Zwodne światło/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Zwodne światło
Wydawca Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Data wydania 1893
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Anatol Krzyżanowski
Tytuł orygin. The Light That Failed
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.

Powróciwszy z parku, Heldar popadł w okropne usposobienie. Złorzeczył Torpenhow’owi za to, że żyje; złorzeczył całemu światu, który widział i mógł się wzrokiem swym posługiwać, — podczas gdy on, Dick Heldar, wpół martwy, oślepły, musiał się stawać ciężarem dla siebie i innych.
Uwagi towarzysza, radzącego, aby się spać położył, podniosły tylko gniew ten głuchy. Ryszard też zamknął się u siebie, by uspokoić miotające nim rozdrażnienie ciągłem przesuwaniem w ręku trzech nieotwartych listów Maisie.
W pokoju Torpenhow’a zebrali się tymczasem Nilghai i Kenen, zwany Wielkim Orłem Wojennym, a duża mapa, najeżona czarnemi i białemi szpilkami, wskazywała wyraźnie cel ich narady.
— Pomyliłem się co do Bałkanów — mówił Nilghai, — tu jednak rachuby mnie nie zawiodą; mam na to pewne wskazówki. Cała nasza praca w południowym Sudanie musi być na nowo zaczętą. Publiczność mało się tem zajmuje, rząd jednak robi coraz silniejsze przygotowania; wiecie o tem również jak ja dobrze.
— Niestety, nie będę mógł pojechać — odparł Torpenhow, wskazując wymownie na drzwi, wiodące do pokoju Heldara. — Sądzę, że żaden z was nie weźmie mi tego za złe.
Kenen zaciągnął się najwpierw dymem z łajki, a potem odpowiedział:
— Za złe? Cóż znowu! Bardzo to ładnie z twej strony, bardzo szlachetnie nawet; ale, widzisz, Torp, pierwszym obowiązkiem człowieka jest... jego praca. Wiem, iż brzmi to bezlitośnie, brutalnie. Lecz trudno! Dick’a należy wykreślić już z liczby żyjących. Skończył on swe zadanie, wyczerpał się, umarł dla świata... Posiada trochę pieniędzy, które mu nie pozwolą zginąć z głodu; ciebie więc pod tym względem nie potrzebuje. Zbaczać zaś z raz obranej drogi dla jakichś urojonych obowiązków byłoby grzechem względem siebie samego. Pomyśl o twojej sławie.
— Sława twoja i moja nawet, razem wzięte, nie dorównają w dziesiątej części zaszczytnemu rozgłosowi, jaki Dick sobie zdobył.
— Przyszło mu to łatwo, gdyż podpisywał się na każdym drobiazgu. Dziś jednak rzecz skończona: Heldar nie pójdzie dalej; z nas trzech zaś ty jesteś najzdolniejszym, najbardziej poszukiwanym. Możesz naznaczać im ceny, jakie ci się podoba, i właśnie dlatego powinieneś być gotów do wymarszu.
— Nie kuś mię, muszę bowiem pozostać z Ryszardem. Próba to ciężka, bo łatwiej byłoby może pielęgnować chorego niedźwiedzia. Zdaje mi się jednak, że obecność moja sprawia mu pewną ulgę, że lubi mieć mnie przy sobie.
Nilghai rzucił sarkastyczną uwagę o szaleńcach, którzy łamią własną karyerę dla dogodzenia sentymentalizmowi równych jak oni głupców. Torpenhow zaczerwienił się z oburzenia; zanim jednak ostra odpowiedź zdążyła wybiedz na jego usta, do rozmowy wmieszał się milczący dotąd Kenen.
— Wszak istnieje inna jeszcze droga wyjścia — podsunął. — Po co tu gniewy, po co niepotrzebne poświęcenia? Heldar jest, a raczej był człowiekiem przystojnym, który umiał się dosyć podobać.
— Oho! wiesz to z własnego doświadczenia. Pamiętam ja dobrze sławetną utarczkę waszą w Kairze. Torp, nie gniewaj się za poprzedni mój wybuch.
Przyjazny uśmiech stał się dowodem przebaczenia. Kenen ciągnął tymczasem dalej:
— Patrząc na żołnierzy naszych, umierających bez pomocy wśród pustyń afrykańskich, rozmyślałem nieraz, że gdyby nie brak środków transportowych, przy każdym z tych nieszczęśliwych znalazłaby się zapewne jakaś pełna poświęcenia postać niewieścia, niosąca mu pomoc i pociechę.
— No, ciekawe byłyby to sceny! A dziękiż niebu, że rzeczy tak źle nie stoją!
— Nie o Afrykę tu chodzi. Czy sądzisz jednak, że pielęgnowanie przez delikatne rączki Torpenhow’a może zadowolić chorego, że spełnia w zupełności marzenia Heldar’a?
— Wiem, że nie czyni zadość potrzebie, że nie przynosi mu dostatecznej ulgi, a jednak cóż mam zrobić?
— Na to może dać tylko odpowiedź życie Dick’a. Ty znasz je najlepiej, opowiadaj więc szczegóły. Wszak liczymy się tu wszyscy do szczerych jego przyjaciół.
— Tak; lecz to, co wiem, stanowi tajemnicę, zdradzoną w malignie jedynie.
— Tem lepiej; snać chodzi o prawdę świętą. Kimżeż jest owa wymarzona?
Torpenhow opowiedział zwięźle i treściwie, jak na korespondenta wojennego przystało, znane sobie dzieje Maisie. Zebrani słuchali w skupieniu.
— Czyż to możliwe — zawołał wreszcie Kenen, — aby człowiek skończony i dojrzały wracał po tylu latach do swych uczuć chłopięcych? Powiedzcie, czy to możliwe?
— Stwierdzam fakty — bronił się Torpenhow. — Ryszard, o ile przytomny, nigdy o tem nie mówi; siedzi tylko i rozmyśla; a gdy sądzi, że sam jest w pokoju, przekłada z ręki do ręki trzy nieodpieczętowane listy, które od niej w czasie choroby odebrał. Teraz, gdy wiecie wszystko, radźcie, co mam uczynić.
— Pomów z nim otwarcie — podsunął Nilghai.
— Tak! A może napisać jeszcze do niej, aby przyjechała poślubić go z litości? Niema co mówić! Znacie Ryszarda... Wszak pamiętasz, Nilghai, co się stało nie dawno, gdyś go zapewniał o swem współczuciu? Idź więc, proszę, teraz tam, do sypialnego pokoju Heldar’a, poproś go, aby ci się wyspowiadał z przeszłości swej i spraw sercowych, a następnie zaproponuj odwołanie się do litości owej Maisie, której nazwiska nawet nie znamy. Miej się jednak na baczności; jestem bowiem głęboko przekonany, że cię gotów zabić, udusić; uprzedzam zaś, iż od czasu ślepoty muskuły jego zdumiewającej nabrały sprężystości.
— Słuchaj, Torp — wtrącił Kenen, — zadanie twoje nader jest łatwem. Jedź po prostu do Vitry-sur-Marne; znajduje się ono w pobliżu linii kolejowej Bézières-Landes, na trakcie do Tourgas. Było zbombardowane przez Prusaków w 1870 roku; dziś stoi tam, a przynajmniej stać powinien, szwadron kawaleryi. Gdzie może się mieścić szkoła malarska, o tem nie mam pojęcia; w każdym jednak razie odnajdziesz ją z łatwością. Stanąwszy wobec owej Maisie, opowiesz jej, jak ciężkie nieszczęście dotknęło Dicka, i tak wzruszysz ją jego losem, że sama tu pośpieszy. Wszak, według słów Ryszarda, prócz szalonego jej uporu nic ich nie dzieli na tym świecie.
— Nic. Mieliby przytem we dwoje przeszło czterysta dwadzieścia funtów rocznej renty, bo Dick wśród majaczeń i o tem nie zapominał; przyszłość ich więc byłaby w zupełności zapewnioną.
— Torp! — zabrzmiał głos Nilghai’ego — rzecz postanowiona, masz jechać. Nie próbuj nawet szukać wymówki.
W poczciwych rysach Torpenhow’a odbiło się żywe zakłopotanie.
— Pomysł szalony — tłómaczył, — nieprawdopodobny! Czyż mogę chwycić ją za włosy i przemocą przyprowadzić tutaj?
— Wiesz, że w naszym zawodzie jedynem zadaniem jest właśnie czynić szalone i nieprawdopodobne rzeczy; za to płacą nam przecież. Tam robimy je dla zabawienia publiczności, tu przez głos przyjaźni. Niema co, kochanku, jedziesz, i koniec! My tymczasem zajmiemy twoje mieszkanie. Opatrzność pomaga tym, którzy sobie dopomagają; nie możemy więc pozwolić, aby Dick — tu zniżył głos — był ci kulą u nogi z chwilą, gdy wojna się zacznie. W ten zaś sposób i ty się oswobodzisz i on wdzięcznym ci będzie.
— Ha, spróbuję!... Co prawda, nie pojmuję, aby kobieta przy zdrowych zmysłach dała koszyka Heldar’owi.
— Wytłómacz jej to; wymowa twa wobec niewiast znaną nam jest od dawna. Spiesz się jednak; niech jutro o tę porę nie będzie już śladu po tobie. Rozkaz dany, żadnych rozmyślań... jazda!
— Dick’u — mówił Torpenhow nazajutrz z rana, — czy mogę być ci w czemkolwiek użyteczny?
— Dziękuję! Pragnę spokoju tylko, niczego więcej. Jestem przecież ociemniałym; zbyt często każesz to sobie przypominać.
— Może ci co przynieść? Może co załatwić?
— Nic. Daj mi święty pokój. Idź precz, razem z tymi piekielnie skrzypiącymi butami!
— Biedactwo — myślał Torpenhow, — musiałem doprowadzić nerwy jego do ostatecznego rozstroju. Potrzeba mu widocznie kogoś o lżejszym chodzie i mniejszych niż moje stopach.
Głośno zaś dodał:
— Dobrze. Skoro jesteś tak niezależny, że ci się na nic przydać nie mogę, wyjadę więc na dni kilka. No, pożegnaj się przynajmniej poczciwie; umówiłem się z gospodynią, aby tu miała staranie koło ciebie, w mieszkaniu zaś mojem zostaje na czas mej nieobecności Kenen wraz ze swymi towarzyszami.
Rysy Heldar’a smutek okrył.
— Jedziesz? Ale nie zabawisz długo? Nie dłużej nad tydzień? Torp, wiem że stałem się przykry; bez ciebie jednak trudno mi istnieć...
— Obejdziesz się beze mnie nie długo zupełnie i jeszcze kontent będziesz z zamiany.
Heldar powrócił omackiem do swego fotelu, by nad znaczeniem słów tych rozmyślać. Lękał się opieki gospodyni, starania zaś i troskliwość Torpenhow’a na nerwy mu działały. Zapytany, czego pragnie, nie umiałby dać odpowiedzi. Jęknąłby tylko może, iż otaczająca go ciemność nie rozprasza się ani na chwilę, że nieodpieczętowane listy Maisie zniszczyły się już — czuł to — ciągłem obracaniem w ręku. O treści ich nie dowie się nigdy, skoro do śmierci samej nie będzie ich w stanie odczytać. Czyby jednak Maisie nie mogła przysłać mu świeżych? Samo bawienie się nimi, rozkoszby mu sprawiało.
Nazajutrz Nilghai przyniósł kawał miękkiego wosku, sądząc, że modelowanie z niego jakich figurek przyjemność mu sprawi. Heldar obrócił go kilka razy w ręku i oddał napowrót.
— Zabierz to — wyrzekł. — Nie umiem rozpoznać kształtu nawet. Dotyk ślepców wyrobię sobie za lat pięćdziesiąt dopiero. Nie wiesz, gdzie Torpenhow pojechał?
Nilghai zaprzeczył.
— Zajęliśmy tymczasem jego mieszkanie — kończył. — Czy mogę zrobić co dla ciebie?
— I owszem: możesz pozostawić mię w spokoju. Nie sądź, proszę, że jestem niewdzięczny, ale samotność to jedyna rzecz na świecie, której pragnę dzisiaj.
Nilghai odszedł, Heldar zaś popadł na nowo w ponure swe rozmyślania i głuchy bunt przeciw przeznaczeniu. Nawet wspomnienie dzieł, stworzonych z takim rozgłosem, i sławy zdobytej, nie były mu już pociechą; nawet gorączka pracy dalszej nie ożywiała jego samotni. Czuł jedynie głębokie dla siebie współczucie, głęboką litość nad własną dolą, a to roztkliwienie, ten żal nad sobą, przynosiły mu ulgę niejaką. Dusza tylko jego wyrywała się ku Maisie, tej Maisie, która jedna pojąć go była w stanie. Na próżno tłumaczył sobie, że, zajęta ulubioną pracą, nie wiele dbała o jego losy; na próżno powtarzał, iż ludzie depczą zwykle tych, którzy, stoczywszy się z wyżyn, u stóp ich upadli; uczucie przeważało wszelkie rozumowania.
— Niechby przynajmniej, jak ja niegdyś Binat’a, wzięła mnie za przedmiot do studyów, niechby mi pozwoliła być w swem pobliżu, choćby tymczasem kto inny nad sercem jej panował... Uf! Jakżeż ja znikczemniałem, jak nizko upadłem!
Wtem z pokoju Torpenhow’a doszły go stłumione śpiewy. Dick zerwał się gwałtownie.
— To głos Cassavetti’ego! Powrócił więc do Londynu... Teraz wiem już, dlaczego Torpenhow wyjechał. Czekają wojny, szykują się na nową wyprawę, a ja... ja nie wezmę w niej udziału!
Nilghai nakazał donośnie, aby się uciszono.
— Przez wzgląd na mnie — szepnął Heldar z goryczą. — Gotują się do odlotu i nie chcą, abym o tem wiedział. Rozróżniam głosy: Morten’a, Sutherland’a, Mackay’a. Połowa korespondentów wojennych zbiegła się snać do Londynu, a mnie wykluczono z ich liczby.
Przeszedłszy śmiało przez sień, otworzył drzwi do pokoju Torpenhow’a. Roiło się tu od ludzi; czuł to, nie widząc nawet.
— Gdzie wojna? — zapytał. — Czy w Bałkanach nareszcie? Dlaczego tailiście ją przede mną?
— Sądziłem, że cię to nie obchodzi — kłamał z zawstydzeniem Nilghai. — Nie, nie w Bałkanach. Nowy wybuch w Sudanie.
— Szczęśliwi nicponie! Pozwólcie mi posiedzieć tutaj przynajmniej. Wszak widok mój nie będzie wam zatruwał humoru. Jak się masz, Cassavetti!...
Podprowadzony do fotelu, słuchał ze skupieniem szelestu map rozkładanych i coraz silniejszego gwaru głosów ludzkich. Wszyscy mówili naraz, roztrząsając najrozmaitsze kwestye, od spraw prasowych do warunków żywności, od dróg żelaznych i zdolności dowodzących do możliwego zwycięstwa. Język ich szorstki, nieokrzesany, zgorszyłby niejednokrotnie publiczność; wybuchy też śmiechu drażniły nerwy Heldar’a. Wrzawa podniosła się do tego stopnia, iż Nilghai, chcąc wreszcie przywrócić spokój, musiał bić w stół dwiema pięściami.
— Powiedzcie mi, co się dzieje z Torpenhow’em? — zapytał Heldar, gdy uciszyło się na chwilę.
— Jest na służbie.
— Co to znaczy?
— Pojechał w konkury, do ładnej podobno dziewczyny — objaśnił Nilghai.
— Nie chce wziąć udziału w wyprawie. Powiada, że zostanie w domu — uzupełnił Kenen.
Dick zaklął głośno.
— Co? Ma zostać w domu? Nie, nie pozwolę. Jeżeli wy nie umiecie przemówić mu do rozumu, ja to uczynię; tyle potrafię jeszcze. On ma nie pojechać, on, najzdolniejszy z was wszystkich! Nie wytrzymalibyśmy tu oba. Ach, prawda, o mnie niema mowy. Zapomniałem... Jakżeż mi żal, że towarzyszyć wam nie mogę.
— I nam wszystkim przykro, Dick’u — zapewnił Kenen.
— Mnie najwięcej — uzupełnił nowy artysta, zamówiony już przez Centralny Syndykat Południowy. — Czy nie mógłbyś pan udzielić mi pewnych objaśnień?...
— I owszem, dam jedną radę — przerwał Dick, kierując się ku drzwiom. — Oto, gdybyś pan miał kiedykolwiek otrzymać cięcie w głowę, nie broń się przed niem; przeciwnie, proś napastnika, aby cię dobił. Będzie to stokroć korzystniej dla ciebie. Dziękuję, żeście mi pozwolili posiedzieć tutaj.
— Co tak rozżaliło Heldar’a? — pytał w godzinę później Kenen, gdy zostali sami z Nilghai’m.
— Odgłos pobudki wojennej. Czy spostrzegłeś, pod jak silnem zostawał wrażeniem? Biedny chłopiec! Chodźmy zobaczyć, co robi.
Podniecenie, wywołane naradą korespondentów, zniknęło zupełnie. Ryszard, zgnębiony, oparłszy ramiona na stole, głowę w nich ukrył i łkał rozpacznie.
Słysząc kroki towarzyszy, nie wyprostował się, nie próbował utaić wzruszenia.
— Ciężka chwila! — jęknął. — Bóg jeden widzi, jak ciężka. Czy zobaczę przynajmniej Torp’a przed ostatecznym waszym wyjazdem?
— Ależ zobaczysz. Wróci tu wpierw najniezawodniej — pośpieszył zapewnić Nilghai.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Natalia Korwin-Szymanowska.