W matni (Sieroszewski, 1898)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W matni
Pochodzenie W matni
Wydanie drugie
Data wydania 1898
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
V.

Łagodny, południowy wietrzyk z trudnością przenikał lasy, okalające dolinę. Jak rój elfów, bez szmeru przelatywały nad tajgą jego podmuchy, dając znać o sobie lekkiem kołysaniem bardziej wysmukłych wierzchołków; wypadłszy na łąki, na wolne przestworza, skupiały się jak wybuchy swawolnego śmiechu, dęły, szemrały, igrały z chorowodem jesiennych liści, trzęsły żółtemi kitami zaschłych traw, marszczyły kryształową powierzchnię na wodę stopniałych śniegów i — wpadały w przeciwległe lasy, gdzie znowu milkły. Pod ich pieszczotliwem, ciepłem tchnieniem szybko znikały zimowe pokrowce, mierzchła ich białość, ustępując wszędzie połyskom żywej wody. W głębokich wąwozach szumiały potoki, liczne wodospady zlewały się po tarasach lodowych: przez poлvietrze przesycone wilgocią i ciepłem, łagodnie świeciło słońce; jego promienie nawskroś przenikały nieocienione liściem lasy, sięgały do samej ziemi nieprzykrytej jeszcze zielenią. Tylko w parowie Ałdanu panowała jeszcze zima biała i nieruchoma.
Czasami na pogodne niebo wiatry południowe wytaczały chmury białe i ciężkie. Jak śnieżne lawiny niosły się one nad doliną. Wiało od nich chłodem i śnieżną zamiecią. Ptaki wówczas milkły, bladły zwierciadła wód... na krótko, gdyż groźna chmura miała tchnienie wilgotne, a cień ciepły.
Aleksander z bronią na plecach i długą tyczką w ręku stał nad Ałdanem na brzegu przepaści i patrzał w dół. Musiał przedostać się na przeciwległy brzeg, gdyż doszło go, że Jakuci zebrali się na wiec wiosenny w gromadzkim domu. Ziemi dotychczas ma się rozumieć nie wyznaczyli mu i nie łudził się też nadzieją, że ją dostanie łatwo. Termin dla gminnej pomocy także się kończył, chciał więc pomówić z nimi i dowiedzieć się, co postanowili.
Patrzył na białą wstęgę rzeki, na czarne i żółte plamy tu i ówdzie obnażonych piasków i rozmyślał w jakim udać się kierunku, by nie załamać się na lodzie. Wiedział, że zwykła droga zerwana, że wartki prąd w wielu miejscach porobił szczeliny i wymył szerokie oparzeliska, więc usiłował przypomnieć sobie, gdzie były spokojne smugi, na których lód zbija się w tafle grube i trwa długo. Stuknął wreszcie kijem i spuścił się po ścianie, czepiając się nierówności urwiska. Przeskoczywszy wązką szczelinę bystro płynącej wody, poszedł po ślizkim lodzie, sunąc jak wprawny łyżwiarz i pomagając sobie kijem. Słoneczna powódź żarem spiekoty spadla mu na głowę i piersi, gdy u dołu od lodów powiało chłodem. Fale ogrzanego powietrza drgały i mieniły się w oddali, niby rój skrzydlatych jątek. Najmniejszy punkcik, najcieńsza gałązka rysowały się niezwykle wyraźnie na tem tle oślepiającej białości. Aleksander widział stada dzikich gęsi wypoczywające na piaskach, ale miejscowość była zbyt otwarta dla polowania; wpadł niespodzianie na parę łabędzi, lecz spostrzegł je wówczas dopiero, gdy królewskie ptaki zerwały się do lotu.
— Ptaki białe, śnieg biały i przeklęte słońce prosto w oczy!... Poprawił czapkę i patrzył za odlatującymi z żalem.
Nad przeręblami unosiły się stada wron i czajek; na jego widok wszczynał się między niemi straszny wrzask i hałas; wiankiem wzlatywały nad jego głową, kwiląc i kracząc długo. Na odnogach, zazwyczaj obfitujących w wartkie prądy, musiał szukać przesmyków, nierozmiękłego jeszcze lodu. Szczególniej niebezpieczne były płytkie zapadliny, pełne wody, które możnaby było w bród przechodzić, gdyby nie dno nadzwyczaj pochyłe i ślizkie ze szczeliną pośrodku, w którą dawszy nurka, mogło się więcej na powierzchnię nie wrócić. Przez wązkie szczeliny z urwistą krawędzią przeskakiwał z łatwością; wyrobił sobie w tem pewną wprawę, corocznie polując na gęsi. Szedł szybko, nie odpoczywał, a że droga była długa, zmęczył się i z rozkoszą odetchnął, gdy wydostał się na główne koryto. Lód tu był jeszcze bardzo gruby, a choć obnażony ze śniegu, miał twardość i spoistość marmuru. Do przeciwnego brzegu pozostało już tylko dwie wiorsty. Przebiegł je szybko.
Spragniony, trochę znużony, wszedł do pierwszej jurty. Sadyba należała do Meilacha, jednego z sołtysów, przezwanego „Głowaczem“.
— Co słychać, Katarzyno Awksentjewno? Jak zdrowie? — spytał, zatrzymując się w progu. Zdjął broń i otarł pot z czoła.
— Jak się masz, Liksandra Iwanowicz — odpowiedział mu po rosyjsku głos kobiecy z głębi jurty. — Opowiadaj co słychać! Dokąd śpieszysz?... Wstąp... bądź gościem!...
— Sołtys w domu?
— Niema. Poszedł na wiec. W całej dolinie niema chłopów w domu, wszyscy poszli. Zostałyśmy same kobiety, zupełnie wolne — roześmiała się, rzuciła robotę i podeszła do gościa. Ubrana była, jak wszystkie zamożne Jakutki, w długą, jasną perkalową koszulę i kaftan czarny, kamlotowy z bufiastymi rękawami i do figury. Długie, srebrne kolczyki zwieszały się z obu stron smagłej twarzy, a na piersiach brzęczał duży, srebrny krzyż na taśmie srebrnej, ażurowej. Jedwabna, malinowa chusteczka ledwie przykrywała włosy czarne i starannie uczesane. Uważano ją za piękność i istotnie w półświetle jurty wydawała się prawie ładną. Mieszkała jakiś czas w mieście, znała rosyjskie obyczaje i język i dowodziła z dumą, że ma w sobie krew rosyjską.
— Daj kumysu... Wiek wdzięczny będę... Umieram z pragnienia!...
— Może nastawić samowar? Może chcesz herbaty?
— Nie, śpieszę się! Nie boisz się, żeby cię mąż wybił za to, że w jego nieobecności mężczyzn herbatą przyjmujesz?
— Biją mężowie i bez żadnych powodów. Albo oni co wiedzą!... — roześmiała się gospodyni i odeszła w głąb jurty. Aleksander zamyślił się.
— Pij, cudzoziemcze, i niech ci Bóg da zdrowie i siły! — wyrzekła Jakutka, podając mu drewniany rzeźbiony puhar, pełen białego napoju. Kawałki żółtego masła — dowód łaski — pływały po wierzchu. Kobieta nizko pochyliła się, prawie na kolana przed nim przypadła i śmiało zajrzała mu w oczy.
— Tyś piękny! — szepnęła. — Mąż nie prędko wróci!
Aleksander wstał.
— Dawno odszedł?
— Dawno. Zebranie będzie duże. Naco ci ziemia? Weź pieniądze, jeśli nie lubisz brać pokarmu. Pieniądze dadzą ci zawsze, tylko zażądaj... I spokojnie i prędko... To i jutro zdążysz... Jutro nie rozejdą się jeszcze.
— Czy tak twój mąż radzi?
— Nie, nie... to ja radzę. On nic nie radzi. On zawsze, jak wszyscy... — uśmiechnęła się i poprawiła chustkę na głowie.
Aleksander wypił kumys i począł szukać w portmonetce drobnej monety.
— Nie rób sobie kłopotu!... — Wolałabym, żebyś został... — pogardliwie ściągnęła usta, lecz pieniądze przyjęła.
Na podwórzu gromadzkiego domu widać było trochę koni i ludzi. W izbie siedziało kilku „tojonów“ (panów) i jedli mięso, krając je na kawałki na stole. Meilach znajdował się w ich liczbie. Aleksander przywitał ich według zwyczaju podaniem ręki i siadł na pierwszem miejscu.
— Witaj, witaj! Rozpowiadaj! Cóż, droga dobra? Którędyś przeszedł? Czy przechodziłeś koło mojej chałupy? — pytał Meilach. — Byłeś u mnie... Żonę widziałeś? Herbatą częstowała cię? — dokończył po rosyjsku i wpił się w niego oczami.
Aleksander zrozumiał jego badawcze spojrzenie i poczuł, że się rumieni.
— Byłem. Piłem kumys.
— Czy z masłem? — szyderczo zapytał Jakut.
— Nie wiesz, czy będzie dziś zebranie?
— Już było. Poszli na obiad... Znów będzie... Dlaczego niema być? Spraw wiele. Ale kiedy będzie, niewiadomo...
Podali Aleksandrowi mięso na talerzu. Jakuci rozmawiali w dalszym ciągu, ale widocznie krępowali się jego obecnością i wciąż spoglądali na niego.
Po obiedzie wstali i wyszli; w jurcie pozostał tylko Meilach.
— O grunta, wciąż o grunta! — zaczął przyjaźnie. — Wziąłbyś sam i koniec!... Kto odbierać będzie?... Nie ja, nie my zarzeczni Jakuci... Mieszkaj sobie, gdzie mieszkasz... Zasiej i basta... Raz zasiejesz — twoje!... Nikt cię nie ruszy... A teraz tylko chodzisz po próżnicy, drzesz obuwie, do przerębli jeszcze wpadniesz.
— Rozumie się, że jeśli nie dacie, to wezmę...
Jakut spojrzał na niego uważnie.
— Weź, weź... my nie damy!... Nie możemy dać... Weźmiesz gwałtem, co innego... a dać, nie można... Ziemia przecie jak kobieta: wziąłeś ją — twoja, inny przyjdzie i odbierze — też jego. Dla niej wszyscy jednacy, dla wszystkich rodzić gotowa. Chłopi biją się o nią!... Co? może o ziemię nie bywa bójek?... I jak jeszcze!... Goręcej, niż o kobietę się biją!... A czyje koło ciebie grunta?
— Kapitona.
— Widzisz, jak się dobrze składa. Kniaź nie będzie bronił Kapitona, oni się gniewają. A ty czyż ulękniesz się kogo? Ty, powiadają, niedźwiedzia się nie boisz. Czy to prawda? — Zmrużył oczy i przenikliwie wpatrzył się znów w Aleksandra.
— Czego on chce ode mnie? — rozmyślał tenże.
— Myślisz pewnie, że dla siebie się staram, że namawiam na twoją zgubę... — rzekł Meilach. — Owszem, życzę ci dobrze. Wszak wiesz, mam żonę Rosyankę, więc troszczę się o jej ziomków. Dobrze radzę, wierz mi!...
— Złej rady nie usłucham — chłodno odparł Aleksander. — Ale najpierw pomówię jeszcze z gminą.
— Rozmawiaj, pytaj!... Dlaczego nie spytać?... A tylko ziemi nie da ci gmina... Nie może. Ej, chłopcze! — krzyknął na grzejącego się u ognia wyrostka. — Gdzie kniaź? Biegnij po niego! Powiedz, że przyszedł cudzoziemiec po grunta. Biegnij, mówię ci!
— Był u popa, ale pewnie już poszedł.
— Więc idź, poszukaj. Nie będzie go przecie szukał cudzoziemski pan.
Wyrostek podrapał się w ucho i dość niechętnie wyszedł.
Powoli izba zaczęła się zapełniać. Na ławach zasiedli radni. Kniaź jednak nie nadchodził.
— Gdzież kniaź? Czy nie przyjdzie?
— Posyłali po niego, ale pewnie nie znaleźli.
Wszedł Kapiton, wystrojony w czapce bobrowej, w krytej manczestrem bluzie, podpasany srebrnym pasem. Podejrzliwie zerknął na Aleksandra, siedzącego obok Meilacha, ale ten zawołał zaraz wesoło:
— Ej, stary, siadaj! Zachowałem ci miejsce ciepłe, suche i blizko Rosyanina; będziesz kontent!
Usunął się i sąsiadów odepchnął.
— A kniaź?
— Kniaź zginął! Myślę, że z popem wódkę pije... Tydzień temu przywieźli popu baryłeczkę.
Ogólny gwar cichł potrochu; oczekujący rozbijali się na gromadki. Wielu wymykało się niepostrzeżenie. Aleksander myślał o Zosi i wmiarę jak czas uchodził, niecierpliwił się coraz bardziej.
— Sam poszukam kniazia — rzekł energicznie.
— Najlepiej poszukaj sam! Ty go znajdziesz napewno. Wskażcie cudzoziemcowi, gdzie książę... Hej, ludzie!... — podtrzymał go Meilach.
Aleksander wyszedł; w towarzystwie chłopca chodził od jurty do jurty; kniazia naturalnie nie znalazł nigdzie i po upływie dwóch godzin zły i zmęczony wrócił do zarządu gminy.
— Więc zebrania nie będzie? — Nie wiadomo. Czyż można urządzić je bez kniazia? Jutro pewnie.
Słońce miało się ku zachodowi. Aleksander pomyślał i powstał.
— Odchodzisz? — Nie zanocujesz? — z niepokojem zapytał Meilach. — Pozostań, razem pójdziemy.
— Jutro wrócę, a dziś muszę iść.
Zarzucił broń na ramię i puścił się ścieżką w głąb lasu. Żal mu było straconego czasu i gniewało go to, że go oszukają, a że go oszukują, nie wątpił. Wiedział również, że jeśli teraz nie dadzą mu stanowczej odpowiedzi, to będzie musiał czekać do przyszłego roku. Wiec mógł się rozejść jutro, mogło go nie być zupełnie; zbierać zaś umyślnie wszystkich przedstawicieli gminy było niepodobieństwem. Zostanie więc bez sposobu do życia i będzie zmuszony nadzwyczaj przykre, a do niczego nie prowadzące awantury urządzać. Pod wpływem tej myśli zawrócił się już z lasu. Wierzył w powrót kniazia i pragnął upokorzyć Jakutów. Przeczucie nie omyliło go. Schowany za pień drzewa na skraju lasu, widział, jak wracali przedstawiciele rodów i rodowicze. Ukazał się i kniaź w towarzystwie tego samego chłopca, co pomagał jemu w poszukiwaniach. Zdało się nawet Aleksandrowi, że wyszedł z jurty, gdzie nadaremnie pytał o niego niedawno. Zaczekał, aż znikli we drzwiach gromadzkiego domu i szybko poszedł za nimi. Wewnątrz śmiano się głośno.
— Gdzie kniaź? Zawołajcie kniazia! — wołał Meilach, naśladując głos Aleksandra.
— Czego chcesz przeklęty cudzoziemcze? — Niech każe mi oddać Kapitonowe grunta, niech mi da babę, narzędzia i całe gospodarstwo.
— Grunta moje, a babę twoją... Zgoda!... Ona przecie Rosyanka — bronił się Kapiton.
— A to, ot lubisz?
— Niech Meilach da figę cudzoziemcowi! Ja tak radzę.
Drzwi się otworzyły i do izby wszedł Aleksander. Widok jego zrobił na obecnych piorunujące wrażenie. Nikt się nie ruszył.
— Witaj, panie, — pierwszy oprzytomniał Mailach. — Pewnieś czego zapomniał... I dobrze się stało, bo ot, wrócił i kniaź.
Aleksander był wzburzony, ale nie okazywał tego.
— Proszę was — zwrócił się grzecznie do kniazia — przedewszystkiem zająć się moją sprawą. Po to przyszedłem, a śpieszę się, by przejść rzekę jeszcze przed nocą.
— Jaką sprawą?
— O ziemię. Dlaczego kniaź udaje? Cały dzień się chował, a teraz wykręca.
Jakut zaczerwienił się i podniósł głowę.
— Nic złego nie zrobiłem, abym się miał chować. Cudzego nie pragniemy. Niema odpowiedzi od gubernatora, więc sprawy nie możemy załatwić.
— Co za odpowiedź! Wszakże wy prosicie w podaniu do gubernatora, aby stąd wypędzono moją córkę. Ja zostać mam przecie. Z miasta przysłano wam trzy rozkazy; w ich liczbie jest rozkaz od gubernatora, wiem dobrze.
— Na tamte myśmy odpowiedzieli.
— Więc odmawiacie? Przecież kniaź sam mi radził zaczekać na ten wiec!
W głosie Aleksandra drżał stłumiony gniew.
— Cóż ja mogę?... — odpowiedział Jakut. — Rozkazuje gromada. Każą — dam... Ale dokoła ciebie ziemia zajęta. Tam ma grunta Kapiton, a on się nie zgadza...
— Czy się zgadzam, czy się nie zgadzam... moje, czy cudze, nikomu nic do tego. Nie mamy!... Rodowicze moi nie mają zbywających grantów i tyle! — z uniesieniem wykrzyknął Kapiton. — Wszystkie nam potrzebne, wszystkie w tym roku zaorzemy... Jeśli kniaź chce, niech cudzoziemca do siebie sprowadzi, albo niech go przeniesie za rzekę. Czy nie tak ludzie moi?
— Nie mamy ziemi! Co tu gadać! — krzyknęła zgodnie gromadka, wśród której był i Tus, ojciec Toi, a nawet Żabie Oko.
— Za rzekę... Chyba na tatarskie miejsce, — obojętnie wstawił Meilach.
Obecni umilkli.
— Nad czem tu radzić!... Niema ziemi!... — stanowczo powiedział kniaź i powstał.
— Nieprawda! Grunta są; leżą odłogiem dziesiątki lat. Sami nie korzystacie i innym żałujecie. Chcesz, kniaź, ja ci wskażę masę ziemi zdatnej do uprawy.
— Niech sobie będzie! Przyda się dla naszych dzieci.
— Posłuchajcie — rzekł Aleksander łagodnie i serdecznie. — Siadaj kniaź i ja siądę. Posłuchajcie! Przecie znacie mię dawno. Dwa lata mieszkam między wami, a czy zrobiłem co komu złego? Czy usłyszał kto odemnie choć słowo obraźliwe?
— To prawda! — Zgodzili się. — Złegoś nie robił. Zadowoleni z ciebie jesteśmy i prosimy, bądź taki nadal.
— Daliście mi dom, dostarczacie pokarmu... Wszystko to kosztuje.
— Ba! Sam wiesz, że kosztuje.
— Ziemia nic nie kosztuje. Dajcie mi ziemi, ja będę pracował, będę żył... i nic potrzebować od was nie będę.
— Posłuchaj. Zdarzało się, mówili tak inni. Dawaliśmy, a później ani ziemi, ani spokoju... Karmiliśmy do samego końca. Dlaczego wierzyć mamy?!...
— Widzicie, rozbójnikom, łotrom dawaliście.
— Ze strachu dawaliśmy, ale nie należało dawać.
— Dam wam zobowiązanie na piśmie, że kwituję...
— Co papierek pomoże, jeżeli z głodu umierać będziesz! Z głodu człowiek robi się wściekły.
— Posłuchaj, cudzoziemcze — rzekł kniaź równie jak Aleksander pojednawczo. — Ty mówisz — gruntów dużo. Sami nie orzecie, na co wam ziemia? Czy nie tak?... Dobrze. Żądasz niby niewiele — dziesięciu dziesięcin pewnie. Moglibyśmy odciąć i dać. Przypuśćmy, żeśmy dali: wznosisz zabudowania, orzesz, siejesz — ziemię arendujesz... Pięknie! Pola wasze rozległe, wszędzie płoty i ogrodzenia... Nawbijacie kołków, poznosicie ścieżki, skopiecie najlepsze pastwiska na wzgórzach, gdzie rosną słodkie trawy, gdzie tuczą się nasze stada. Bydlęta, wszędzie spotykając płoty, chodzą ogłupiałe i głodne. Jadła muszą szukać daleko od domu i dużo chodzić, mało jeść, więc chudną i mleka dają mniej. My żyjemy z naszych stad, wy żyjecie z roli. Gdzie wy wzrastacie w bogactwo, stamtąd my uciekać musimy. Ty powiadasz, żeś dobry, że szukając sprawiedliwości, przyszedłeś aż tutaj, więc przyznasz: co nam z tego, że wam oddamy, a sami pójdziemy na pustynię?... Przecie to ziemia ojców naszych. Gdy oni przyszli tutaj, nie było nic prócz borów, zwierza i komarów... Oczyścili łąki, wygnali zwierza, a owady wytępili dymem ogni. Na co nam stąd odchodzić? Powiedz, cudzoziemcze, gdybyśmy przyszli do waszego kraju, i jęli bydłem tratować wasze pola, czy bylibyście zadowoleni? Nie jesteśmy obowiązani ustępować z ziemi naszej, tak myślę! Czyż dzieci nasze nie mogłyby nas obwinić i powiedzieć: głupi byli ojcowie, oddali bogactwo, a zostawili nam błoto i goły kamień. Co za korzyść, że na pięknych naszych polach pięknie mieszkać będą cudzoziemcy! I my z czasem orać i siać będziemy i już siać zaczynamy... potrochu, gdyż odrazu nie wyrzucisz stad swoich, a i zboże nie co rok tu rodzi... Wszak i wy trzymacie bydło... Więc poco wyrywacie nam ziemię?...
Aleksander przymknął oczy i milczał.
— Ziemię prawo mi daje; — wyrzekł nakoniec oschle — ono mię tu wysłało.
— Prawo?... Posłuchaj, cudzoziemcze: czyż my je pisali? Wy piszecie, co chcecie... Źle sobie, myślę, nie życzycie!
— Niema zgody! nie damy! — hałasowali obecni.
— Złodziejowi, zbójcy dalibyście.
— Z nim nie mówilibyśmy tak! — odrzekł kniaź.
— Dalibyśmy, co taić, ale... zasiedatielowi. Jakut bez dawania nie mógłby wyżyć. Bardzo to lubi!... zaśmiał się Tus.
— Posłuchaj, Liksandra, my ci pomoc zwiększymy za twoje dobre prowadzenie. Słowo daję, zrobię to — rzekł Kapiton.
— Zapewne, że gmina zgodzi się, gdy ją cudzoziemiec poprosi — wyniośle przerwał mu kniaź. — Wiemy, że teraz, gdy masz córkę, nie starczy ci poprzedniej ilości, więc na lato dodamy pud mięsa i tyleż mleka. Zgoda?... W jesieni znów pogadamy...
— Bierz, cudzoziemcze, toć to niezgorzej!
Aleksander otarł czoło, na które pot wystąpił kroplami.
— Ja nie chcę. Ja chcę ziemi...
— Ziemi niema.
— Grunta raz wzięte, nie wracają do nas.
— Gdzie jeden Rosyanin zamieszka, tam za rok lub dwa cała wieś wyrasta. Znów będą rozboje i kradzieże, nawet gdybyś ty był dobry!
— Wszyscy oni jednacy! Jedne zawsze powtarzają wyrazy... Widzieliśmy ich nie mało. Niema zgody.
— Kto wie, jaki będziesz, gdy ziemię dostaniesz! Dobrych nie wysyłają!... — krzyczeli Jakuci.
— Sam wezmę, jeśli nie dacie!
— Bierz, jeżeli możesz! — uśmiechnął się kniaź. — Ale bez naszej zgody, wiedz o tem.
Aleksander wziął czapkę i skierował się do wyjścia.
— Cudzoziemcze, hej, cudzoziemcze! — krzyknął za nim Kapiton. — Wysłuchaj, proszę, słowo...
— Co?
— Czyje grunta chcesz zająć?
Aleksander odwrócił się i wyszedł.
Słońce skryło się już za dużą szarą chmurę, która oparłszy się o zamykającą widnokrąg linię gór, wypuściła daleko na niebo swoje kosmate, pokręcone odnoża. Na brzydkich jej strzępach zorza natychmiast rozwiesiła wszystkie swe ozdoby; złoto, srebro, tęczowe barwy bogato wyhaftowały jej brzegi, przestrzeliły ją opalowe i ametystowe promienie, a pod nią na bladem niebie, osypanem drobnemi gwiazdami, legło podścielisko z jaskrawej purpury. Mgła i zmrok szybko zatapiały dal.
Aleksander szedł, przyśpieszając kroku. Czuł, że ogarniała go apatya i wstręt do wszystkiego. Daleko pozostawił już za sobą jurtę Meilacha, połyskującą wesoło oświeconemi oknami. Po przez rzadki las bieliła się wstęga rzeki. Ale noc nadchodziła szybko, a on zdołał zaledwie przebyć połowę drogi. Znowu obstąpiły go przeręble, szczeliny, oparzeliska pochyłe, zdradzieckie zapadliny. Śniegi zaledwie bielały, a ciemne plamy wody zlewały się z szarą barwą mroku. Często dostrzegał je wówczas dopiero, gdy długą swą pałką uderzał w próżnię lub w czarne, jak atrament, strumienie. Kilka razy wpadł do wody, lecz szczęśliwie wydobył się na wierzch, zamoczywszy tylko obuwie. W układzie szczelin i przerębli zaszły zmiany w ciągu dnia, które rzuciły go na los trafu. Szedł omackiem i czuł niebezpieczeństwo wzrastające, im dalej zagłębiał się w kręte, a bystre odnogi. Ale dodawał mu odwagi obraz Zosi, pozostawionej w jurcie brudnej, pełnej robactwa i gnoju i przykra konieczność zanocowania u Meilacha w razie powrotu. Szedł bardzo wolno, wysunąwszy daleko kij, nasłuchując i wpatrując się bacznie. Wielkie oparzelisko przy głównej ławicy powinno było już być blizko; wpaść tam nie było niebezpiecznie z powodu płytkiej wody, ale zachodziło pytanie, w jakim stanie znajdował się lód na odmętach i dokoła jam. Wciąż więc stawał i nasłuchiwał, czy nie szemrze gdzie fala, wpatrywał się, czy nie błyśnie woda, kijem stukał, by poznać po dźwięku, gdzie próżnia. I, jeśli zdawało mu się, że wszystko jest, jak być powinno, szedł naprzód.
Nagle, gdzieś za nim, rozległ się trzask i jednocześnie on sam coraz szybciej zaczął się zsuwać po pochyłości, aż upadł. Woda chlustała mu pod nogami. Chwilę leżał bez ruchu, całą siłą przylegając do kry, która kołysała się pod nim. Nogi wisiały w powietrzu. Mógł popróbować kijem, którego nie wypuścił z ręki, ale bał się ruszyć, pojmując, że najmniejsza nieostrożność mogła go zepchnąć w odmęt, a kra nakryłaby go Jak wiekiem. Powoli ustało kołysanie. Więc oswobodził prawą rękę i ostrożnie wyjął nóż z pochwy. Mimo to kra zakołysała się znowu i on zsunął się jeszcze o kilka linii. Czekał aż się uspokoi; rękę wyciągnął nad głową i lekkiemi uderzeniami noża jął robić wydrążenie w lodzie. Potem wetknął nóż w zagłębienie i, nie zmieniając położenia, ostrożnie podciągnął się w górę. Powtórzył ten manewr kilkakrotnie, aż upewnił się, że może uklęknąć na lodzie; wówczas na kolanach zaczął, pełzając, oddalać się od wody. Słyszał jej szmer i lękał się, że prąd uniósł go daleko. Widział przed sobą czarną, dużą plamę, w głębi której połyskiwały gwiazdy i nikły, pochłaniane przez jakieś białawe obłoki. Groźny plusk wody dał mu jednak poznać, że się znajduje nad głównym prądem odnogi, gdzie było płytko i mógł przejść choćby w bród do wyspy. Stamtąd było już blizko do domu. Okazało się jednak, że kra nie oddaliła się od brzegu, więc zeskoczył i zaczął okrążać oparzelisko, uderzając o lód trzonkiem noża, gdyż koniec kija tak mu rozmiękł, że nie mógł dobyć nim głosu. Przed nim coraz wyraźniej zarysowywało się ciemne urwisko stałego lądu. Wyskoczywszy na brzeg, pobiegł raźno do jurty Żabiego Oka. Ruch rozgrzał go i wrócił mu pewność siebie i swobodę. Długo stukał do drzwi nim dobudził się śpiących. Kaszląc, kichając, odsuwała baba zapory.
— Córki niema tutaj. Ona w domu u ciebie.
— W domu? sama jedna?
— Sama jedna. A co jej się stanie? Odniosłam ją wieczorem i siedziałam, póki nie usnęła.
— Zuch baba! Z miasta przywiozę ci gościniec. A teraz rozpal ogień, żeby odzież wysuszyć. Do wody wpadłem. W domu dziecko obudzę.
— Aj-ka-byn! — klasnęła w dłonie Jakutka, gdy przy świetle ognia zobaczyła Aleksandra przemokłego i lodem pokrytego.
— Niemożebnie zuchwały jesteś, cudzoziemcze! Któż z ludzi odważy się przechodzić rzekę w noc tak ciemną!
Aleksander uśmiechnął się dumnie.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.