Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przepraszam cię, mój synu! Któż się też mógł spodziewać takiego nieszczęścia! — jęczał strzelec.
— Z przeprosin nic mi nie przyjdzie! pan strzelec powinien się znać na rzeczy!
Obaj przyśpieszali teraz kroków i wnet przybyli do mieszkania Malwy, który natychmiast zapalił świeczkę i już wyraźnie widział ciężkie rany chłopaka.
Strzelec ułożył gościa na swojem łóżku, omył go należycie wodą i chciał zaraz sprowadzić felczera. Ale Franek nie dał sobie wspominać o Chyleckim, a tylko coraz to wtrącił słówko o wdzięcznosci, jaka mu się sprawiedliwie należy od Malwy, który się krzątał dręczony ciężkimi wyrzutami sumienia. „Moja wina, moja bardzo wielka wina!“
Strzelec całą noc siedział przy Franku i robiło mu się jakoś ciepło w duszy, kiedy chłopaka doglądał, okrywał: doznawał uczucia ojcostwa. Onby przyjął to dziecko za swoje, wychowałby je, nauczył wiary w Boga. „Może Pan Jezus zesłał takie nieszczęście — raz, żeby mnie doświadczyć, drugi raz, żeby chłopca ze złej drogi sprowadzić. Niezbadane są wyroki Opatrzności! “
Było już dobrze po północy, kiedy chory zasnął i w gorączce majaczył, mówił o wdzięczności, jaką mu Malwa winien; a Malwa się nieustannie modlił do przemienienia Pańskiego.