Z puszczy Białowieskiej (Dyakowski)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bohdan Dyakowski
Tytuł Z puszczy Białowieskiej
Wydawca Redakcya „Przyjaciela dzieci“
Data wydania 1908
Drukarz Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.
Pierwsza przechadzka po puszczy.
(Gonność drzew i ich gatunki. — Mierzenie i fotografowanie drzew. — Ulewa. — Spotkanie ze strażnikiem).

Po obiedzie wyruszono na wycieczkę. A że nie miano zamiaru zapuszczać się zbyt daleko a chciano zakosztować odrazu smaku samodzielnej wycieczki, udano się więc w drogę bez przewodnika. Pakunki i peleryny pozostawiono we wsi, żeby mieć zupełną swobodę ruchów. Było wprawdzie dość gorąco, ale pogoda wydawała się zupełnie pewną. Chłopcy wzięli ze sobą jedynie nieco prowiantów oraz teczki i puszki na zbiory. Tylko Józio zdecydował się dźwigać pelerynę, z obawy, aby mu nie zamókł aparat fotograficzny wrazie deszczu.
Wyszedłszy ze wsi dość szerokim gościńcem, gromadka nasza bardzo prędko skręciła w bok leśną ścieżką, żeby odrazu wejść w gąszcz i zobaczyć prawdziwą puszczę, nie pofałszowaną przez człowieka, jak mówił Janek, gościńcami, drogami i porębami.
Póki chłopcy szli borem, droga nie przedstawiała wielkich trudności. Ale wkrótce natrafili na las liściasty i tu już trzeba było nieraz wyszukiwać umyślnie drogi, żeby wyminąć gęsto splątane krzewy.
Julek, zawodowy przyrodnik, starał się nie uronić swej sławy i co chwila udzielał objaśnień historykowi i fotografowi.
— To jesion, — mówił poważnie, wskazując na wysmukłe drzewo o gładkiej korze i pierzastych jasno-zielonych liściach. Ależ wysokie i proste!
— Jesion, to może i sami poznamy, — przerwał mu Józio; — lepiej powiedz nam, co to jest takiego?
I wskazał ręką wysokie, nadzwyczaj gęste drzewa, o szarawej, dość popękanej korze i prostym pniu, dźwigającym nie wielką koronę gałęzi z liśćmi, gdzieś tak wysoko, że jej prawie nie sposób było dojrzeć.
Julek nawet nie próbował odgadnąć:
— Jakże chcesz, bym ci powiedział, kiedy ani jednego listeczka nie mogę zobaczyć.
— A widzisz, żeś nie dorósł botaniką do wysokości drzew w puszczy.
Julek kapitulował:
— Po korze to, ja nie umiem poznawać.
Janek pośpieszył mu z pomocą:
— To jest lipa: jeśli komu nie wystarcza kora, to ma tu na ziemi orzeszki z charakterystycznym żagielkiem na szypułce. No, i jest tu parę młodziutkich lipeczek, rosnących skromnie u stóp starej; kto wie jednak, czy uda im się wybić, czy raczej nie zginą tutaj zagłuszone. Tę lipę jednak istotnie trudno poznać, tak zupełnie odmienną jest od naszych: zapatrzyła się na gonne sosny puszczańskie i poszła w ich ślady. Gdzież jej okazałe szerokie konary, jakieśmy przywykli widzieć w mniejszych lasach i ogrodach? I jej widocznie zachciało się, „z niebem pogadać“, naśladować smukłe sosny masztowe.
Wszędzie tu gonność drzew rzucała się w oczy: brzosty czy wiązy, graby, osiny, klony, brzozy, olchy, wszystko to odznaczało się tą samą wysmukłością i koronami w górze, z tą tylko różnicą, że nie wszystkie dorastały do jednakowej wysokości. Nawet majestatyczne królewskie dęby, zamiast rozrastać się mocarnie wszerz, brały udział w tych wyścigach mniejszej braci leśnej i również rosły przedewszystkiem w górę, niebotyczne, proste, zapomniawszy zupełnie o rosochach i pokręconych gałęziach, po których zwykle można je poznać z daleka.
— Czysty kłopot z temi puszczańskiemi drzewami, — woła Julek, — wyglądają zupełnie inaczej, niż u nas.
— Ładnie tu, bo ładnie, — dodaje Kazio, — ale gdzie są te wielkie zwały próchniejących starych drzew? gdzie te stare olbrzymy, o których można by powiedzieć, że są na prawdę „rówieśnikami litewskich kniaziów“? Przecie te drzewa nie są chyba tak bardzo stare? — dodał, zwracając się do Janka.
— Tak, to jeszcze nie są wcale bardzo stare. Zresztą te stare drzewa przerąbano już porządnie, a nowe przecie nie postarzają się tak na poczekaniu. Na to trzeba długo czekać! Mam jednak nadzieję, że uda się nam zobaczyć i tych patryarchów leśnych. Przecie dopiero cośmy się przywitali z puszczą: trudno wymagać, aby wszystkie swe skarby pokazała nam odrazu.
Po drodze Janek zbierał i wkładał do teczki różne rośliny. Julek, pochłonięty drzewami, nie zwracał uwagi na zioła, ale ciągle robił uwagi o lesie.
— O, już się kończyły drzewa liściaste, i znów zaczynają się iglaste; ale to nie sosny, lecz świerki. Takie same jednak jak wszystko, bez gałęzi dołem, choć przecie świerk ma je zwykle aż do samej prawie ziemi.
— Tak, ale świerk parkowy, lub rosnący na osobności, gdzie nic nie krępuje go z boku, nic nie przeszkadza mu rozrastać się na wszystkie strony. Tutaj w walce z współbraćmi i innymi sąsiadami, traci on również dolne gałęzie, zachowując je dopiero na pewnej wysokości, nie w taki sposób, że pozostaje mu jednak piramidalny charakter korony — tak dla niego charakterystyczny. Wygląda też bardziej ponuro od sosny. Uważajcie tylko, że tu jest znacznie ciemniej, niż w sosnowej części boru. Ładne to drzewo, ale sosna weselsza od niego. Sieroszewski powiada o nim, że ma kształt dzwonniczy, a charakter mistyczny i porównywa go z zakonnikiem, ubranym w ciemny habit, który spuszcza mu się aż do samych stóp i dodaje mu powagi. Kiedy wiatr wieje, on nie śpiewa, nie jęczy, ale szepcze modlitwy i gderze.
— A jodły tu niema? — pytał Kazio, — to takie ładne drzewa, ładniejsze od świerka!
— Jodła wogóle nie rośnie na Litwie, ani na Białej Rusi. A jeśli mówią tam często o jodłach i jodełkach, to mają zawsze na myśli świerk, przezywając go jodłą z rosyjska, od rosyjskiej nazwy „jel“, „jołka“. Jednakże tu, w puszczy Białowieskiej, rośnie i prawdziwa jodła, w ilości kilkuset okazów na nieprzystępnej kępie, w uroczysku, zwanem „Cisówką“ albo „Cisanką“. Lud nazywa ją „białym cisem“ dla białej kory i układu igieł, jak u cisu; i stąd zapewne poszła nazwa tego uroczyska. Postaramy się być i tam.
Las urwał się nagle, i podróżni z ciemnej gęstwiny świerków wyszli raptem na niedużą, ale bardzo ładną polankę.
— Ależ to olbrzym, — zawołał Kazio, wskazując na skraju lasu, prześliczny, wysoki świerk z gałęziami prawie od samej ziemi, — ten to ma dopiero habit do samych stóp. Ciekawy też jestem, ile wynosi jego wysokość?
— Nic łatwiejszego, jak zmierzyć. A zrobić to warto, świerk bowiem należy do najwyższych drzew w puszczy.
— Przecież nie wleziemy na niego ze sznurkiem, — zauważył Józio, a dwaj inni chłopcy pokręcili tylko bezradnie głowami.
Janek się roześmiał.
— I uczyło się to jeometryi i zna trójkąty podobne, a drzewa zmierzyć nie może, bez włażenia na wierzchołek. A każdy chłop to potrafi zrobić!
I tu Janek wyłożył chłopcom zasadę mierzenia wysokości drzew, przy której mierzący kładzie się w pewnej odległości od drzewa na ziemi, wbijając sobie przy nogach kij w taki sposób, aby wierzchołek drzewa, koniec kija i oko patrzącego leżały na jednej prostej. Tworzą się wówczas dwa podobne trójkąty, z których można wyliczyć wysokość drzewa ze wzrostu mierzącego, odległości jego od podnóża drzewa i długości kija.
Julek położył się na ziemi i starał się przez kij zobaczyć wierzchołek świerka. Nasuwał się wprawdzie dość po trawie, zanim znalazł właściwą pozycyę, ale ostatecznie zmierzono drzewo, chociaż naturalnie tylko w przybliżeniu. Wysokość świerka wypadła okrągło 36 metrów.
— Dobry wzrost! — rzekł Janek.
Chłopcom zachciało się zrobić jeszcze jeden pomiar. Dopatrzyli w innym kącie polanki wysoki dąb; powstał zaraz spór, które z dwu drzew jest wyższe, omal, omal, że nie porobiono zakładów. Szczególnie Julek obstawał zażarcie przy świerku, który od chwili zmierzenia uważał, jakby za swoją własność.
Tym razem pomiaru dokonał Kazio, Józio zaś miał obfotografować oba drzewa.
Dąb jednakże nie dorównał świerkowi; miał on zaledwie koło 24 metrów, co jest niby wzrostem niezgorszym, ale zawsze co 24, to nie 36, jak mówił z dumą Julek.
Ale Kazio stanął w obronie „swojego“ drzewa.
— A które zato grubsze?
Tu właściwie nie można było się nawet opierać: świerk był zupełnym chudziną przy krępym, grubym dębie. Objęto jednak dąb we czterech i ręce skrajnych chłopców ledwie się zeszły.
— Ma, napewno, dobrych 6 metrów obwodu!
Świerka zato nie sposób było zmierzyć: tak powysuwał daleko swe kościaste łapy na wszystkie strony, że nie tylko nie sposób było marzyć o dosięgnięciu w jakikolwiek sposób jego pnia, ale go nawet zobaczyć było trudno.
— Wstydzi się, że taki chudy, jak patyk! — drwił Kazio.
— Ale zato przez wszystkich może z niebem rozmawiać.
Tymczasem Józio zaczął ustawiać aparat. Julek i Kazio usiedli każdy pod „swojem“ drzewem dla porównania, jak mizernie i drobno wygląda człowiek wobec olbrzymich drzew puszczy.
— Lilipuciki! — żartował Janek.
— Ale kto wie za to, czy na nasze marne lilipucie głowy nie kładzie się w tej chwili cień, który

Spadał niegdyś na koronne głowy
Groźnego Witenesa, Wielkiego Mindowy
I Gedymina. . . . . .
. . . . . . . .

— Brak Wam tylko niedźwiedziej skóry i ogniska myśliwskiego, przy którem moglibyście się posilać żubrzemi pieczeniami i słuchać pieśni mądrego Lizdejki.
Klap! stuknął aparat Józia, robiącego w tej właśnie chwili zdjęcie drugiego drzewa. Poczem sam fotograf dodał:
— Po ciężkiej pracy pomiarów i fotografowania wnoszę projekt odpoczynku: zamiast niedźwiedziej skóry mamy świeżą puszczańską trawę — albo moją pelerynę, kto nie chce samej trawy; zamiast żubrzej pieczeni, — wczorajsze warszawskie kotlety i chleb, — zabierajmy się więc do obiadu!
Projektowi przyklaśnięto jednogłośnie, spożyto prawie w jednej chwili szczupłe zapasy i po krótkim wypoczynku zagłębiono się znów w las z drugiej strony polanki.
Uszedłszy kilkaset kroków, chłopcy stanęli zdumieni: oczom ich przedstawiło się znów miejsce, oczyszczone z drzew, ale najwidoczniej w sposób gwałtowny, wyglądało ono, jakby pobojowisko: tyle tam drzew leżało poprzewracanych. Na samym przodzie, u stóp kilku wyniosłych świerków, leżał stary, tęgi dąb, wyrwany z korzeniami. Szeroka podstawa jego z rozchodzącymi się korzeniami i z zaplątaną ziemią w ich rozgałęzieniach, wyglądała, jak wielka czarna ściana, kryjąca poza sobą jakąś tajemnicę.
Józio wdrapał się na plecy Julka, ale i w ten sposób nie mógł dostać do wierzchu tej ściany. Dopiero wspiąwszy się na ramiona Janka, z ledwością sięgnął palcami górnego jej brzegu, ale nawet i wtedy nie mógł zajrzeć po za nią. Kazio tymczasem obszedł ją i wdrapawszy się na powalony pień, usiadł na nim i zaczął deklamoweć Pana Tadeusza:

Na dolę jak ruiny miast: tu wywrót dęba
Wysterka z ziemi, nakształt ogromnego zręba;
Na nim oparte, jak ścian i kolumn obławy,
Tam gałęziste kłody, tu wpółzgniłe trawy,
Ogrodzone parkanem traw. W środek tarasu
Zajrzeć straszno, tam siedzą gospodarze lasu,
Dziki, niedźwiedzie, wilki; u wrót leżą kości
Napół zgryzione jakichś nieostrożnych gości.

— Oto są, — wołał Julek, podnosząc tryumfalnie z ziemi jakąś kość, — taki sam los czeka i nas, jeżeli ośmielimy się przejść te zwały i kłody i wstąpić w krainę, przed którą ostrzega Mickiewicz.

Za temi jeziorkami już nie tylko krokiem,
Ale daremnie nawet zapuszczać się okiem,
Bo tam już wszystko mglistym zakryte obłokiem,
Co się wiecznie ze trzęskich oparzelisk wznosi.

— A jednak musimy tam pójść, — odrzekł Kazio, bo

za tą mgłę nakoniec (jak wieść geniusza głosi)
Ciągnie się bardzo piękna, żyzna okolica
Główna królestwa zwierząt i roślin stolica.

I stanąwszy na wywalonym pniu, Kazio zaczął podążać w stronę Julka, deklamując patetycznie „Pana Tadeusza“, gdy nagle stracił równowagę i runął w dół między gałęzie. Nic mu się wprawdzie nie stało, ale jeden bok teczki zielnikowej uległ dość znacznemu przełamaniu, czapka znikła gdzieś zupełnie między gałęźmi, a włosy Kazia przyozdobiły się suchymi liśćmi.
— Nadwornego poetę puszcz uczciła wieńcem dębowym.
— I naznaczyła go kresą przez czoło.
— A co najważniejsza zabrała mu czapkę.
Czapkę jednakże wyciągnięto z pod gałęzi, kresa mogła być uważana za niezbity ślad pobytu w puszczy, a teka... była jeszcze bez roślin. Nie rozpaczano więc zbytnio nad tym wypadkiem i ruszono w dalszą drogę.
Hej! ostrożnie, — krzyknął nagle Julek, który w zapale podróżniczym, wysunął się o kilkadziesiąt kroków naprzód: — bagno jakieś!
Istotnie, nogi zaczęły zapadać w błoto, woda tryska z pod nich, a naokoło widać było same prawie olchy. Trzeba było obchodzić, szukać suchszych dróg. Za chwilę las się przerzedził, po lewej ręce ukazała się, jakby smuga wody, a za nią zarośla w trzciny.
— Jakaś rzeczka puszczańska, — rzekł Janek, — o nizkich, podmokłych brzegach, jak to zwykle bywa. Wszystkie prawie rzeki w puszczy mają ogromnie mały spadek, płyną nadzwyczaj wolno, prawie niedostrzegalnie, tworząc po brzegach błota i rozlewy, oraz wyspy, porosłe trzciną tatarakiem, liściastemi zaroślami, często nawet i drzewami.
Mowę Janka przerwał przeciągły grzmot. Zajęci przedzieraniem się przez gąszcza, a później przez bagno, podróżni nie zauważyli, jak niebo zaciągnęło się chmurami i zbliżyła się bardzo szybko burza. Wicher wstrząsał wierzchołkami drzew i spędzał coraz to czarniejsze chmury. Błysk rozdarł nagle obłoki, huknęło jeszcze raz i prawie w jednej chwili puścił się ulewny deszcz.
Ruszono śpiesznie z powrotem do lasu. Zanim jednak chłopcy zdążyli ukryć się w większym gąszczu, deszcz zlał ich, jak z cebra. Jeden tylko Józio, który z przezorności wziął ze sobą pelerynę, był jako tako zabezpieczony. Ukrył on pod nią zielnik Janka, ale za to teka Julka, niesiona bez żadnej osłony, wyglądała bardzo smutno. Ukryci w gąszczu chłopcy, wsłuchiwali się w dudnienie kropli po liściach. Od czasu do czasu przeleciała błyskawica po niebie i grzmot donośnem echem rozchodził się w puszczy. Ale odgłosy stawały się coraz cichsze, nawałnica słabła, oddała się.
Skoro tylko deszcz z ulewnego przeszedł w rzadki, kroplisty, chłopcy wypadli z kryjówki i szparkim krokiem ruszyli na poszukiwanie jakiej ludzkiej siedziby. Z wyjątkiem Józia, wszyscy byli przemokli na nitki. Z butów tryskała woda za każdym krokiem, a ubrania leżały na nich, jak ulane.
— To nas puszcza ochrzciła!

— W dodatku nie mamy pojęcia, jak daleko stąd do wsi i jak długo jeszcze wypadnie nam błądzić po lesie, zanim będziemy mogli się osuszyć? Ale w tem

Leśniczówka w puszczy Białowieskiej.
sztuka: dać sobie radę w każdem położeniu! No, kto pierwszy odnajdzie drogę do ludzi?

Tym pierwszym okazał się Józio. Wprawdzie cała jego zasługa polegała na tem, iż pierwszy usłyszał szczekanie psa w pobliżu, ale czemuż inni nie uprzedzili go w obwieszczeniu tej radosnej wieści?
Po chwili zatrzymano się przed domkiem strażnika leśnego, który przyjął podróżnych bardzo uprzejmie, a na osuszenie się wymyślił bardzo prosty sposób: polecił wszystkim rozebrać się do naga i wleźć w siano, złożone w szopie. Ubranie zaś i obuwie porozwieszał tymczasem na płocie, na słońcu: później to się je dosuszy do reszty przy ogniu.
Józio, którego ubranie znacznie mniej ucierpiało od deszczu, dzięki pelerynie, usiadł na przyżbie na słońcu i wygrzewał się na niem, w pobliżu suszących się strojów.
Wtem z lasu wysunęła się jakaś ludzka postać i podążała ku chacie. W miarę zbliżaniu się nie trudno było poznać, iż jest to ktoś wojskowy, z szablą i rewolwerem. Józio rozpoznał w nim strażnika policyjnego.
— Oho! pewnie będzie się czepiał o paszport!
Strażnik, zbliżywszy się, z podziwem spojrzał na chłopca w uczniowskiem ubraniu, i zaraz wdał się z nim w rozmowę, skąd się tu wziął i co porabia w puszczy.
— Tak, tak, teraz to strasznie weszły w modę wycieczki młodych ludzi do puszczy. Może to i dobre, ale dla nas tylko kłopot: zaraz trzeba ich śledzić. Mało to bandytów i rewolucyonistów wśród młodych paniczów, choć niby porządnie wyglądają?... Kto ich tam odgadnie? A gdzież towarzysze pana i kierownik wycieczki? Chciałbym go zobaczyć. Może by on tu wyszedł z chaty?
— O, jego zobaczyć nie można? I on tu przyjść nie może?
— A gdzież on jest? — pytał przerażony strażnik. — może uciekł?
— Nie. On się schował w stodole?
— W stodole? zasadzka? a dużo tam ich jest?
— Trzech.
Strażnik trzepnął się po szabli, pomacał rewolwer:
— Niech-no pan ich tu poprosi; bo ja raport napiszę, a do stodoły nie pójdę.
— Kiedy oni nie mogą przyjść.
— Może ranieni? Hej, gospodarz!
— Oni tylko ubrań nie mają, bo zmokli na deszczu i ubrania się suszą na płocie, więc siedzą w słomie: przecież bez ubrania nie mogą wyjść tutaj.
Wtem wyszedł z chaty gospodarz, i obaj ze strażnikiem poszli do stodoły, gdzie oczom ich przedstawiły się tylko trzy głowy, jakby odcięte i zanurzone w sianie.
— A prawda, że w sianie ciepło i miło.
— Miło, to miło, trochę tylko kłuje. A tu jeszcze pan strażnik chce nas wyciągnąć!
Ale że paszporty były w porządku, dał więc strażnik spokój podróżnym i odszedł, mrucząc tylko:
— Toż ochota włóczyć się po puszczy i moknąć. A wszystko, aby policya miała więcej roboty.
Spędziwszy parę godzin u strażnika leśnego na osuszeniu się i rozpytawszy się dobrze o najbliższą drogę do Białowieży, wędrowcy nasi opuścili jego dom i o samym zmierzchu stanęli znów we wsi, zmęczeni, ale zadowoleni z tej pierwszej znajomości z puszczą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bohdan Dyakowski.