Zając (Dygasiński, 1900)/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł Zając
Rozdział XVIII
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XVIII.

Życie wtedy ma wartość historyczną, kiedy jest pełne przygód.
Nasz szarak parę razy do roku doświadczał jakiegoś dziwnego zacietrzewienia. Pokarm i napój nie smakowały mu wówczas, a opanowywał go niepokój: nawet strachu nie uczuwał w takich razach. Dniem i nocą biegał po polach, lasach, nasłuchywał, upatrywał, obnosił z sobą pragnienie nie dające się określić słowami.
— Oddałbym życie, gdybym tylko znalazł to, czego szukam właśnie.
Aha, miłość — uczucie, które, podobno, ogarnia wszechświat! W rozstroju uporządkowanych spraw życia, porwany szałem, czy obłędem, bezuchy zając rzuciłby się między ludzi, psy, lisy, wilki, przepłynąłby jeziora, rzeki, aby tylko zadosyć uczynić osobliwemu uczuciu.
Jakże się zdziwiono raz w Morzelanach, kiedy pod koniec lutego w biały dzień, środkiem drogi, przez całą wieś pędził bezuchy szarak. Ponieważ zuchwalstwa takiego nikt nie przypuszcza u zwierzęcia, które się nieustannie kryje, ucieka, przeto widok zająca w miejscu zaludnionem i zapsionem wprawił w zdumienie zarówno psy jak ludzi. Co to miłość może!... Zanim sobie zdano sprawę ze zjawiska nadzwyczajnego, zając już pognał dalej, zostawiając po sobie wrażenie ogromnej śmiałości i braku słuchów. Każdy się teraz stuknął w czoło, szukał związku przyczynowego między brakiem uszu i niezwykłą śmiałością. A to był obłęd miłosny, któremu, jak wiadomo, podległ był nawet Arystoteles. Można było widzieć tegoż szaraka, jak przebiegał wpoprzek drogę ludziom, spieszącym na jarmark, i w ogóle robił bardzo troskliwe zwiady po całej okolicy. Trzy dni trwały takie szaleństwa, dające się objaśnić tylko przez miłość. Nareszcie trzeciego dnia, wieczorem, kiedy o wschodzie księżyca stał na wzgórku z owem nieugaszonem pragnieniem w sercu — gdyż i zające mają serce — posłyszał odgłos, który w języku ludzkim możnaby nazwać klaśnięciem w dłonie. Z wielkim zapałem poskoczył w kierunku klaskania i spotkał zająca płci żeńskiej, który w najprzyjemniejszej, jaką sobie tylko można wyobrazić, postawie, kicał po łączce. W swoim rodzaju Filon i Filis za borem. Gach z bijącem sercem biegł w podrygach, pomrukiwał rozkosznie, przytupywał i, gdyby miał język ludzki, powiedziałby: „Marząc o tobie, spędzam bezsenne dni i nocy“. Zachwycające ruchy warg i mruganie oczu płci żeńskiej stanowiły odpowiedź na jego oświadczenie. Niebawem też nastąpiła bliższa znajomość: bieganie w kółko, dotykanie się wzajemne na cztery strony świata. On, cały w koperczakach, właściwym sobie językiem, złożył wyznanie najgorętszej miłości i po zajęczemu błagał o wzajemność. Wysłuchała go, dając przytem do zrozumienia, że bynajmniej nie jest nieczułą jak skała. Ale, gdy uniesiony zapałem wykonał ruch, zakrawający na najwyższy stopień poufałości, natychmiast odskoczyła figlarnie, jak gdyby przez to chciała wyrazić: „Za pozwoleniem, zbyt krótko się znamy! Ja swego serca tak lekkomyślnie nie mogę oddawać“. I z nadzwyczajnym wdziękiem wbiegła na wzgórek, gdzie znowu wykonała zajęcze klaśnięcie w dłonie. Zrobiło mu się markotno; jednakże płeć żeńska ma w takich razach niezaprzeczone prawa, które należy szanować. W kilka minut potem, kiedy on już na nowo rozpoczynał uświęcony przez tradycyę obrzęd zalotów, ukazała się w oddaleniu postać innego gacha, zbliżającego się w rycerskich prysiudach i z pięknie postawionymi słuchami do naszej pary. Ten nowo przybyły spojrzał lekceważąco na bezuchego. Wyglądało to na rzucenie rękawicy: „Przyjacielu, jakie ty masz słuchy! Zapewne nie posiadasz i wewnętrznych zalet, nie umiesz się podobać, skoro mnie tu zwabiono“. U naszego szaraka, rzecz prosta, krew zawrzała: poskoczył i on, zwykle taki spokojny, wyrwał zębami sporą garść turzycy z karku rywala, a nadto wyszczerbił mu ucho. Więc przybysz szukał odwetu, zabrał się żwawo do naszego gacha, chwycił go zębami za kosmyk i byłby mu pewnie urwał tę ozdobę ciała zajęczego, gdyby ona nie była rozdzieliła walczących tak, że teraz miała jednego po prawicy, drugiego po lewicy. Gdy ci obaj ponad kibicią kochanki przesyłali sobie spojrzenia namiętnej nienawiści, ona w najlepsze zaczęła znowu wabić. Na to słodkie jej wezwanie przybyli teraz dwaj gachowie od dwóch różnych stron świata. Miała swój orszak niby królowa i, kiedy teraz pomknęła naprzód, ci czterej rycerze sunęli za nią, a każdy z nich gotów byłby pozostałych utopić w łyżce wody. Pośpieszając w derdy za panią uczuć swoich, nie szczędzili oni sobie szturchańców, kułaków, kopnięć, potrącań, uszczypnień, a to wobec nadzwyczajnej skwapliwości, ponieważ każdy z nich usiłował być jak najbliżej przy płci żeńskiej. Wypadła z nimi na polankę porosłą krzaczkami tarniny, gdzie się bawiono w chowanego, i tutaj każdy, który ją pierwszy ukrytą znalazł, mógł ściskać pieścić, dopóki nie nadbiegli inni współzawodnicy, nie stłukli go, nie odpędzili. Stamtąd całe towarzystwo wybiegło na szeroką miedzę, gdzie znowu używano zabawy w gonionego — coś w rodzaju „uciekła mi przepióreczka w proso“. Kto ją pierwszy dogonił, dostąpił krótkotrwałej rozkoszy sam-na-sam z ukochaną; ale zaraz nadbiegał inny, brał za łeb szczęśliwca, podczas gdy jeszcze inny dopadał, korzystał z ich walki: dobre i to, żeby się o nią choć otrzeć. Około drzew, około kamieni, około krzyża — kic, kic jedno za drugiem i przeciągnięto te zabawy do wschodu słoneczka. Gdy dzień zajaśniał, wszyscy zdziwieni spojrzeli najprzód w słońce, potem — po sobie: „Ojej, jak też to prędko czas leci!“ Widzieli, że mają skrwawione słuchy, nosy, wargi; a po wyrwanych kłakach, łysiny świeciły im na karkach i grzbietach. Cóż z tego, kiedy przyjemnie! „Miłości, o niebios darze!“... Tylko ona jedna, nieporównanie nadobna, gładka, była teraz jeszcze powabniejsza w promieniach wschodzącego słońca. Na ozimince uczuła głód, zaczęła z pod śniegu wyjadać szczypiory pszenicy. Czterej gachowie byli także nadzwyczajnie głodni, żaden jednak nie ważył się sił pokrzepiać z obawy, aby któryś współzawodnik nie skorzystał z jego zajęcia i do niej się nie zbliżył. Boczyli się więc tylko jeden na drugiego, ukradkiem zerkając ku płci pięknej, a otoczyli ją ławą od czterech stron świata i tak tu przywarowali. Przechodził tędy Malwa do lasu i z początku myślał, że to kamienie nie zające. Ale znał dobrze pole i mówi sobie: „Skądże się tu znowu kamienie wzięły w tem miejscu?“... W tem ona — kic, kic i kamienie za nią ruszyły. Kiedy zima lekka, nie strzela się do zajęcy pod koniec lutego — grzech; przeto Malwa popatrzył tylko, a głównie ten bezuchy go zajmował. „Ciekawa rzecz, czy się dzieci wdadzą w niego?... Nie wiadomo, jak Bóg zrządzi“. Obecność człowieka zaniepokoiła ją głównie i poskoczyła w kierunku gaiku olszynowego, a za nią gnał orszak gachów. Ukazywała im w biegu swoje wdzięki, podrzucając tylnymi skokami, to też ci niewolnicy kwapili się namiętnie za nią z łbami naprzód wyciągniętymi. W olszynkach już pierwsze kosy z wierzchołków drzew, jakby pod nosem, przebąkiwały o miłości, a wrony na dobre rozpoczęły krzykliwe umizgi. Przysiadła tutaj nad strumieniem w pobliżu wielkiego kamienia granitowego, a gachowie znowu ją otoczyli. Teraz już uczucie miłości wezbrało nadzwyczajnie w sercach zajęczych, a także — zazdrość i nienawiść względem współzawodników. Każdy gach postanowił sobie, że tym zalotom trzeba koniec położyć. Należało postawić ją w takiem położeniu, ażeby nie miała tylu do wyboru, tylko — jednego, to się musi zgodzić. Rzecz prosta, walka musi rozstrzygnąć. Kiedy chodzi o wypowiedzenie wojny, najmniejszy powód wystarcza. Jeden z gachów zatoczył się przez nieuwagę i potrącił drugiego — jak to mówią — nastąpił mu na nagniotek. Obraźliwość w takich razach nie ma granic i dwa szaraki niebawem wzięły się za czuby, zaczęły walczyć zębami, skokami. Ona przysiadła, miała zajmujące widowisko, a po jej bokach dwaj pozostali stanęli na czatach, strzegąc, aby jeden przed drugim nie skradł jej przypadkiem całusa. W zaciętym pojedynku już ten, już tamten brał górę i krew zajęcza obficie popłynęła. Mocniejszy — ma się rozumieć — musi zwyciężyć. Chodziło właśnie o zadanie stanowczego ciosu, a szarak nie zdoła tego dokonać ani strugami ani skokami. Słabszy, dobrze już podskubany, naznaczony krwawo na wardze i z srodze podbitym ślepiem, niespodziewanie otrzymał od przeciwnika takie uderzenie łbem o łeb, że mu się w jednej chwili odechciało miłości, i smutny inwalida powolnym krokiem opuścił plac boju i miłości. No, ale też i zwycięzca mógł sobie teraz powiedzieć: „Jeszcze jedna taka wygrana, a już po mnie będzie!“ Co się tyczy naszego gracza, ten jakoś nie miał chęci do walki: dotąd czuł jeszcze ból w naderwanym kosmyku. Różne zaczepki przeciwników ladajako zbywał, a po części nawet w kieszeń schował niejedną obrazę wyłącznie mając na oku cel główny. Skoro teraz zwycięzca z niejaką dumą zbliżał się do niej, jakby po odebranie zasłużonej nagrody, gracz mu zagrodził przystęp, kładąc się na drodze do jej tylnych skoków. Osłabiony dopiero co stoczonym bojem nie okazywał pochopności do walki i począł, chromając, oględnie zachodzić od głowy płci żeńskiej. Trzeci gach widocznie na to tylko czekał, gdyż z furyą poskoczył i na tylnych łapach stanął groźnie naprost przeciwnika, broniąc mu i z tej strony zbliżenia. Niedawny zwycięzca spostrzegł w tej chwili, że stojący naprzeciw niego zając nieopatrznie odsłonił swoje słabizny, że przeto nastręcza się dobra sposobność ugodzenia go łbem w serce, brzuch, albo jeszcze poniżej. Raźno więc poskoczył, pochylił głowę jak baran, kiedy zamierza bodnąć i potężnem uderzeniem przewalił na wznak gacha, w którym patrochy aż zapiszczały od ciosu gwałtownego. Atoli powalony zdobył się na energię i tak silnie wierzgnął tylnymi skokami, że odrzucił przeciwnika poza granitowy kamień; ale kiedy się zerwał i ogromnie zaperzony pędził, aby wroga do reszty zgnębić, uderzył łbem o ów kamień i — jak mówią — zobaczył wszystkie gwiazdy na niebie. Odurzyło go, zamroczyło to uderzenie, zatoczył się i z brzegu spadł w strumień, na którym kra płynęła. Taka zimna kąpiel może ostudzić najgorętszą miłość. Kiedy się ów nieszczęśliwy gach gramolił na brzeg z potoku, bezuchy szarak mógł się już uważać za pana położenia, za istotnego zwycięzcę. Nie liczył się wcale z dwoma gachami uniedołężnionymi przez walkę i śmiało do niej teraz przystąpił. Porozumienie się wzajemne niedługo trwało, a ona, spokojna trusia, pokornie za nim poszła jak żona za mężem: już więcej nie klaskała i była zupełnie uległą. Jeszcze tego samego roku, w sierpniu, odniósł także zwycięstwo nad współzawodnikami, do czego mu dopomógł lis Kita, który znienacka wpadł na takie zajęcze wesele i w mgnieniu oka udusił dwóch walczących gachów; bezuchy tymczasem ratował się ucieczką w towarzystwie płci żeńskiej. Pod każdym względem sprzyjało mu szczęście. Oczekiwać należy, że w Morzelanach dotąd istnieje potomstwo bezuchego gracza, które — podobnie jak on — używa przywileju szczęścia. Dlaczegóżby i to nie miało być dziedziczne.?

Adolf Dygasiński - Zając str 92.jpg





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.