty ludzkiej śledzący koleje.
Za wałem, patrz! uderza wał,
On darmo walczy, nie okrąży skał!
O prawa się opoki
Roztrzaskał, szczęście porwał nurt głęboki —
Któż po nim łzę w źrenicach miał?

Podczas powyższego śpiewu ustawiono na ziemi ławki dla sędziów, oskarżonego i oskarżycieli, wniesiono stół z urnami do głosowania itd. ORESTES siadł po jednej, CHÓR oskarżycieli po drugiej stronie.
ATENA zjawia się na czele sędziów i starców; obok niej HEROLD. Tłum obywateli. Sędziwie siadają; Atena zajmuje miejsce przewodniczącego.

Heroldzie! bacz, czy każdy na swem miejscu siedzi!
Daj znak! niech zagrzmi surma twa z tyrseńskiej miedzi,
Niech głos jej, ludzkiej piersi nabrzmiały oddechem,
Zagłuszy wszelki hałas, odezwie się echem
Po mieście i nakaże niepodzielny spokój!
Tak zawsze niechaj będzie! W ciszę ty się okuj,
Narodzie, gdy sędziowie twoi się zgromadzą,
By godnie wyrokować swą sędziowską władzą.

Zjawia się APOLLO i zajmuje miejsce obok ORESTESA.

Wszechmożny Apollinie! Panuj, gdzie-ć wypada;
Lecz tutaj pocoś przyszedł? Potrzebna-ż twa rada?
APOLLO.
Przychodzę jako świadek, albowiem w mym domu
Opieki szukał mąż ten. Jam go też ze sromu
Oczyścił, zawsze gotów do jego obrony.
Zjawiłem się tu również, jako oskarżony,
Współwinny mordu matki, współwinny tej zbrodni.
Ty o tem w swej mądrości rozstrzygaj najgodniej.
ATENA do skarżących.
Wy pierwsze głos zabierzcie. Zagajam zebranie.
Od razu oskarżyciel, gdy przed sądem stanie,
Najlepiej go pouczy o oskarżeń treści.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Nas wielu jest. Lecz krótko język mój obwieści,
Co trzeba. Na me słowa odpowiadaj słowy
Skoremi: matkę-ś zabił! Czyś przyznać gotowy?

ORESTES.
Zabiłem. I nie przeczę; nikogom nie zwodził.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Trzykrotnym mierzę ciosem: pierwszy już ugodził.
ORESTES.
Ja-ć dotąd niepowalon; zawczesna twa radość.
PRZODOWNICA CHÓRU.
A w jakiś zabił sposób? Mów, uczyń mi zadość.
ORESTES.
Przerżnąłem gardło mieczem — tą ręką, powiadam.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Kto popchnął cię ku temu? Dowiedzieć się rada-m.
ORESTES.
Ten oto bóg swą wieszczbą. On mi jest za świadka.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Za wolą tego wróża zginęła twa matka?
ORESTES.
Tak jest. I jeszczem żalu nie miał do tej pory.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Gdy tylko padnie wyrok, nie będziesz tak skory.
ORESTES.
Grób ojca mnie ocali, można jego siła.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Na zmarłych liczy ręka, co matkę zabiła?
ORESTES.
Podwójną matka zbrodnię na barki swe bierze.

PRZODOWNICA CHÓRU.
A jakżeż to? Racz sędziów pouczyć w tej mierze.
ORESTES.
I mąż jej i mój ojciec równie padł z jej ręki.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Ty żyjesz, a ją mord twój uwolnił od męki.
ORESTES.
Przecz żywej nie dosięgła-ś swej pomsty orężem?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Mordując, wszak nie była jednej krwi z swym mężem.
ORESTES.
A we mnie czyż ta sama krew, co w matce, płynie?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Nie miała-ż cię pod sercem, ty zabójczy synie?
Wyrzekasz się, zbrodniarzu, krwi rodzonej matki?
ORESTES.
A teraz, Apollinie, stawaj ty na świadki.
Wyjaśnij, czy, mordując, byłem w swojem prawie.
Zabiłem! Tak, nie przeczę. Lecz dla tych na ławie
Sędziowskiej bądź tłumaczem. Niechaj prawa stróże
Dowiedzą się, czy słusznie. Ja im to powtórzę.
APOLLO.
Do sędziów, do Ateny dostojnego koła
Przemawiam. Wróż-ci jestem i nie kłamię zgoła,
Poświęcon tylko prawdzie. Dotąd nigdy jeszcze
Nie padły z mego tronu święte słowa wieszcze
Do męża czy kobiety, albo też do miasta,
Jeżelim ich nie słyszał z ust Zeusa, własta

Zastępów olimpijskich. Niech to mocy doda
Tym waszym dziś wyrokom, iżby była zgoda
Z rodzica mego wolą, większą, niż przysięga.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Zeusa więc, tak mówisz, kazała-ć potęga
Wyjawić Orestowi, ażeby, tak hardzie
Mszcząc ojca, miał cześć matki w największej pogardzie?
APOLLO.
A juźcić to nie jedno widzieć, że umiera
Mąż, berłem obdarzony, w żyłach bohatera
Waleczną krew mający — tak, widzieć, że ginie
Z kobiety marnej ręki, nie w obcej krainie,
Od łuku Amazonek, ale, jak niebawem
Posłyszeć masz, Pallaao, i wy, którzy prawem
Rządzicie i w tym względzie macie sprawiedliwy
Ogłosić dzisiaj wyrok, na ojczyste niwy
Wróciwszy z pola bitwy zwycięsko i cało.
Szczęśliwie mu się wszystko dotąd udawało,
A ona-ć, powitawszy słowami przyjaźni,
Zaprosi strudzonego do zdradzieckiej łaźni
I wraz mu sieć olbrzymią na głowę zarzuci,
Uwikła go w jej oka i w morderczej chuci
Zabije niespodzianie. Oto, jak — słyszycie!? —
Utracił wódz okrętów przechwalebne życie!
Patrzajcie, jaka była! Niechaj gniew zapłonie
W tych sędziach, w tem wyroki wydającem gronie!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Zeus, mówisz, więcej czuwa nad ojcowskim losem?
A jakżeż sam postąpił z ojcem swym, Kronosem?
W kajdany skuł rodzica! Powiedz, czy nie przeczy
Sam sobie? Was przyzywam na świadków tej rzeczy!

APOLLON.
Zakało wszystkich bogów, o tłuszczo przeklęta!
Czyż niema dosyć środków, by rozwiązać pęta?
Uwolnić można z kajdan rękami własnemi,
Lecz jeśli krew człowieka wsiąkła już w proch ziemi,
Jeżeli raz kto umarł, czyż jest zmartwychwstanie?
Zaklęcia jeszcze ojciec mój nie stworzył na nie,
Choć wszystko inne sprawia — buduje i burzy,
A oddech jego piersi jednako jest duży.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Więc racz go wyswobodzić; znasz ku temu drogę —
Krew własnej matki przelał! To powiedzieć mogę!
Gdzie? w Argos będzie mieszkał? U jakich ołtarzy
Ofiary będzie składał? Któż mu się poważy
Święconą podać wodę? Ma li takich ludzi?
APOLLON.
I na to ci odpowiem. Niechże się pobrudzi
Twój umysł, a zobaczy u mnie słuszność wszelką.
Nie matka jest-ci dziecka swego płodzicielką!
Nie! Nie! Ona hoduje li nasienie świeże,
A potem, co, ni zastaw, w swą opiekę bierze,
Oddaje, przyjaciółka, w ręce przyjaciela,
Gdy tego Bóg nie zniszczył przed czasem, wesela
Domowi żałujący. Przytoczę-ć dowody,
Że ojciec sam, bez matki, spłodził. Oto młodej
Bogini stoi postać! Córka to rodzona
Zeusa! Nigdy w mroku matczynego łona
Nie była! A czyż kiedy jakie inne bostwo
Zrodziło cud podobny? Wiem ja, że ci mnóstwo
Wyświadczę wielkich przysług, Pallado! — i tobie
I państwu i ludowi, co potrzeba, zrobię:

I tegom ci tu przywiódł z krainy dalekiej,
Ażeby sprzymierzeńcem twym został na wieki,
By wierność, która nigdy chwiejnie się nie zmienia,
Przekazał swym prawnukom w długie pokolenia.
ATENA do oskarżycielek.
Czy wywód wasz skończony? Czy kto jeszcze powie
Cokolwiek? Czy głosować mogą już sędziowie?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Zużyłam wszystkie strzały. Sprawę znasz dokładnie.
Wysłuchać tylko pragnę, jaki wyrok padnie.
ATENA do oskarżonych.
A wy, czy macie jeszcze jakowe zarzuty?
APOLLON.
Co trzeba, słyszeliście. Na prawdzie osnuty
Wydajcie, bracia, wyrok, przysięgi swej pomni.
ATENA.
Narodzie mój attycki! Niech się uprzytomni
Twej duszy nowe prawo, które ci nadaję.
Po pierwszy raz dziś sądzisz w sprawie krwi. Lecz kraje
Ajgeja jużci odtąd na zawsze mieć będą
Dostojny ten trybunał — cześć jego urzędom!
Aresa znacie wzgórze. Amazon tu plemię
Rozsiadło się obozem, gdy naszło tę ziemię,
Ścigając Tezeusza. Krwawej grozy posły.
Naprzeciw mego grodu własną twierdzę wzniosły,
Aresa czci ją święcąc: odtąd ta opoka
Aresa zwie się wzgórzem[1]. Tam ci cześć głęboka
Dla praw? i pokrewna czci tej wielka trwoga

Przed zbrodnią pokazywać będzie, gazie jest droga
Prawości, gdzie występku, po wsze dni, jeżeli
Mych ustaw nie zamąci ktoś z obywateli
Zbędnymi dodatkami. Błota wy do zdroju
Nasypcie, a czystego zbraknie wam napoju!
Mieszkańcom moim radzę, by, prawu ulegli,
Zarówno się swobody rozkiełzanej strzegli,
Jak ręki jarzmicieli. Nie trzeba też z miasta
Wyganiać, z czego postrach dla człeka wyrasta:
Przed niczem się nie cofnie, kto się już nie lęka
Niczego. Więc niech wasza nie powstaje ręka
Przeciwko mym ustawom: miejcie je w poszanie,
A gród ten i to państwo zbawieniem się stanie
Dla wszystkich, boście wszyscy mojem prawem kryci!
Równego nie zaznają szczęścia ani Scyci,
Ni kraje Pelopsowe. Niechaj więc ta Rada,
Bezstronna, nieprzedajna, miłosierdziem włada
Zarówno jak i karą. Nad ziemią drzemiącą
Niech czuwa jej źrenica: wzroku jej nie zmącą
Nijakie, mówię, względy. Tyle, choć-ci może
Zbyt długich mych upomnień na przyszłość. W tej porze
Czas powstać wam już z miejsca. Kamyki te weźcie
Do ręki i głosujcie — przysiągłszy! Nareście
Niech spór się ten zakończy. Oto moje słowa.
PRZODOWNICA CHÓRU.
A tylno nie ubliżać mej czci, bom gotowa
Niedobrą waszej ziemi odpłacić godziną.
APOLLON.
Ja radzę: uważajcie! Niech nas nie ominą,
I mnie i Zeusa, wspólnej naszej wróżby żniwa.

PRZODOWNICA CHÓRU.
Bezprawnie się dotykasz tej zbrodni. Kłamliwa,
Skalana będzie odtąd twoich wieszczeń siła.
APOLLON.
Czyż mądrość mego ojca tak samo chybiła.
Zabójcę gdy pierwszego zbawiał, Iksyona?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Tak rzekłeś. Ziemię waszą klęska niezmożona
Nawiedzi, jeśli wyrok prawo moje spaczy.
APOLLON.
Zwycięzcą ja dziś będę. Cześć twa nic nie znaczy
Zarówno starym bogom, jak i bogom nowym.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Podobnie postąpiłeś w domu Feresowym:
Od śmierci-ś kazał Mojrom wybawiać człowieka[2].
APOLLON.
Nie uczcić, kto nas uczcił, zwłaszcza gdy opieka
Potrzebna? Czyż nie takie wiąże wszystkich prawo?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Tyś dawno zdeptał prawa, oszukawszy krwawo,
Ubiegłszy czaszą wina prastare boginie.
APOLLON.
Gdy wyrok nie wypadnie po myśli twej ninie,
Daremnie bryzgać będziesz jady potępieńcze!
PRZODOWNICA CHÓRU.
Nas, stare, przesadziłeś, zuchwały młodzieńcze!
Na wyrok czekam jeszcze; serce dotąd nie wie,
Czy gród ten ma pogrążyć w swoim strasznym gniewie.

Skończywszy głosowanie, sędziowie zajęli znowu miejsca.

ATENA.
A teraz na mnie kolej. Powołana jestem
Rozstrzygnąć spór. Ten kamyk rzucam za Orestem.
Nie matka mnie zrodziła; matki nie mam żadnej.
Małżonek memu sercu obcy, ale władny
W mej duszy mąż; rodzica-m córka nieodrodna,
Więc niczem śmierć niewiasty, co męża, niegodna,
Zabiła, pana domu. Orestes tu będzie
Zwycięzcą, choćby równą ilość dali sędzię
Swych głosów. Z urn wysypcie kamyki, wy, którzy
Do tego macie prawo — niech nam szczęście służy!
ORESTES.
Fojbosie Apollinie! Jakież me koleje?
PRZODOWNICA CHÓRU.
O Nocy, mroków matko! Widzisz, co się dzieje?
ORESTES.
Czy pójdę ku światłości, czy pod topór kata?
PRZODOWNICA CHÓRU.
Ta chwila — w cześć czy w hańbę będzie nam bogata?
APOLLON.
Policzcie, przyjaciele, dobrze te kamyki!
Uczciwie i godziwie oddzielajcie! Krzyki
Boleści dom napełnią, gdy jednego zbraknie,
A jeden — dom podźwignie, co tak szczęścia łaknie!

Sędziowie podają Atenie deszczułki z kamykami.

ATENA.
Uwolnion oskarżony! Równa ilość głosów.

ORESTES.
Pallado, ty zbawczyni domu mego losów!
Dziedzinie mej ojczystej wracasz mnie, tułacza!
Radosny śród Hellenów idzie głos, zatacza
Coraz to szersze kręgi: »W ojcowskie dzierżawy
Zawitał mąż argiwski; od winy go krwawej
Loksyasz i Pallada zwolnili, a z nimi
Ten trzeci, ten największy pomiędzy wielkimi
Zbawcami, on, co, pragnąc uczcić śmierć rodzica,
Odemnie łaskawego nie odwrócił lica
Na przekór mojej matki wspólniczkom!« A zasię,
Nim jeszcze w dom swój pójdę, w tym radosnym czasie
Przysięgam tej krainie i temu ludowi
Na wieki, że nikt stamtąd — ni ja, ani nowi
Książęta — nie wyruszy z wojennym oszczepem
Przeciwko temu miastu. A choć mnie w swem ślepem
Omroczu grób pogrzebie, jeszcze-ć swej potęgi
Użyję przeciw śmiałkom, coby na przysięgi
Nie zważać mieli czelność. Zastąpię im drogi,
Uroki na nich rzucę, trud im ześlę mnogi
I niechęć zbudzę w sercu, iż sami, bez rady,
Odstąpią, żałujący. Lecz kto gród Pallady
We czci mieć będzie wiecznej, oszczep sprzymierzeńczy
Trzymając w pogotowiu, szczęściem go uwieńczy
Ma dusza. Cześć ci! Cześć ci! I twojego miasta
Ludowi cześć i chwała! Niechaj mu wyrasta
Zwycięstwo nad wrogami! Oby ich zwaliła
Oszczepów zapaśniczych niezmożona siła!

Odchodzi na bok. APOLLON znikł podczas jego przemówienia.

CHÓR.
Ha! wy bogowie młodzi!
Prawoście stare wydarli
Z mych rąk!
O biada! o biada!
Bez czci ma stopa chodzi
Po polach, po smugach łąk!
Ale już zemsta ma włada!
Już wszystko się kurczy i karb!
Po ziemi
Zabójczy perz się już plemi,
Wszelki już więdnie liść,
W wnętrznościach zamiera płód!
Ach! gdzież mi, gdzież mi iść?!
Jakiż mnie przyjmie lud?
Zaraza dziś na was i mór!
Zniszczenie wam język mój wieści!
Lać łez już nie mam mocy!
Biedne my córy Nocy,
Najnieszczęśliwsze z cór!
Z wszystkiej odarte cześci!
ATENA.
Nie żalcie się na wyrok. Wszak-ci was nie plami.
Pobite nie jesteście. Licznymi głosami
On zapadł i nie po to, aby wam się dusza
Płoniła. Ale-ć widne świadectwo Zeusza
Mieliśmy. Sam-ci świadczył bóg, że Orestowi
Wywróżył, jako hańby żadnej nie wyłowi,
Jeżeli czyn ten spełni. Chcecie nasze łany
Obryzgać wstrętnym jadem? Gniew swój rozkiełzany
Spętajcie! Pofolgujcie! Nie siejcie tej cieczy

Piekielnej, co zasiewów świeże źdźbła niweczy!
A ja wam zapowiadam słowy uczciwemi:
Siedzibę i schron godny znajdziecie w tej ziemi!
Ołtarze wam przystroją cni obywatele,
Pobożna dłoń ofiary bogate zaściele.
CHÓR.
Ha! wy bogowie młodzi!
Prawoście stare wydarli
Z mych rąk.
O biada! o biada!
Bez czci ma stopa chodzi
Po polach, po smugach łąk!
Ale już zemsta ma włada!
Już wszystko się kurczy i karli!
Po ziemi
Zabójczy perz się już plemi,
Wszelki już więdnie liść,
W wnętrznościach zamiera płód!
Ach; gdzież mi — gdzież mi iść?!
Jakiż mnie przyjmie lud?
Zaraza dziś na was i mór!
Zniszczenie wam język mój wieści!
Lać łez już nie mam mocy!
Biedne my córy Nocy,
Najnieszczęśliwsze z cór,
Z wszystkiej odarte cześci!
ATENA.
Bez czci wy nie jesteście! Ale to wam ninie
Powiadam: grodów ludzkich nie niszczcie, boginie!
Zeusowi wielce ufam i w tem was pouczę:
Ja sama z wszystkich bogów mam od izby klucze,

Gdzie schowan leży piorun. Lecz on mi zbyteczny.
Posłuszna mojej radzie będziesz; niebezpiecznej
Trucizny nie posiejesz, aby nasze niwy
Spustoszył straszny zanik. Wstrzymaj gniew złośliwy,
Opętaj czarną falę, a we czci tej samej
U mego siądziesz boku. Razem powitamy
Ofiary, które lud mój hojnie nam roznieci
Za szczęście swe małżeńskie i za dobro dzieci.
Używać ich będziemy w nieskończone lata,
Jeżeli z moją radą twe serce się zbrata.
CHÓR.
Ach! biada! co za ból!
Prastarych czasów duch
Haniebnie strącon w kraj podziemnych pól!
Zieje mój gniew!
Rozbiję wszystko w puch!
Któż serca uśmierzy mi strach?
Ach! biada! biada! ach!
Nie zdołam tego znieść!
O matko Nocy, zbaw!
Przeklęty młodych bogów siew
Chytrze mnie okradł z praw,
Zabrał mi dawną cześć!
ATENA.
Przebaczam ci twe gniewy; starsza jesteś bowiem,
A pewnie-ć też i mędrsza. Ale to ci powiem,
Ze Zeus i mnie rozumu nie poskąpił wcale.
Jeżeli w inne kraje powiodą was żale,
Wrócicie wnet, stęsknione, gdyż jeszcze świetniejszy
Nadchodzi czas dla państwa: nic jej nie umniejszy,
Tej sławy mego ludu. Wspaniałym pochodem,

Jakiego między innym nie spotkasz narodem,
Mężowie i niewiasty uczczą cię, gdy blisko
Siedziby Erechteja rozniecisz ognisko.
Dlatego-ć w moje pola rzucać nie należy
Złowróżbnych swych posiewów, co w duszy młodzieży
Rozbudzą szał, nie wina, ale krwi płomienie.
Niech ręka twa w ich serca żagwi swej nie żenie,
Do walk ich podniecając, ni złośne koguty,
By kraj mój nie był wojną domową zatruty!
Niech bój się za granicę przewala, o sławę,
O honor niech się toczą wszystkie walki krwawe —
Cóż znaczy na podwórku własnym spór koguci?
Tak, to ci ofiaruję. Azaliż odrzuci
Twe serce? Zali nie chcesz, przyjmująca dary
I dary rozdająca, mnogiemi ofiary
Uczczona, zostać z nami w spokoju i zgodzie?
Zamieszkać w tym od bogów ukochanym grodzie?
CHÓR.
Ach! biada! co za ból!
Prastarych czasów duch
Haniebnie strącon w kraj podziemnych pól!
Zieje mój gniew!
Rozbiję wszystko w puch!
Któż serca uśmierzy mi strach?
Ach! biada! biada! ach!
Nie zdołam tego znieść!
O matko Nocy, zbaw!
Przeklęty młodych bogów siew
Chytrze mnie okradł z praw,
Zabrał mi dawną cześć!

ATENA.
Na dobre wam radząca, radzić nie przestanę,
Abyście nie mówiły, że, starsze, wygnane
Jesteście stąd przez młodszą, przezemnie, że podle,
Pradawnej gościnności urągając modle,
Wypędził was mój naród. Jeśli dla Peitony[3]
Masz cześć, jeśli jej język, tak wyposażony
W łagodne, szczere słowa, mówiący przezemnie,
Jest miłym-ć, to zostaniesz. Lecz jeśli daremnie
Zapraszam i chcesz odejść, czyn niesprawiedliwy
Popełnisz, rzucająca gniew na moje niwy,
Nieszczęścia złość na lud mój. Wolno ci tu stale
Na naszej osiąść ziemi w wiecznej czci i chwale.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Ateno! jakiż schron mi dajesz, pani boska?
ATENA.
Racz przyjąć: tam, gdzie żadna nie gnieździ się troska.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Gdy przyjmę, jakiej — powiedz — dostąpię godności?
ATENA.
Bez ciebie w żadnym domu szczęście nie zagości.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Więc taką-że mam władzę mieć po wiek daleki?
ATENA.
Kto ciebie czcić nie będzie, nie wart mej opieki.
PRZODOWNICA CHÓRU.
Na lata mi wieczyste dajesz tę rękojmię?

ATENA.
Mej woli, gdy przyrzeknę, żadna moc nie dojmie,
PRZODOWNICA CHÓRU.
Zniewalasz mnie, gniew mięknie, już cię nie podraźni.
ATENA.
Zażywać będziesz u nas niezmiennej przyjaźni.
PRZODOWNICA CHÓRU.
A czegóż wam dziś życzyć w mym śpiewie przystało?
ATENA.
Wzdyć czego to zwycięstwo oczekuje śmiało.
A zatem: od tych łanów, od wód tego morza,
Od wichrów, od niebiosów hojna łaska boża
Na kraj nasz niechaj spływa; niech się na tej ziemi
Wszelaki rodzi owoc, wszelkie stado plemi,
By lud niewyczerpany zawsze miał dobytek.
I człecze chroń nasienie, zato wygładź wszytek
Bezbożny chwast, bo dobra, widzisz, ogrodnica
Usuwa szkodne zielsko z sprawiedliwych lica.
To wasza jest powinność, o to dbajcie, skore.
Wojenne przedsię sprawy na siebie ja biorę:
Chcę, iżby bohaterskie na polu zapasy
Ludowi memu sławę dały po wsze czasy.
CHÓR.
Otom już
Gościem jest w domu Pallady.
Szacowny to wielce gród!
Kocha go Ares i Zeus światowłady,
Bo on-ci bogów stróż —:
Zbożny go zmienił lud
W ozdobę helleńskich ołtarzy!

W życzeń dar,
W dowód łask
Hymn się mój dzisiaj splótł:
Niechaj słoneczny mu blask,
Szczęście płodzący żar,
Z pomroków ziemi się jarzy.
ATENA.
Dobrze-ć mieszkańcom mojej ziemi czynię,
Że nieprzystępne i wielkie te duchy
W grodu naszego wprowadzam świątynię.
One to mają broń
Przeciwko grzechom człowieka!
Kto jej nie zaznał, ten nie słyszał, głuchy,
Skąd wszystkich nieszczęść rzeka
Straszliwa płynie.
Występki dawne oddadzą go w ręce
Krwawych mścicielek, co poń
Cichymi zbliżają się kroki:
I on, co z krzykiem butną wznosił skroń,
Niebawem w głębokiej,
Milczącej utonie męce.
CHÓR.
Oby wiew,
Twarde walący drzewa,
Ochraniał gęsty wam las —
Pierwsze życzenie, które hymn mój śpiewa.
Oby nie zmarniał nasz siew,
Kwiat nie utracił swych kras
W zdradnych płomieniach słońca!
Oby był
Stadom rad

Płodny, wiosenny czas,
Bliźnie jagnięta wam kładł!
Pokłady srebrnych żył
Oby nie miały końca!
ATENA.
Czyście słyszeli, miasta mego stróże,
Co wam przyrzeka ten chór?
U bóstw podziemnych w wielkiej żyje cześci
Można Erynis, a zaś ludzki twór
Prowadzi mocą potężnej swej dłoni,
Przez blaski pogodne lub burze,
Gdzie ostateczny kres.
Jednym jej słowo jasnem szczęściem dzwoni,
A drugim wieści
Żywot śród łez,
Śród nieuchronnej boleści.
CHÓR.
Rychły skon,
Dżumy plon,
Od mężów waszych odwiodę —
To wam przyrzekam ninie!
Wy siły, owocnej, świeżej,
Nie skąpcie bujnej młodzieży,
Krzepcie tę siłę,
Mojry, boginie,
Praw kierownice,
Tej samej matki córy!
Ku wam się zwraca me lice:
Życie wspierajcie młode
I błogosławcie rodzinie,
Siejcie zgodę,

Od waśni ponurej
Chrońcie wszelaki dom,
Gaście srom,
O panie, bogom miłe!
ATENA.
Taka życzliwość ich dla naszej ziemi
Szczęścia gotuje mi zdrój;
Więc hołdy składam źrenicom Pejtony,
Iże spojrzały na ten język mój
I na me serce w tym chwalebnym sporze
Z bóstwy nieugiętemi.
Zwyciężył Zeus, bóg
Słowa pokoju, bo nigdy nie może
Paść, zwyciężony,
Śród swoich dróg,
Kto dobru nie skąpił obrony.
CHÓR.
Gród ten wasz
Pod swą straż
Wzajemna niech miłość bierze,
By nie szalały rokosze!
A jeśli już krwi się napoi
Ta ziemia, tak niechaj nie stoi
O pomstę krwawą —
Te wam przynoszę
Dzisiaj życzenia!
W zgodzie się tylko iści,
W zgodzie się szczęście rozplenia!
Miłości niech serce strzeże,
Bądźcie też, o to was proszę,
Łączni szczerze

I w nienawiści,
A wtedy ten wasz gród
Wroga zgniótł,
Wieczną się okrył sławą.
ATENA.
Tak więc umiecie szlachetnemi słowy
Na szczęsne tory nas wieść.
Oto od waszych przeraźliwych twarzy
Dla mego ludu jasna bije cześć.
Jeśli przyjaźni dar dla przyjacieli
Będziecie miały gotowy,
Wówczas od prawa dróg
Nigdy już kraj ten mój się nie oddzieli.
Tak się nie zdarzy,
Ażeby mógł
Potędze ulegać wrażej.
CHÓR.
Cześć ci, o cześć ci, mój ludu!
Bóg strzeże twego miasta.
Poddanym cnej Dziewicy
Radości kwiat wyrasta:
Kto z sercem się rozumnem
Udał pod skrzydła Pallady,
Temu i Ojciec sprzyja,
Chroni go od zagłady.
ATENA.
Wam cześć niech będzie. Szczęsną zwać się mogę,
Że przy tych światłach świątecznych, na czele
Tego pochodu pokażę wam drogę
Do waszych kaplic. Z trzód

Przednie poświęcę jagnięta,
Ażeby miała ofiarne wesele
Wasza potęga święta.
Wszelaką trwogę
Więżąc na zawsze śród swoich podziemi,
Zwycięstwem darzcie mój lud.
Hej! stańcie mi tu, Kranaidzi!
Zajmijcie zbożnej tej procesyi przód!
Niech oko ich widzi,
Jaka się cześć dla nich plemi.
CHÓR.
Cześć wam, o cześć raz jeszcze
Wam wszystkim, którzy macie
Swe schrony w grodzie Pallady,
Bądź ludzie, bądź też bogowie!
Nie damy, by wasze życie
Płonej uległo zatracie,
Jeśli nas, współmieszkanki,
W zbożnem uczcicie słowie.
ATENA.
Za życzeń waszych łaski dank wam niosę w darze...
A teraz, przy pochodni płomienistym żarze,
Powiodę was w tę waszą świątynię podziemną.
Kapłanki, jak się godzi, pójdą razem ze mną,
Posągu mego stróże. Pospieszy za niemi
Wybrany kwiat narodu Tezejowej ziemi,
Białogłów świetny orszak, staruszki, chłopięta —
W swych płaszczach purpurowych, jak wam każe święta
Ta chwila, przy złocistych płomieniach pochodni
Zdążajcie, aby uczcić dzisiaj jak najgodniej

Te nasze przyjaciółki, które, bez zawodu,
Szczęśliwy los gotują mężom tego grodu.

Pochód poprzedzony pochodniami, rusza z ATENĄ i niewieścią jej świtą na czele, za niemi SĘDZIOWIE, potem CHÓR, a wkońcu LUD.

ŚPIEW PROCESYJNY gdy pochód już ruszył.
Ku swym przybytkom w tej świcie wspaniałej,
Kroczcie w tych blasków mocy,
Bezdzietne dzieci Nocy —
A wy śpiewajcie pieśń chwały!

*

Tam, gdzie podziemnych żlebów sterczą skały,
Czeka was dom, bogaty
W modlitwy i objaty —
A wy, śpiewajcie pieśń chwały.

*

Życzliwe miastu temu, szlakiem drogi,
Uczczonej jak najgodniej
Ogniami tych pochodni,
W swoje świątynne podążajcie progi,
Wy nućcie pean błogi!

*

Sojusz dziś zawarł lud Pallady mnogi
Z przyjaciółkami swemi,
Zeus, ojciec naszej ziemi,
Razem z Mojrami wybawił nas z trwogi.
Wy nućcie pean błogi.



KONIEC TRYLOGII.



Przypisy

  1. Areopag.
  2. Admetosa, syna Pheres’a, króla w Phere.
  3. Peitho, bogini namowy, córka Okeanosa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Ajschylos i tłumacza: Jan Kasprowicz.