Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Patrzaj, braciszku... co to jest... rrr-eumatyzm... w głowie... nogach... rękach... uuu! Ratuj, podnieś!
Malwa wziął do serca cierpienie pana Kacpra i ze łzami w oczach dźwigał go z upadku, a przytem usiłował zachowywać całe uszanowanie dla osoby szafarza, którego z wielkim trudem dowlókł nareszcie do łóżka i na niem złożył.
— A — tak... się zbliża... uuu! — mruczał pan Kacper, a strzelec spoglądał nań z współczuciem, znowu się nachylił, cmoknął reumatyka w kolano i nieśmiałym głosem poszepnął:
— To ja niby tę dubeltówkę mogę...
— B-b-bierz... dubelt...tówkę... b-bierz! — wybąkał szafarz, machając ręką i tuląc głowę do poduszki.
Strzelec ostrożnie zdjął strzelbę znad łóżka, pocałował w nogę chrapiącego już pana Kacpra i, zataczając — gdyż zalał dziś nieźle pałkę — pośpieszył do domu.
Kiedy Malwa wszedł do izby, Franek z twarzą opuchłą i zsiniałą siedział na łóżku; ale rosołu, mięsa kurzego nie było ani śladu na misce.
— Dziękujęż ci, Panie Boże, żeś mię w ostatniej chwili nie opuścił! — zawołał strzelec, a oczy jego wyrażały zadowolenie: jutro na polowaniu będzie mógł wystąpić z dubeltówką w obec dziedzica i pana rządcy.
— Złoty człowiek ten pan szafarz!