Zając (Dygasiński, 1900)/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł Zając
Rozdział XX
Wydawca Jan Fiszer
Data wydania 1900
Druk Warszawska Drukarnia i Litografja
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XX.


Mówiąc nieraz o Chyleckim, pan Kacper wyrażał się „człowiek skończony“. Bo — podług szafarza morzelańskiego — skończony człowiek powinien być do dwudziestego roku życia gładki, do trzydziestego — strojny, do siedmdziesiątego — cnotliwy. „Mniejsza o to, jakim już potem będzie!“
Otóż, felczer w wieku swoim odpowiadał już dwóm pierwszym warunkom człowieka skończonego, a zanosiło się widocznie, że — o ile będzie żył do lat siedmdziesięciu — wypełni i inne warunki.
Chylecki był powabny i strojny tak dalece, że córki okolicznej szlachty zagonowej, ilekroć zabawiały się między sobą w sławne „Budzę cię!“ „W kolorze?“ Zawsze felczera miały na myśli. Korzystał z tego uroku, wywieranego na płeć piękną, czego były liczne i żywe dowody. Medycynę uprawiał jako fach, dający mu sposób do życia; myśliwstwo dodawało mu uroku rycerskiego; ale rzeczywistym jego zawodem, w który on duszę swoją wkładał, była miłość — jak się mówi w Morzelanach — romansowanie. Romansowanie i medycyna stanowiły to, co się zowie duchem i materyą, napełniały doktora treścią i formą. Szczęśliwym jest ten dopiero, komu się nie powodzi w rzeczach małych, przeto felczer w myśliwstwie nie miał szczęścia. Icie, handlarz skórek zajęczych, ilekroć przechodził przez Morzelany, zawsze wstępował do Chyleckiego, a nigdy nie mógł kupić skórki. „Ny, on tyle ludzi nazabijał, a zająca nie może“.
Właśnie przyjechała po doktora podwoda z Gwiazdkowa, dwie mile od Morzelan. Mniejsza o to, kto i na co chory; trzy ruble za wizytę — rzecz główna. Chylecki przejrzał się w zwierciadle, uporządkował białe wąsiki, zabrał skrzynkę z bańkami, dubeltówkę i świsnął na Trezora, który w takich razach wyczekiwał — dopóki nie usłyszy turkotu kół. Doktora znano wszędzie naokoło i dziewczęta znacząco uśmiechały się z okien do przejeżdżającego: miał bardzo szerokie pole praktyki. Niejedna marzyła o tem, żeby chorować, być przedmiotem wszechstronnie opukiwanym i oglądanym. Jednakże dziś felczera zupełnie zajmowała Marynia, która będąc zdrową, dwa razy chorowała. Siostry jej miały także ochotę chorować, ale im nie pozwoliła przez zazdrość. Chylecki, owinięty w burkę z szafirowemi wyłogami, marzył o ślicznie zadartym nosku Maryni Teterzanki. „Ma coś osobliwego w tym nosku“... Ile razy ją sobie przypomniał, zawsze ów nosek stawał mu przed oczyma. Są kobiety, których wdzięk polega na wyrazie ust, oczu; Marynia miała wdzięk w nosku głównie. „Jest coś takiego, że człowieka ciągnie w dzień i w nocy“. Felczer uśmiechnął się: może myślał o tej przejażdżce sankami, kiedy lepszy śnieg spadnie.
W tem biegnący za wózkiem Trezor zaskowyczał. Obejrzał się Chylecki, wybity z słodkich dumań, że dwa charty wparowały do rowu jego wyżła i nielitościwie go tarmoszą.
W pierwszej chwili chwycił za dubeltówkę, miał zamiar strzelić do napastników; ale zaraz się, zmiarkował, że nabój mógłby dosięgnąć Trezora, przeto zaniechał strzelania i krzyknął na furmana:
— Stój!
— Co to, panie, znaczy, że psy psa pogryzą? — rzekł woźnica, chłop stary, — a tam w Gwiazdkowie organiścina umiera, matka pięciorga dzieci.
— Stój! — powtórzył felczer niecierpliwie i chłop powstrzymał konie.
W tejże chwili ujrzano pędzącego w cwał przez pole jeźdzca, który tak się jakoś dziwnie odsadził od szyi swego wierzchowca, że z nim tworzył jakby literę X.
Był to Węglicki, znany nam już charciarz, „wypłosz“, niby rezydent, niby berajter — „koniuszy“ — jak sam siebie mianował — przy dworze pana na Kapuścinie; właściwie mówiąc, człowiek bez określonego sposobu do życia. Na wsi też zdarzają się tacy. Węglicki znał Chyleckiego, tylko trzymał się trochę zdaleka, jako szlachcic, który lekceważy wszelkie procedery i nie poniża się do pracy na chleb powszedni.
Rzecz dziwna, ci dwaj ludzie byli do siebie nadzwyczajnie podobni z fizyognomii, z usposobień, z upodobań. I Węglicki miłował się w myśliwstwie, a nie miał za szeląg szczęścia, gdy w miłości używał niezmiernego powodzenia. Piękne dusze spotykają się z sobą. Obaj ci ludzie posiadali bujną wyobraźnię, a ich opowiadania odznaczały się niezwykłą barwnością. Do Węglickiego to zastosował szafarz swoje powiedzenie: „Gęba u człowieka ma być prawdziwa, u psa — ułapna, u konia — powolna“. Jeżeli pan Kacper przebaczał Chyleckiemu wadę nieprawdziwej gęby, to przez wdzięczność za receptę walerjany.
Jeździec dopadł, krzyknął na charty: „Sa tu, Sokół! sa tu, Sokółka!“ Świsnął w powietrzu rozpuszczonym harapem i uwolnił od napaści biednego Trezora, który co tchu zaczął sobie wylizywać bolące miejsca na brzuchu.
— Dzień dobry! Czy nie na polowanie? — zapytał Węglicki.
— Żeby to! Do chorej.
— A młoda przynajmniej?
— Organiścina z Gwiazkowa — słyszę — pięcioro dzieci.
— Czegóż ona chce więcej? Powinna umrzeć!
— Tfu! — splunął stary furman.
Węglicki spojrzał na felczera ze zdziwieniem jakby chciał powiedzieć:
— Jak to, wolno temu chłopu w taki sposób spluwać? On nas wyraźnie lekceważy.
Ale Chylecki wiedział, że z chłopów żyje i spytał:
— Jakże panu koniuszemu służy w tym roku szczęście?
— Szczęście — do czego?
— Do zajęcy.
— No, jak zwykle! — odparł koniuszy tonem człowieka zarozumiałego; — moje Sokoły nigdy nie puszczą kota... Myślałem, że mię doktór o inne szczęście pyta.
— Ile też sztuk wzięły Sokoły w tym roku?
— Wiesz pan, że niepamiętam dobrze — okrągłe dwieście, czy dwieście i jednę!
— Fiu, fiu, fiu!
— Doktór sobie zwykle na ptaszki z wyżłem, na słonki-co?
— Mało się ma czasu, ludzie chorują.
— Ale przecie?...
— Pewnie także do dwustu sztuk dociągnęłem.
— Ho, ho, ho!
— Dla mnie polowanie na zające jest za nudne.
— Może doktór myślisz, że Sokoły nie wezmą jelenia, sarny, wilka? Słowo honoru daję, przedwczoraj wyjechałem na kwadransik i uszczuło się dwa wilki — bestye jak byki.
— Pi, pi, pi!... W Morzelanach bo niema wilków.
— Sarenki są, to lepsze!
— Tego towaru wszędzie jest dosyć.
— Ee, jest tam jedna w Malwiczach, kwiatek, cacko! Taka z zadartym noskiem, cu-kiee-rek.
— Wiem, znam! — powiedział skwapliwie Chylecki, a jego głos fizyognomia zdawały się tę myśl wyrażać: — jest to przecież mój rewir!
— Onaby, jak myślę... — Węglicki nie skończył mówić, kiedy furman zaczął się śmiać głośno i stropił koniuszego, który teraz, podparł sobie bok ręką, zajechał chłopu od czoła, zapytując surowo:
— Czego się ty śmiejesz, durniu?
— Jak się nie śmiać, kiedy panowie tacy myśliwi i psy mają przy sobie i wszystko, a tu zając spokojniuteńko przeszedł przez drogę i usiadł pod górką.
— Gdzie? Co znowu? — pytał Węglicki, spoglądając w około.
— Niedaleko stąd przycupnął, o jakie trzysta kroków... Widzi pan ten wielki kamień? No, to na prawo, o dwadzieścia kroków, kot przywarował! Tylko trzeba zajechać z za górki i od lasu. Ja też stary myśliwy.
Koniuszy smoknął na charty, zaczął objeżdżać górkę. Tymczasem furman zlazł z wózka, wziął oburącz Trezora, ułożył go Chyleckiemu w nogach i rzekł:
— Niech pan stanie teraz tam za wierzbą? Strzał pewny, bo zając tędy zawróci, a ja tu wyżła przytrzymam, żeby nie płoszył.
Felczer zrobił, co woźnica zalecił.
Po niejakim czasie szarak pomknął, kiedy Węglicki z psami był jeszcze za górką. Można było dobrze widzieć, że bezuchy zając idzie prościuteńko na Chyleckiego. Wypadł i koniuszy z za górki, spostrzegł, poszczuł.
Sokoły wyciągnęły się jak strzały, dopadają; kot rwie i jest już o trzydzieści kroków od wierzby, za którą stoi przyczajony felczer. „Ta-rach! Ta-rach!“
W odpowiedzi na dwa strzały odezwały się skowyty dwóch psów. Sokół powłóczył tył ciała po ziemi, rzucał się przedniemi łapami rozpaczliwie na prawo i na lewo, a skomlił w niebogłosy. Sokółka znowu wzięła ogon pod siebie i z przeraźliwym skowytem na trzech nogach zmykała w kierunku Kapuścina. Do zamętu przyczyniło się i to nie mało, że na odgłos strzałów i straszliwy psi skowyt Trezor wyrwał się z rąk furmana, dopadł do wijącego się w męczarniach konania Sokola i zatopił w nim mściwe zębce.
Węglicki z rozpuszczonym harapnikiem w pełnym pędzie wpadł koniem na Trezora i zaczął psa nielitościwie kropić, biorąc go ciągle pod kopyta wierzchowca.
Szarak, naturalnie, tylko się migał gdzieś w oddaleniu.
Chylecki, główny sprawca zaburzenia, stał za wierzbą jak ścięty i nie miał nawet tyle odwagi, ażeby słówko pisnąć w obronie srodze poniewieranego Trezora. I nic dziwnego: koniuszy był wściekły, siedział na koniu, miał długi harap, mógł w szale rzucić się na mordercę Sokołów.
Furman, który urządził całe to widowisko, zamiast współczuć z cierpiącymi, to tu, to tam rzucał oczyma i zanosił się od śmiechu.
— To ci myśliwi! Jeden drugiemu szkody w psach narobił.
Sokół wydawał coraz cichsze jęki i nareszcie uspokoił się na wieki. Trezor do góry brzuchem przewalony w bróździe nie miał siły dźwignąć się na nogi i także rozstawał się z tym światem.
Węglicki, zziajany, rozpłomieniony, na spienionym i prychającym wierzchowcu, obrzucił okiem pobojowisko, zasłane trupami dwóch psów, dał łydkę koniowi i poskoczył w kierunku wierzby, zasłaniającej felczera. Chylecki przewidywał, co ostatecznie nastąpić powinno, szybko nałożył naboje w obie rury, odwiódł kurki i z miną człowieka na wszystko przygotowanego, jak przystoi chirurgowi, wyszedł z za wierzby. Sam się przyznał szafarzowi, że miał zamiar zastrzelić wierzchowca, gdyby koniuszy śmiał podnieść nań rękę z harapem.
Zmiarkował widać Węglicki, na co się zanosi, osadził konia w miejscu i w oburzeniu wyrzucił tylko z siebie potok słów, lżących zarówno osobę jak zawód felczera: „Ty konowale lewatywami strzelaj! Brody gól, zęby rwij, szarą maść chłopom wcieraj, a nie chodź na polowanie!“ Niektórych obelg nie możemy tu powtórzyć.
Teraz koniuszy skierował wierzchowca na drogę, jechał kłusem i, mijając wózek, zwrócił się jeszcze do furmana z temi słowy: „Słowo honoru daję, przeszło tysiąc rubli szkody zrobił mi ten golibroda!
Felczer obejrzał Trezora, widział, że pies już prawie skonał i poszedł do wózka, upewniając furmana, że swego wyżła „nie oddałby był za dwieście rubli“.
Chłop chciał widać Chyleckiego pocieszyć i dowodził, że nieraz myśliwemu strzał się nie udał.
— Ja tam nie wyrzekam, strzał mi się udał! — rzekł felczer z bezczelnym uśmiechem; — A cóż ja miałem do marnego zajęczyny strzelać? Czy to nie lepiej zgładzić dwa psy takiego wypłosza, który zającom na Morzelanach spokoju nie daje? Zasługa, honor!
Furman chytrze się uśmiechnął i tak zerknął na Chyleckiego, jakby chciał powiedzieć: „Taki to z ciebie mydłek!“ I rzekł:
— Ha, jeżeli panisko do psów strzelał, to strzał był akuratny!
W Gwiazdkowie śmierć, nie mogąc się doczekać felczera, zabrała bez niego organiścinę. Czy Chylecki, mimo to, dostał na rękę trzy ruble, nie wiemy. Ale, kiedy wrócił do Morzelan, wyglądał jak wódz, który wygrał walną bitwę.
Lotem błyskawicy rozeszła się tu wieść o krwawej porażce Sokołów Węglickiego i każdy, komu leżał na sercu spokój zwierzyny, uważał sobie za przyjemny obowiązek uścisnąć bohaterską prawicę felczera. Pan rządca, człowiek posępnej twarzy nerwowo tak rozdrażniony, że na uspokojenie pijał brom jak wodę, rozjaśnił dziś oblicze i w biurze swojem wyznaczył Chyleckiemu godzinę na posłuchanie nadzwyczajne. Doktór każdemu musiał opowiadać swoje zajście z koniuszym, a że je opowiadał coraz inaczej, przeto ci, którzy to znowu powtarzali, narażali się na ciężkie zarzuty rozsiewania niezdrowych ziarn fałszu.
— Ja to słyszałem z ust samego doktora! — wołał stelmach.
— I ja sobie też z palca nie wyssałem! — odpowiadał ogrodnik.
Skończyło się na wybuchu obelg i długotrwałej wzajemnej nienawiści. Przytem nie zapomniano Trezorowi, że zginął dla dobrej sprawy.

Adolf Dygasiński - Zając str 110.jpg





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.