Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na jednem miejscu, twarz mu zczerwieniała, rozkładał żywo ręce i znowu mówił:
— Panie Malwa, jakeś jest uczciwy szlachcic z Malwicz, powiedz, czy ja wyglądam na pijaka?
— Żeby mię tak Bóg ostro sądził!
— Widzisz, a te łajdaki śmieją mówić! I tacy mają wiarę... Możeby jeszcze sznapsika? Trącę się walerjaną z porządnym człowiekiem... Widzę teraz wyraźnie, że Malwa-Zabłotnik jest moim przyjacielem. Cóż kiedy przy tym dworze ludzie się marnują! No, jeszcze wódeczki, rodaku z Malwicz!
Zataczając się podszedł do szafy i trzęsącą się ręką nalał strzelcowi pół szklanki, a potem podążył ku framudze po swą walerjanę.
Malwa pił jedynie przez uprzejmość, uważał, że nie wypada odmawiać. Ale gorzałka poszła strzelcowi do głowy i dodała mu śmiałości, Malwa rzucił się do niego z zapałem i, całując go w rękę, mówił:
— Radź, dobrodzieju, radź, co mam zrobić z tą dubeltówką!
Szafarz chwycił teraz strzelca za szyję, przyciskał do siebie całował.
— Bierz dubeltówkę, bracie Malwo, bierz!
W tej chwili właśnie ściskający się serdecznie stracili równowagę i z łomotem upadli na ziemię tak, że strzelec lażał na szafarzu.