Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dzień zaświtał, strzelec znużony czuwaniem utopił głowę w dłoniach, rozmyślał o swem przykrem położeniu: nie odzyskał dworskiej dubeltówki i naraził Franka na takie straszne zajście z ojcem. Jeszcze się dobrze nad tem nie zastanowił, a tu przychodzi stelmach i zabiera swoją pojedynkę.
Co tylko stelmach wyszedł, wpada posłaniec od pana rządcy i mówi: „Panie strzelec, jutro od rana trzeba być gotowym — polowanie! Sam pan dziedzic będzie polował“.
— O najsłodsze imię Jezus, cóż ja nieszczęśliwy pocznę! — pomyślał Malwa.
Zafrasowany pobiegł na wieś, kupił od baby kurę, zabił, oskubał, warzył dla chorego rosół i rozmyślał nad swem położeniem bez wyjścia: był jak zając we wnyku.
Naraz, kiedy wylewał rosół na miskę, przyszła mu do głowy myśl szczęśliwa: „Pójdę do szafarza, pocałuję go w rękę, w kolano, zmiękczę, poproszę o radę“.
I postawił miskę z rosołem na ławie przy łóżku chorego:
— Posil się, synu, będziesz zdrowszy!
Franek, opuchły, przetarł oczy, spojrzał na miskę i na drugi bok się przewrócił.
Strzelec zostawił go tak i pobiegł do szafarza, który dopiero co tylko ukończył wydawanie zapasów z szafarni na kuchnię i właśnie pierwszy raz po nocy zażył łyk walerjany.