Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jem, strzedz z dubeltówką na ramieniu. Cóż z tego, że Tetera brat pana strzelca, kiedy złodziej koronny?
— Oj, nabroił on, nawarzył mi piwa! Bądź litościwy, panie szafarzu!
— Nademną nie mają litości! — rzekł szafarz opryskliwie, — kąsacie mię, oczerniacie, gady!
— Święty Boże, któżby miał śmiałość! — wykrzyknął strzelec ze szczerością, która zastanowiła pana Kacpra.
— Kto? Kto miałby śmiałość? Cała ta hołota, służba dworska, przyjaciele Filipka, różne pucybuty!
— A i ja miałbym słuchać kucharza? Boże zmiłuj się!
— Szelma, błazen — prawda? Myśliwego udaje, chce rej wodzić w Morzelanach.
— Ej, jakie tam jego myśliwstwo!
— Widzisz, panie Malwa, tacy mir mają, ludzie ich słuchają, wierzą ich łajdackiemu szczekaniu.
— Cóż oni mogą złego mówić, czem szkodzić?
— Jak to, panie Malwa, nie wiesz, że mię we dworze mają za pijaka i o tem tylko mówią?
— Ha, to już złej gęby potrzeba! — odrzekł strzelec dobrodusznie, zyskując sobie coraz więcej serce szafarza.