Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cóż ja ci, panie Malwa, pomódz mogę, ja, oficyalista prześladowany w tym dworze, człowiek sponiewierany, chory? Nie masz dubeltówki, a tu polowanie — prawda?
— Prawda, szafarzu!
— Czekaj-że, coby tu zrobić?
Szafarz z palcem na czole zbliżył się do półki, wziął flaszkę z waleryarią i łyknął, mówiąc jakby sam do siebie: „Oo, coś się w sercu psuje! Teraz zaczął znowu chodzić, a podeszwy jego zdawały się lgnąć do podłogi. Nagle przystanął, utkwił wzrok w strzelcu i zapytał:
— O czem to mówiliśmy?
— A o dubeltówce! — rzekł Malwa z pośpiechem.
Wiem, już wiem!... Dworska dubeltówka jest w rękach Tetery kłusownika... Gdybym był pijakiem, czy jabym mógł wiedzieć o takich rzeczach? Powiedz, panie Malwa!
— Ale ma się rozumieć.
— Pan mi się podobasz, panie Malwa! Meżeby wódeczki — co? Dla gości mam wódkę, choć sam do ust tego nie biorę, nie wolno mi przy walerjanie.
Mówiąc to, wydobył z szafy pół-gąsiorek.
— Czysta podobno najlepsza... A ja sobie — walerjany!
Nalał strzelcowi pół szklanki i trącił się z nim swoją walerjaną. Teraz atoli stał już