Z puszczy Białowieskiej (Dyakowski)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bohdan Dyakowski
Tytuł Z puszczy Białowieskiej
Wydawca Redakcya „Przyjaciela dzieci“
Data wydania 1908
Drukarz Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
VI.
Wycieczka do Zamczyska i Starej Białowieży.
(Stogi na palach. — Opowiadanie o żubrach. — Spotkanie Janka z żubrem. — Zamczysko i jego dzieje. — Rzadki storczyk. — Stara Białowieża. — Wspomnienie o Dembińskim).

Na drugi dzień wytoczono znów w drogę, ale już z przewodnikiem i ze ściśle określonym celem wycieczki. Miano zwiedzić dwa uroczyska zwane Starą Białowieżą i Zamczyskiem. Droga prowadziła na północny zachód, na lewy brzeg Narewki.
— Najpierw będziemy szli ludną okolicą, bo w tej stronie jest kilka wsi, a później za rzeczką Lutownię zapuścimy się w puszczę, - objaśnił przewodnik.
Gromadka nasza unikała jednak, o ile możności, gościńca, zbaczając z niego ciągle, ilekroć nie przedłużało to zbytnio drogi. W gąszczu leśnym wśród traw i krzewów było weselej, z zresztą i zobaczyć można było więcej i zebrać nie jeden ciekawy okaz. Tym razem i Julek botanizował zawzięcie, ns wyścigi z Jankiem i podług jego wskazówek. Wysuszona i jako tako podłatana teczka grubiała z każdą chwilą.
Wkrótce las się urwał i podróżni wyszli na obszerną łąkę. Pierwsza rzecz, jaką się im rzuciła w oczy był stóg siana, umieszczony na palach.
— To ci śmieszny stóg, — zawołał Józio, — stoi, jakby na nogach! Nigdy nie widziałem nic podobnego.
— Boście z suchszych krajów, paniczu, — objaśniał przewodnik, — u nas tu bagien dość i musimy tak układać siano, żeby nam nie zamokło. Często to je chowamy nawet do takich szop, jak tu, którą tam dalej widzicie.
Chłopcy podbiegli ku budynkowi, który zdaleka wzięli za chatkę i sprawdzili, iż jest to istotnie szopa bez okien na skład siana.
— W takich szopach to nawet bezpieczniej, bo żubry nie ruszą.
— Alboż żubry przychodzą na wasze łąki i ruszają wasze siano?
— Tutaj to nie, bo ich tutaj niema, ale tam dalej, to nieraz przychodzą, rozrzucają stogi i zjadają siano, choć mają i swoje własne, umyślnie dla nich gromadzone.
— Przecież go można odpędzić.
— Nie zawsze człowiek dopatrzy w porę, a przytem czy to taki zwierz boi się ludzi? Wyjdą na niego chłopi gromadą z drągami i krzykiem, a on tylko stoi, ogonem wywija, językiem się oblizuje, a potem jak nastawi rogi i rzuci się na ludzi, to wszyscy od razu w nogi, a on spokojnie wraca do siana.
— Tacyście odważni!
— Spróbowałby pan! Taki żuber to i wołu weźmie na rogi i przerzuci przez siebie, a nawet brzuch mu popruje, a cóż dopiero człowieka! Był tu niegdyś, powiadają starzy, żuber, co wychodził na drogę, jak kto wiózł siano, wozem czy saniami, i nie ustąpił drogi, aż dopóki mu było nie rzucić wiązki siana. Taki jak się zawziął na którą łąkę, to bieda była! Powiadają, że jak zdechł, to ludzie na mszę dali.
— A nikt tam nie pomoże takiemu żubrowi? Od czegoż są strzelby, gdy wam już za bardzo dokuczy? Czy tego nie próbujecie?
— Kto by się ośmielił to zrobić, kiedy za zabicie żubra położono 700 rubli kary i 10 lat tiurmy. Jak na kryminał i to duży.
— Ja bo słyszałem, — odezwał się Janek, że taki dokuczliwy żubr, to nie zawsze ginie naturalną śmiercią, że mu tam czasem ludzie pomogą w ciemną, burzliwą noc, kiedy wicher głuszy odgłos strzelby w jakimś dalszym ostępie. I nie prędko potem znajdą go strażnicy. Tak przynajmniej opowiadał pan Gloger, który zwiedzał puszczę przed kilkunastu laty.
— Ja tam o tem, nic nie wiem, — odrzekł niechętnie przewodnik, bo żubrów mało widuję. Może tam się i znajdzie śmiałek, co zechce zaczepić, ale to nie bardzo bezpiecznie w pojedynkę nastawać na niego.
— Ten sam pan Gloger, — mówił Janek, — zapisał opowiadanie strzelca, który razu pewnego spotkał się bez broni ze starym żubrem. Żubr był jakoś gniewny i nastawił się rogami na strzelca. Ten schronił się w sosnę i nie mając innej broni, rzucił nań swą torbę barwną. Ale żubr jeszcze się więcej rozgniewał. Wówczas strzelec padł, jak długi na ziemię, wiedząc, że żubr ma za krótkie rogi, aby je podsadzić pod leżącego człowieka. I uratował się w ten sposób, tylko brodacz pomacał go rogami po łopatkach i popruł mu burkę.
— Ale nie wszystkie żubry są takie złe! — odezwał się przewodnik, — jak ich nie ruszać, to i one nie zaczepiają ludzi.
— A jakie trawy żubry najchętniej jedzą? — pytał Julek, — wiesz co, Janku? wartoby było takie żubrze trawy zebrać do zielnika.
Ale przewodnik nie bardzo znał się na botanice i nie umiał odpowiedzieć na to zapytanie.
Za to Janek był na nie najzupełniej przygotowany: miał on wynotowane nazwy ulubionych „żubrzych“ roślin i obiecał pokazać je Julkowi:
— Lubią one szczególnie pewną trawę, zwaną od nich „żubrówką“, a po łacinie „Hierochloa australis". Ma ona bardzo miły zapach, który zachowuje długo po wysuszeniu i dla tego zapachu lud puszczański robi z niej przymieszkę do tabaki. Następnie gatunek jaskra, zwany żerużą (Ranunculus repens) i chrabust (Cirsium oleraceum), należący do cestów. Postaramy się wyszukać tych wszystkich roślin. Zresztą jedzą żubry większość innych ziół, a są także wielkimi amatorami młodej kory z drzew i krzewów. Mają jeszcze podobno lubić jemiołę. Tak przynajmniej opowiadał przed kilkunastu laty botanikom naszym, Błońskiemu i Drymmerowi, pewien stróż, który po wojnie rosyjsko-tureckiej odwoził parę żubrów, przeznaczonych na podarunek dla sułtana tureckiego. Zwierzęta, zmęczone długą jazdę koleją, a później statkiem z Odesy do Konstantynopola, straciły zupełnie apetyt i nie chciały wcale jeść najsmaczniejszego siana z najlepszych łąk białowieskich, które umyślnie dla nich zabrano. Ale gdy im dano jemiołę, to podobno zjadły ją z apetytem.
— A inne zwierzęta nie robią wam szkód? — pytał tymczasem Kazio przewodnika.
— Dziki, gdy przyjdą na pole. Ale te w szkodzie wolno zabijać. Za to jelenie i sarny można tylko hałasem odpędzić. One jednak mniej szkodzą.
Posuwając się naprzód, podróżni nasi minęli z drugiej strony Narewki niedużą wieś Budy Pogorzelce, mającą zaledwie dwadzieścia kilka domów mieszkalnych i zamieszkaną przez hardych Mazurów budników. Jeszcze dalej przeprawili się po niezbyt pewnej i mocno trzęsącej się kładce przez rzeczkę Łutownię, będącą dopływem Narewki. Następnie zapuścili się w las o wyglądzie bardziej gęstym i dzikszym.
— Józiu! na miłość boską, zanim zginiemy w tym ostępie, stratowani przez żubrów lub utoniemy w bezdennych błotach puszczańskich, odfotografuj nas na tej kładce, której samo przejście należy do czynów bohaterskich! — wołał Julek.
Poczem gromadka nasza ustawiła się w części na kładce, w części obok niej i Józio dla pewności zrobił aż dwa zdjęcia; następnie zaś na ogólne żądanie zajął sam miejsce w kładce a Janek odfotografował trzech chłopców z przewodnikiem.
Na odpoczynek zatrzymano się na niedużej polanie — w cieniu rozłożystych drzew. Posilono się skromnymi zapasami, porozmawiano trochę z przewodnikiem o życiu w puszczy i o żubrach. Poczem uchwalono jednogłośnie przespać się trochę dla nabrania sił przed dalszą drogą.
Ale Julek tak był przejęty chęcią powiększenia swych zbiorów botanicznych, że nie chciał spać, lecz postanowił poszukać trawy żubrówki na polance i w najbliższem jej sąsiedztwie.
— Nie odchodź tylko daleko, — upomniał go Janek, — żebyśmy nie potrzebowali szukać cię długo.
Ułożono się do drzemki. Nie trwała ona jednak długo. Smaczny sen został nagle przerwany krzykiem Julka: „żubr! żubr!“
Wszyscy zerwali się na równe nogi i ujrzeli Julka wypadającego z gąszczów na przeciwnej stronie polanki i pędzącego na oślep ku nim. Po drodze leżały dwa ogromne zwalone dęby. Julek skoczył na nie i w tejże samej chwili z krzykiem znikł z przed oczu towarzyszów, zapadając się w spróchniałych pniach.
Ale jednocześnie prawie z gąszczu wybrnął ogromny, brodaty żubr, łamiąc po drodze gałęzie i krzaki. Kilka potężnymi skokami przesadził polankę i znikł znów w gęstwinie.
Tymczasem ze zbutwiałego pnia wyłoniła się rozwichrzona i osypana próchnem głowa Julka, oglądającego się na wszystkie strony z przerażeniem.
— Gdzie żubr? — zapytał drżącym głosem.
— Wyłaź-że już, tchórzu jeden, śmiali się Kazio i Józio: żubra już dawno niema.

— Ale gonił mnie przecie!

Żubry w puszczy Białowieskiej.
— To jeszcze wielkie pytanie! — wtrącił Janek, — wyglądał na nie mniej przerażonego od ciebie. Opowiedz nam jednak, jakeś się z nim spotkał i dlaczego uciekłeś tak gwałtownie?

Pokazało się, że Julek, błąkając się po sąsiednich gąszczach tak się cały przejął szukaniem roślin, że ani się opatrzył, jak podszedł tuż prawie do śpiącego żubra. A gdy obudzony nagle zwierz, podniósł na niego oczy, tak się przeraził tem niespodziewanem spotkaniem, że krzyknął i rzucił się do ucieczki.
— A żubr, zdziwiony odwagą warszawskiego botanika, ruszył za nim, żeby sprawdzić, jak to wyglądają mężni Warszawiacy.
— Szkoda tylko, żeśmy nie byli na to przygotowani i że Józio nie stał z aparatem: byłby uwiecznił twoje męstwo.
— Śmiejcie się, śmiejcie, — odezwał się zirytowany Julek, — napewno zmykalibyście jeszcze lepiej odemnie. Mało to nasłuchaliśmy się dzisiaj opowiadań o złośliwości żubrów i o ich zaczepianiu ludzi.
— A gdzie twoja teka i czapka? — pytał Janek, widząc, że Julek niema tych rzeczy.
Trzeba było ruszyć na poszukiwanie, które zresztą nie trwały długo. Teka znalazła się na ziemi, a kapelusz na krzaku lauwiny. Przy sposobności obejrzano odcisk potężnego cielska żubra na miękkim, wilgotnym mchu.
— Cóż to za zapach taki mocny i nieprzyjemny? — pytał Józio.
— To zapach piżma, który wydzielają z siebie żubry, a którym tu przesiąkł widocznie mech, służący im na posłanie.
Po tej przygodzie odpadła już chętka do snu; ruszono więc dalej do głównego celu dzisiejszej wycieczki, do uroczyska „Starej Białowieży“.
Posuwano się ku północy, mniej więcej równolegle do biegu Narewki, ale nie szeroką utartą drogą, lecz lasem, przez gąszcza, bagienka, zwały drzew, nieraz tak potężnych, że tworzyły rodzaj barykad, i wędrowcy nasi stawali przed niemi niepewni, jak przebrną na drugiej strony takiej barykady. Wdrapać się na nie można było, ale trudno ręczyć, czy się nie zapadnie w spróchniałą głąb drzew, jak się to przytrafiło Julkowi w ucieczce przed żubrem. Zwalczono jednak wszystkie przeszkody: przebrnięto bagna, zwały i zatrzymano się wreszcie w miejscowości, zwanej „zamczyskiem“.
Chłopcy ujrzeli przed sobą wzgórek, porosły staremi wyniosłemi drzewami. Na stokach krzewiły się bujnie paprocie i różne zioła; a od czystej ich zieloności jaskrawo odbijały różnobarwne kwiaty.
— Ładnie tu, — rzekł Kazio, — ale gdzie jest zamczysko? Nie widzę nawet śladów jego.
— Ślady może by się znalazły, gdyby poszukać trochę, — zauważył Janek, — przyjrzyj się uważniej, a dostrzeżesz tu i owdzie stosy kamieni. Chodźmy na wzgórek.
Zaczęto się wspinać. Z pod ziół sterczały istotnie większe i mniejsze kamienie, całe porosłe mchem. Oddawna, widocznie, leżały już tutaj.
— Ostrożnie! ostrożnie! — woła Julek, — tu pod tem zielskiem jest jakiś dół.
— Zapewne piwnice lub fundamenty tego starego zamku, który tu wznosił się niegdyś, — mówił Janek, — i w nim leżą kamienie, również stare i omszone. Hej! hej! miejsce to już dawno zostało opuszczone przez ludzi. Spójrzcie tylko, u środku dołu wznosi się dąb, a jaki wielki i tęgi. Stoi on tu już dobrych parę wieków, a przecież nie wyrósł za czasów istnienia zamku, ale wtedy dopiero kiedy ten już leżał w gruzach.
— I żadnych wzmianek niema o historyi tego zamku i czasach jego istnienia? — pytał Kazio.
— W każdym razie bardzo skąpe. Wznosił się on tu, według wszelkiego prawdopodobieństwa, za Jagiełły. W nim, zapewne, mieszkał ten król wraz z Witoldem, gdy urządzali wielkie łowy w r. 1409 przed wojną z Krzyżakami. Do niego też zjechali obaj bracia ze swemi rodzinami i dworami w r. 1426, gdy straszny mor grasował po kraju, pustosząc wsi i miasta, i zapędzając ludzi w niedostępne zakątki borów, których całemi miesiącami nie śmieli opuścić. Za gęstą, zieloną ich ścianą żyli bezpiecznie i spokojnie, aż dopóki zaraza nie ustała. Inaczej tu było wówczas na tej górze: gwarno, rojno i wesoło. Nie tak pusto, jak dzisiaj.
Ale wzgórek ten pamięta znacznie dawniejsze czasy, tak dawne, że ludzie o nich zapomnieli już od wieków, gdy wspomnienia o zameczku Jagiełły żyją jeszcze dotychczas. Okolice wzgórka tego były zamieszkane w bardzo dawnych, pogańskich czasach. A dowiedziano się o tem przypadkiem przed laty kilkudziesięciu.
O zwaliskach tego zamku, jak o wszystkich prawie zamkach, istniały podania, że w podziemiach ich znajdują się wielkie skarby, których pilnują złe duchy; że nocami skaczą tu błędne ogniki po kamieniach; że tu króluje nie czysta siła i inne tym podobne opowieści. Przesądny mieszkaniec puszczy unikał tych zwalisk nocami, a, jeśli nie mógł ich wyminąć, to żegnał się ze strachem i starał się oddalić, jak najprędzej.
Byli jednak i tacy, którzy drwili z zabobonów, ale wierzyli w zakopane skarby. W r. 1825 pewien obywatel z okolic puszczy zapragnął je posiąść. Podkradał się więc tu nocami i kopał. Ale gdy raz został dostrzeżony przez jednego ze strzelców puszczańskich, przestraszył się odpowiedzialności, jaka by go mogła czekać za kopanie na gruncie rządowym, i sam pośpiesznie doniósł do gubernii, że według jego przypuszczeń w uroczysku tem zakopane są skarby. Zjechała wówczas umyślne komisya rządowa z Grodna, rozkopała grunt, nie znalazła jednak żadnych skarbów, lecz jedynie mnóstwo ludzkich grobów, których istnieniu tutaj nikt z okolicznych mieszkańców ani przypuszczał nawet.
Może to są grobowce Jadźwingów, a może sięgają one jakichściś jeszcze dawniejszych przedhistorycznych czasów. Kupy głazów, poukładane w takie rozety, jak tutaj, znajdowano na przedhistorycznych cmentarzyskach w Mongolii. Stare więc i bardzo dawne są dzieje tego zamczyska: wiele już ludzi przewinęło się tutaj przez tyle wieków! A dziś tylko rośliny królują na tym wzgórku.
Ale za to co ich tu jest i jakie piękne!
— Patrzcie no, na tę osobliwość, — dodał Janek zrywając i pokazując chłopcom prześliczny storczyk, o żółtej, purpurą nakrapianej koronie w kształcie maleńkiego pantofelka, rozszerzonego na końcu; w sam raz dla tych lackich branek, o których powiada Mickiewicz w „Trzech Budrysach“

A tak małe ich nóżki,
Że na trzewik dziewczynie swawolnej
Może służyć kwiat pewny,
Zwany trepkiem królewny,
Kwiat nie większy od lilii polnej.

Nie wiem zresztą, czy Mickiewicz ten właśnie kwiat miał na myśli, i ten nazwał trepkiem królewny. Naukowa jego nazwa jest obówik pospolity (Cyplipedium calceolus), oznacza wiec ostatecznie to samo. Storczyk ten w kraju naszym należy do bardzo rzadkich, ale w puszczy nie jest wcale osobliwością.

Z „zamczyska“ udano się do „Starej Białowieży“, pięknego starego uroczyska, położonego tuż nad Narewką. Śliczny to był zakąsek: potężne, okazałe dęby i inne drzewa liściaste szumiały poważnie gałęźmi, u stóp ich rozściełał się aksamitny kobierzec traw i różnych ziół, powoli i spokojnie toczyła swe czarne wody Narewka, a słońce, zniżywszy się już nieco ku zachodowi, grało światłem na wierzchołkach drzew.
— Tu skończymy nasz marsz ku północy, — rzekł Jenek, — gdybyśmy szli dłużej a biegiem Narewki, dotarlibyśmy do miasteczka tegoż nazwiska, położonego już na samym skraju dzisiejszej puszczy. Miasteczko to, dawna parafia i wielki świat dla puszczaków, dla nas nie przedstawiałoby nic ciekawego.
— A czyż niema tam żadnych pamiątek? — pytał Kazio.
— Chyba, że się ich wiele nie znajdzie. Co najwyżej historyczny most, na którym 28 lipca 1831 r. jenerał Dembiński, wykonawszy słynny odwrót z Litwy przez puszczę Białowieską, spotkał Różyckiego, ciągnącego dopiero na Litwę. Nie było już tam jednak iść poco! Obaj więc wodzowie udali się stąd razem do Królestwa, aby być wkrótce świadkami upadku sprawy narodowej.
Gdybyśmy mieli więcej czasu, moglibyśmy dojść do Narewki i zwiedzić tę część puszczy. Ale że go nie mamy dużo, zużytkujemy go lepiej na obejrzenie ciekawszych zakątków i zwrócimy się znów na południe.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bohdan Dyakowski.