Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan Kacper, sztywnie surowy, pełny godności, przechadzał się po izbie.
— Aa, co ja widzę, pan Malwa? Zające do szafarni-hę? Dobrze!
Zamiast odpowiedzieć, strzelec złożył obie ręce i z miną wyrażającą błaganie padł na kolana przed zdziwionym szafarzem, który zapytywał:
— Co, co, co znowu?
— Nie gub mię, nieboraka, panie szafarzu!
— Ja mam gubić? skądże się wzięło?
— Oj, ta dubeltówka nieszczęśliwa!
— Du-bel-tó-wka?... Uhuu! — zawołał szafarz, przypominając sobie wczorajszą rozmowę. Wstań-no, panie Malwa! Tylko głupca raduje taka postawa na klęczkach... Ja nie król! Więc jakże, dubeltówka dworska przepadła?
— Radź, panie szafarzu, będziesz dobrodziejem moim na całe życie! Toć my obaj katolicy, z Malwicz pochodzimy... Miej litość nademną!
— Dobrze to jest, panie Malwa, udawać się w pokorę — rzekł szafarz, patrząc na końce butów; — Sługa pokorny, koń powolny, żoneczka czuła — oo! Ale stać na mrozie, upokarzać się po szkodzie-hę?
— Grzeszna moja dusza! — zawołał Malwa żałośnie, a pan Kacper ciągnął dalej:
— Knieja jest to... jest to... owczarnia, strzedz jej trzeba przed lisem, wilkiem, złodzie-