Zając (Dygasiński, 1900)/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł Zając
Rozdział XIX
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XIX.

Kiedy Franek wyszedł od Chyleckiego, Malwa po księżycu dreptał około domu, przytupując nogami na mrozie. W milczeniu przybyli do Malwicz, a wtedy chłopak wyraził życzenie, ażeby strzelec zatrzymał się na drodze o jakich pięćdziesiąt kroków od domostwa Jaśka Tetery.
— Poczekajcie tu chwilkę, — powiada.
Zacierając ręce, Teterzak wszedł do izby, gdzie nikt nań nie zwrócił uwagi i nikt mu nie odpowiedział, kiedy mówił, że mróz siarczysty na dworze. Marynia czytała na głos książkę, a matka, Terenia i Jadzia, szyjąc przy lampie, słuchały.
W tem nagle Marynia przerwała czytanie, zapaliła papierosa, zbliżyła się do brata, odebrała list doktora i poszepnęła: — Strach, co tu za awantury dziś były!
— Cóż takiego? — zapytał Franek niedbale.
— Stary się wściekł, sponiewierał nas, matkę!...
— Dawno już powinien!
— My sobie tam dałyśmy radę; ale na ciebie wre, odgraża się ogromnie.
— O cóż mu chodzi?
— Listy od doktora do mnie znalazł — cała paczka wypadła mi z kieszeni.
— To za cóż wre na mnie?
— A bo doktór w jednym liście pisze wyraźnie, że ty jesteś posłańcem...
— Phi! Ja sam miałem kiedy staremu, o tem powiedzieć... Korci mię.
— Oszalałeś?
— Myślisz, żem ja taki głupi i nie wiem, co się święci!
— Chylecki myśli się ze mną żenić.
— Taka to prawda, jak — że się psi bodą! Ale co ja sobie gębę napróżno psuję: masz przecie ojca i matkę! Główna rzecz, żebyś wiedziała, że za noszenie tych listów musisz mi dobrze zapłacić.
Wykręcił się na pięcie, usiadł na tapczanie, wyciągnął nieznacznie dubeltówkę, stojącą w kącie i za drzwi się z nią wyniósł.
Już był za progiem sieni, kiedy niespodziewanie spotkał się z ojcem na wązkich schodkach.
— Ty co z tą dubeltówką? — warknął stary, chwytając za lufę.
Franek zmieszany nie dawał żadnej odpowiedzi, tylko szarpnął strzelbę, chcąc ją wyrwać ojcu z ręki. Tetera chwycił syna za kark lewicą i zrzucił go na ostatni schodek, a sam stanął powyżej i usiłował wyrwać strzelbę, którą powalony chłopak krzepko trzymał oburącz. Ciągnąc dubeltówkę do góry i znowu szturchając nią syna, stary wykonywał ruchy człowieka przy pompie. Franek brał kolbą w głowę, w zęby, w piersi, a strzelby nie popuścił. Dopiero ojciec zeszedł poniżej i z całej siły tak kopnął syna, że ten puścił dubeltówkę i stoczył się na ziemię, brocząc krwią po śniegu.
— Masz suczy synu! — mruknął Tetera i jeszcze chłopaka poczęstował kolbą, — i tak ci się jeszcze będzie należało za to, że swatasz siostrę.
Odwrócił się i zasapany poszedł do izby, a cała kolba strzelby była od krwi czerwona.
Flora, gdy tylko posłyszała kroki męża, zaraz zaczęła do córek mówić:
— Chyba z was która weźmie siekierę i drew narąbie!... Albo może ta starowina, Mikowa?
Mikowa była to blizko siedmdziesięcioletnia staruszka, służąca.
Teterzanki zachichotały, dobrze rozumiejąc, że matka wynajduje ojcu zajęcie.
Stary łypnął swojem straszliwem okiem, ale nikt tu nie zwracał uwagi na jego spojrzenia.
W kwadrans potem Tetera rąbał drzewo przy schodkach, gdzie niedawno skatował syna.
Tymczasem Franek dźwignął się z ziemi i wyszedł na drogę, gdzie go oczekiwał Malwa, odszeptując wieczorne pacierze. Strzelec słyszał z oddalenia jakieś szamotanie się pod domem Tetery i nie rozumiał, co to znaczy, gdyż bity przez ojca chłopak ani pisnął.
— A toś mię pan strzelec wykierował! — powiedział Teterzak, ukazując swą twarz zakrwawioną, — stary mi, psiakrew, zęby, oczy powybijał, dziur w głowie narobił, a wszystko przez pana strzelca.
— Bój się Boga, Franusiu, co ty mówisz?
— Prawdę mówię, do figlów nie mam ochoty... Idźmy, potem się porachujemy!
— Jak to — idźmy?
— No, bo ja nie myślę dziś w domu nocować! Cała ta moja familia — niech ją dyabli biorą!
Malwa zcierpł cały, szedł w milczeniu obok chłopaka, który co stąpił kilka kroków, brał z ziemi garść śniegu i, posykując, wycierał nim zakrwawioną twarz, ręce.
— Licho mi poddało nadstawiać łba za cudzą dubeltówkę, — mruczał niezadowolony.
— Przepraszam cię, mój synu! Któż się też mógł spodziewać takiego nieszczęścia! — jęczał strzelec.
— Z przeprosin nic mi nie przyjdzie! pan strzelec powinien się znać na rzeczy!
Obaj przyśpieszali teraz kroków i wnet przybyli do mieszkania Malwy, który natychmiast zapalił świeczkę i już wyraźnie widział ciężkie rany chłopaka.
Strzelec ułożył gościa na swojem łóżku, omył go należycie wodą i chciał zaraz sprowadzić felczera. Ale Franek nie dał sobie wspominać o Chyleckim, a tylko coraz to wtrącił słówko o wdzięczności, jaka mu się sprawiedliwie należy od Malwy, który się krzątał dręczony ciężkimi wyrzutami sumienia. „Moja wina, moja bardzo wielka wina!“
Strzelec całą noc siedział przy Franku i robiło mu się jakoś ciepło w duszy, kiedy chłopaka doglądał, okrywał: doznawał uczucia ojcostwa. Onby przyjął to dziecko za swoje, wychowałby je, nauczył wiary w Boga. „Może Pan Jezus zesłał takie nieszczęście — raz, żeby mnie doświadczyć, drugi raz, żeby chłopca ze złej drogi sprowadzić. Niezbadane są wyroki Opatrzności! “
Było już dobrze po północy, kiedy chory zasnął i w gorączce majaczył, mówił o wdzięczności, jaką mu Malwa winien; a Malwa się nieustannie modlił do przemienienia Pańskiego.
Dzień zaświtał, strzelec znużony czuwaniem utopił głowę w dłoniach, rozmyślał o swem przykrem położeniu: nie odzyskał dworskiej dubeltówki i naraził Franka na takie straszne zajście z ojcem. Jeszcze się dobrze nad tem nie zastanowił, a tu przychodzi stelmach i zabiera swoją pojedynkę.
Co tylko stelmach wyszedł, wpada posłaniec od pana rządcy i mówi: „Panie strzelec, jutro od rana trzeba być gotowym — polowanie! Sam pan dziedzic będzie polował“.
— O najsłodsze imię Jezus, cóż ja nieszczęśliwy pocznę! — pomyślał Malwa.
Zafrasowany pobiegł na wieś, kupił od baby kurę, zabił, oskubał, warzył dla chorego rosół i rozmyślał nad swem położeniem bez wyjścia: był jak zając we wnyku.
Naraz, kiedy wylewał rosół na miskę, przyszła mu do głowy myśl szczęśliwa: „Pójdę do szafarza, pocałuję go w rękę, w kolano, zmiękczę, poproszę o radę“.
I postawił miskę z rosołem na ławie przy łóżku chorego:
— Posil się, synu, będziesz zdrowszy!
Franek, opuchły, przetarł oczy, spojrzał na miskę i na drugi bok się przewrócił.
Strzelec zostawił go tak i pobiegł do szafarza, który dopiero co tylko ukończył wydawanie zapasów z szafarni na kuchnię i właśnie pierwszy raz po nocy zażył łyk walerjany. Pan Kacper, sztywnie surowy, pełny godności, przechadzał się po izbie.
— Aa, co ja widzę, pan Malwa? Zające do szafarni-hę? Dobrze!
Zamiast odpowiedzieć, strzelec złożył obie ręce i z miną wyrażającą błaganie padł na kolana przed zdziwionym szafarzem, który zapytywał:
— Co, co, co znowu?
— Nie gub mię, nieboraka, panie szafarzu!
— Ja mam gubić? skądże się wzięło?
— Oj, ta dubeltówka nieszczęśliwa!
— Du-bel-tó-wka?... Uhuu! — zawołał szafarz, przypominając sobie wczorajszą rozmowę. Wstań-no, panie Malwa! Tylko głupca raduje taka postawa na klęczkach... Ja nie król! Więc jakże, dubeltówka dworska przepadła?
— Radź, panie szafarzu, będziesz dobrodziejem moim na całe życie! Toć my obaj katolicy, z Malwicz pochodzimy... Miej litość nademną!
— Dobrze to jest, panie Malwa, udawać się w pokorę — rzekł szafarz, patrząc na końce butów; — Sługa pokorny, koń powolny, żoneczka czuła — oo! Ale stać na mrozie, upokarzać się po szkodzie-hę?
— Grzeszna moja dusza! — zawołał Malwa żałośnie, a pan Kacper ciągnął dalej:
— Knieja jest to... jest to... owczarnia, strzedz jej trzeba przed lisem, wilkiem, złodziejem, strzedz z dubeltówką na ramieniu. Cóż z tego, że Tetera brat pana strzelca, kiedy złodziej koronny?
— Oj, nabroił on, nawarzył mi piwa! Bądź litościwy, panie szafarzu!
— Nademną nie mają litości! — rzekł szafarz opryskliwie, — kąsacie mię, oczerniacie, gady!
— Święty Boże, któżby miał śmiałość! — wykrzyknął strzelec ze szczerością, która zastanowiła pana Kacpra.
— Kto? Kto miałby śmiałość? Cała ta hołota, służba dworska, przyjaciele Filipka, różne pucybuty!
— A i ja miałbym słuchać kucharza? Boże zmiłuj się!
— Szelma, błazen — prawda? Myśliwego udaje, chce rej wodzić w Morzelanach.
— Ej, jakie tam jego myśliwstwo!
— Widzisz, panie Malwa, tacy mir mają, ludzie ich słuchają, wierzą ich łajdackiemu szczekaniu.
— Cóż oni mogą złego mówić, czem szkodzić?
— Jak to, panie Malwa, nie wiesz, że mię we dworze mają za pijaka i o tem tylko mówią?
— Ha, to już złej gęby potrzeba! — odrzekł strzelec dobrodusznie, zyskując sobie coraz więcej serce szafarza.
— Dwanaście lat w północnym klimacie, a dwadzieścia i coś ciężkiej służby w tym dworze! — mówił pan Kacper grobowym głosem, — na cóż mi przyszło? Waleryanę pić muszę i znosić prześladowanie takich... takich.
Z temi słowy pochwycił z półki flaszkę, pokazał ją, strzelcowi zdaleka i łyknął.
— Rozumiesz, panie Malwa, waleryana na uspokojenie? Serce, żołądek, piersi, a oni szczują! Ja — pijak...
Uśmiechnął się szyderczo, pobiegł do drzwi, założył je na haczyk i rzekł, mrugając oczyma.
— Podpatrują, mię, podpatrują!
Malwa skrzyżował ręce na piersiach i z wyrazem twarzy, wyrażającym najgłębsze uszanowanie, wpatrywał się w szafarza jak w wyrocznię.
— Czego oni chcą odemnie? Wody nikomu nie zamąciłem w Morzelanach... Ja, panie nie z tych, co to radzą na złe dla datku, krzywdą dla dostatku, śmierci życzą dla spadku i oczerniają cię, bratku! — mówił pan Kacper z poważnym naciskiem, chodząc po pokoju.
— To też wiedziałem, panie szafarzu, do kogo przychodzę. Jabym się tu do nikogo innego w Morzelanach iść nie ważył.
— Szczerością każdy do mnie trafi. Do zwierza — pod wiatr, do ptaka — za słońcem, do konia — nie po-omacku, a do Kacpra Kulika-Zdrojewskiego — po szczerości! No, ale cóż ja ci, panie Malwa, pomódz mogę, ja, oficyalista prześladowany w tym dworze, człowiek sponiewierany, chory? Nie masz dubeltówki, a tu polowanie — prawda?
— Prawda, szafarzu!
— Czekaj-że, coby tu zrobić?
Szafarz z palcem na czole zbliżył się do półki, wziął flaszkę z waleryarią i łyknął, mówiąc jakby sam do siebie: „Oo, coś się w sercu psuje!“ Teraz zaczął znowu chodzić, a podeszwy jego zdawały się lgnąć do podłogi. Nagle przystanął, utkwił wzrok w strzelcu i zapytał:
— O czem to mówiliśmy?
— A o dubeltówce! — rzekł Malwa z pośpiechem.
— Wiem, już wiem!... Dworska dubeltówka jest w rękach Tetery kłusownika... Gdybym był pijakiem, czy jabym mógł wiedzieć o takich rzeczach? Powiedz, panie Malwa!
— Ale ma się rozumieć.
— Pan mi się podobasz, panie Malwa! Możeby wódeczki — co? Dla gości mam wódkę, choć sam do ust tego nie biorę, nie wolno mi przy walerjanie.
Mówiąc to, wydobył z szafy pół-gąsiorek.
— Czysta podobno najlepsza... A ja sobie — walerjany!
Nalał strzelcowi pół szklanki i trącił się z nim swoją walerjaną. Teraz atoli stał już na jednem miejscu, twarz mu zczerwieniała, rozkładał żywo ręce i znowu mówił:
— Panie Malwa, jakeś jest uczciwy szlachcic z Malwicz, powiedz, czy ja wyglądam na pijaka?
— Żeby mię tak Bóg ostro sądził!
— Widzisz, a te łajdaki śmieją mówić! I tacy mają wiarę... Możeby jeszcze sznapsika? Trącę się walerjaną z porządnym człowiekiem... Widzę teraz wyraźnie, że Malwa-Zabłotnik jest moim przyjacielem. Cóż kiedy przy tym dworze ludzie się marnują! No, jeszcze wódeczki, rodaku z Malwicz!
Zataczając się podszedł do szafy i trzęsącą się ręką nalał strzelcowi pół szklanki, a potem podążył ku framudze po swą walerjanę.
Malwa pił jedynie przez uprzejmość, uważał, że nie wypada odmawiać. Ale gorzałka poszła strzelcowi do głowy i dodała mu śmiałości, Malwa rzucił się do niego z zapałem i, całując go w rękę, mówił:
— Radź, dobrodzieju, radź, co mam zrobić z tą dubeltówką!
Szafarz chwycił teraz strzelca za szyję, przyciskał do siebie całował.
— Bierz dubeltówkę, bracie Malwo, bierz!
W tej chwili właśnie ściskający się serdecznie stracili równowagę i z łomotem upadli na ziemię tak, że strzelec leżał na szafarzu.
— Patrzaj, braciszku... co to jest... rrr-eumatyzm... w głowie... nogach... rękach... uuu! Ratuj, podnieś!
Malwa wziął do serca cierpienie pana Kacpra i ze łzami w oczach dźwigał go z upadku, a przytem usiłował zachowywać całe uszanowanie dla osoby szafarza, którego z wielkim trudem dowlókł nareszcie do łóżka i na niem złożył.
— A — tak... się zbliża... uuu! — mruczał pan Kacper, a strzelec spoglądał nań z współczuciem, znowu się nachylił, cmoknął reumatyka w kolano i nieśmiałym głosem poszepnął:
— To ja niby tę dubeltówkę mogę...
— B-b-bierz... dubelt...tówkę... b-bierz! — wybąkał szafarz, machając ręką i tuląc głowę do poduszki.
Strzelec ostrożnie zdjął strzelbę znad łóżka, pocałował w nogę chrapiącego już pana Kacpra i, zataczając — gdyż zalał dziś nieźle pałkę — pośpieszył do domu.
Kiedy Malwa wszedł do izby, Franek z twarzą opuchłą i zsiniałą siedział na łóżku; ale rosołu, mięsa kurzego nie było ani śladu na misce.
— Dziękujęż ci, Panie Boże, żeś mię w ostatniej chwili nie opuścił! — zawołał strzelec, a oczy jego wyrażały zadowolenie: jutro na polowaniu będzie mógł wystąpić z dubeltówką w obec dziedzica i pana rządcy.
— Złoty człowiek ten pan szafarz!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.