Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ty co z tą dubeltówką? — warknął stary, chwytając za lufę.
Franek zmieszany nie dawał żadnej odpowiedzi, tylko szarpnął strzelbę, chcąc ją wyrwać ojcu z ręki. Tetera chwycił syna za kark lewicą i zrzucił go na ostatni schodek, a sam stanął powyżej i usiłował wyrwać strzelbę, którą powalony chłopak krzepko trzymał oburącz. Ciągnąc dubeltówkę do góry i znowu szturchając nią syna, stary wykonywał ruchy człowieka przy pompie. Franek brał kolbą w głowę, w zęby, w piersi, a strzelby nie popuścił. Dopiero ojciec zeszedł poniżej i z całej siły tak kopnął syna, że ten puścił dubeltówkę i stoczył się na ziemię, brocząc krwią po śniegu.
— Masz suczy synu! — mruknął Tetera i jeszcze chłopaka poczęstował kolbą, — i tak ci się jeszcze będzie należało za to, że swatasz siostrę.
Odwrócił się i zasapany poszedł do izby, a cała kolba strzelby była od krwi czerwona.
Flora, gdy tylko posłyszała kroki męża, zaraz zaczęła do córek mówić:
— Chyba z was która weźmie siekierę i drew narąbie!... Albo może ta starowina, Mikowa?
Mikowa była to blizko siedmdziesięcioletnia staruszka, służąca.
Teterzanki zachichotały, dobrze rozumiejąc, że matka wynajduje ojcu zajęcie.