Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dwanaście lat w północnym klimacie, a dwadzieścia i coś ciężkiej służby w tym dworze! — mówił pan Kacper grobowym głosem, — na cóż mi przyszło? Waleryanę pić muszę i znosić prześladowanie takich... takich.
Z temi słowy pochwycił z półki flaszkę, pokazał ją, strzelcowi zdaleka i łyknął.
— Rozumiesz, panie Malwa, waleryana na uspokojenie? Serce, żołądek, piersi, a oni szczują! Ja — pijak...
Uśmiechnął się szyderczo, pobiegł do drzwi, założył je na haczyk i rzekł, mrugając oczyma.
— Podpatrują, mię, podpatrują!
Malwa skrzyżował ręce na piersiach i z wyrazem twarzy, wyrażającym najgłębsze uszanowanie, wpatrywał się w szafarza jak w wyrocznię.
— Czego oni chcą odemnie? Wody nikomu nie zamąciłem w Morzelanach... Ja, panie nie z tych, co to radzą na złe dla datku, krzywdą dla dostatku, śmierci życzą dla spadku i oczerniają cię, bratku! — mówił pan Kacper z poważnym naciskiem, chodząc po pokoju.
— To też wiedziałem, panie szafarzu, do kogo przychodzę. Jabym się tu do nikogo innego w Morzelanach iść nie ważył.
— Szczerością każdy do mnie trafi. Do zwierza — pod wiatr, do ptaka — za słońcem, do konia — nie po-omacku, a do Kacpra Kulika-Zdrojewskiego — po szczerości! No, ale