Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stary łypnął swojem straszliwem okiem, ale nikt tu nie zwracał uwagi na jego spojrzenia.
W kwadrans potem Tetera rąbał drzewo przy schodkach, gdzie niedawno skatował syna.
Tymczasem Franek dźwignął się z ziemi i wyszedł na drogę, gdzie go oczekiwał Malwa, odszeptując wieczorne pacierze. Strzelec słyszał z oddalenia jakieś szamotanie się pod domem Tetery i nie rozumiał, co to znaczy, gdyż bity przez ojca chłopak ani pisnął.
— A toś mię pan strzelec wykierował! — powiedział Teterzak, ukazując swą twarz zakrwawioną, — stary mi, psiakrew, zęby, oczy powybijał, dziur w głowie narobił, a wszystko przez pana strzelca.
— Bój się Boga, Franusiu, co ty mówisz?
— Prawdę mówię, do figlów nie mam ochoty... Idźmy, potem się porachujemy!
— Jak to — idźmy?
— No, bo ja nie myślę dziś w domu nocować! Cała ta moja familia — niech ją dyabli biorą!
Malwa zcierpł cały, szedł w milczeniu obok chłopaka, który co stąpił kilka kroków, brał z ziemi garść śniegu i, posykując, wycierał nim zakrwawioną twarz, ręce.
— Licho mi poddało nadstawiać łba za cudzą dubeltówkę, — mruczał niezadowolony.