Strona:Adolf Dygasiński - Zając.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż takiego? — zapytał Franek niedbale.
— Stary się wściekł, sponiewierał nas, matkę!...
— Dawno już powinien!
— My sobie tam dałyśmy redę; ale na ciebie wre, odgraża się ogromnie.
— O cóż mu chodzi?
— Listy od doktora do mnie znalazł — cała paczka wypadła mi z kieszeni.
— To za cóż wre na mnie?
— A bo doktór w jednym liście pisze wyraźnie, że ty jesteś posłańcem...
— Phi! Ja sam miałem kiedy staremu, o tem powiedzieć... Korci mię.
— Oszalałeś?
— Myślisz, żem ja taki głupi i nie wiem, co się święci!
— Chylecki myśli się ze mną żenić.
— Taka to prawda, jak — że się psi bodą! Ale co ja sobie gębę napróżno psuję: masz przecie ojca i matkę! Główna rzecz, żebyś wiedziała, że za noszenie tych listów musisz mi dobrze zapłacić.
Wykręcił się na pięcie, usiadł na tapczanie, wyciągnął nieznacznie dubeltówkę, stojącą w kącie i za drzwi się z nią wyniósł.
Już był za progiem sieni, kiedy niespodziewanie spotkał się z ojcem na wązkich schodkach.