W matni (Sieroszewski, 1898)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł W matni
Pochodzenie W matni
Wydanie drugie
Data wydania 1898
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
VI.

Wiele trudu miał Aleksander z poskromieniem Wronego i włożeniem go do pługa. Koń rzucał się, spinał, straszył go nieznany przyrząd, ruch kół, szelest ziemi, a opór zagłębiającego się w rolę żelaza podniecał. Drżał, pienił się, stawał dęba, kilka razy złamał narzędzie. Aleksander nie miał nikogo do pomocy, gdyż nawet Żabie Oko stronił od niego od czasu zaboru ziemi Kapitonowej. Zosia i Ajaks, jedyni świadkowie jego usiłowań, zwiększali tylko zamieszanie. Dziecko krzyczało: — Ojcze, ojcze! on cię zabije! — i rzewnie płakało, zakrywszy twarzyczkę rączkami, a pies wściekle szczekał na nieposłusznego konia. Musiał więc oboje zamknąć w domu; lecz oglądał się często i za każdym razem widział twarzyczkę swej dziecinki przyciśniętą do szyby — i to go krzepiło. Wreszcie po licznych próbach, oprowadzaniach, zaprzęganiach i wyprzęganiach Wrony zrozumiał, o co chodzi i zaczął iść brózdą prosto i równo. Jakuci, mieszkający w tej miejscowości, nie orzą ziemi w jesieni, tylko przed samym siewem. Aleksander postanowił zrobić na pierwszy raz, jak krajowcy. Zaorał kawał roli najbliższy swej jurty, na wzgórku, gdzie były ślady starej uprawy. Ziemia zdawała się dobra i dość pulchna. Obecność niektórych roślin była dowodem jej urodzajności. Aleksander marzył zająć z czasem całe wzgórze, gdzie było ze cztery dziesięciny ziemi gliniastej, ale na ten raz za mało miał czasu i ziarna, więc poprzestał na kilkuset sążniach. Dzień jeden poczekał, aby rola obeschła i wziął się do siewu.
Lody na rzece ruszyły już z trzaskiem — szły na północ, druzgocąc się i piętrząc. Po dolinie, to ozłoconej słońcem, to ocienionej chmurami, rozlegał się huk pękających kier, hulał wietrzyk, przelatywały wrzaskliwe stada wędrownego ptactwa. Co chwila dźwięczało w powietrzu gęganie gęsi, krzyki mew, głosy żurawi. Ogromne pułki kaczek przelatywały w milczeniu, szumiąc tylko skrzydłami, jak mgliste obrazy płynęły pary łabędzi ciche i spokojne. Na łąkach, na błotach, na jeziorach śpiewały, nawoływały się świstem, gdakaniem chóry kulików, pływek i drobnych kaczek. Na suchych, wysokich tokowiskach wyprawiały harce polne koguty; w borze kukała kukułka.
Aleksander ostrożnie usypał ziarna z worka, który postawił na brzegu roli. Był wzruszony, ręce mu drżały. Spojrzał w niebo, chciał się przeżegnać i machinalnie zdjął czapkę. Zaczynał więc nowe życie! Dobre, czy złe, zawsze ono miało być inne. Wszyscy mieszkańcy jurty byli obecni przy tej uroczystości. W pobliżu szarego, płóciennego worka stała Zosia, nie wiele od niego większa, w słomianym kapelusiku, z pękiem złocistych, jakuckich pierwiosnków w ręku. Obok usadowił się Ajaks i zwiesiwszy uszy, przyglądał się bacznie temu, co pan robił, nawet Wrony, zaprzężony do brony, zwracał ku niemu swą rozumną głowę, chrapał zlekka i strzygł uszami, zdziwiony niezwykłością ruchów Aleksandra. Ten rzucał zboże pełnemi garściami. Nie było to jednak rzeczą tak łatwą: pierwszy rzut był za silny, drugi za słaby, trzecią garść wiatr uniósł na miejsce już zasiane. Potworzyły się przerwy, zgęszczenia, które Aleksander nadaremnie silił się poprawić; napróżno starał się, ziarno nie słuchało niewprawnej ręki. Podrażniony, zmęczony strasznie, umyślił nakoniec zrobić próbę z piaskiem, aby nie zmarnować ostatecznie pola i nasienia. Silił się przypomnieć sobie, jakto bywało w ojczyźnie, gdy szli chłopi, czerpali ziarno z fartucha i rzucali... krok jeden i garść leciała półkolem na prawo, drugi — półkolem na lewo. Raz dwa... raz dwa! Kilka razy przeszedł tak pole, siejąc piasek, aż uczuł, że nabrał pewnej swobody w ruchach; nie zdążył jednak zasiać ziarnem do połowy pola, gdy dostrzegł trzech jeźdźców na przeciwnym brzegu jeziora. Przodem jechał jeden, za nim dwóch na jednym koniu. U jurty Żabiego Oka przeprawili się w bród i skierowali wprost do niego. Aleksander poznał Kapitona z synem i parobkiem. Na wszelki wypadek zarzucił na plecy broń, którą był zostawił około worka. Jakuci na roli zleźli z koni; zdawali się mieć tylko zwykłe noże za pasem. Robotnik jednak słynął jako awanturnik i największy siłacz w całej okolicy.
— Kapsie! — powitał go ostrożnie Kapiton.
— Kapsie!
— Co robisz cudzoziemcze? Doprawdy na mojej ziemi siejesz! Przecież ona cudza! gmina ci jej nie dała. Sam słyszałeś powiedziała: nie dam! Moja jest, a ja według prawa ustąpić ci jej nie mogę.
— Ja też według prawa... Mówiłem wam: nie dacie, sam wezmę. Skarż mię do sądu. Tyle lat nie siałeś tutaj: nie potrzebna ci.
— Czy potrzebna, czy nie — niech cię głowa nie boli. Nie dam, gdyż nie mam obowiązku odpowiadać za całą gminę. Wynoś się!
— Wstydź się stary! Czyż dużo zabrałem ci ziemi? kiedyś odejdę, oddam ci ją w lepszym stanie, niż wziąłem.
— Twego mi nie trzeba, a swego nie dam. A wstydzić się nie mam czego; nie ukradłem, ani cudzego sobie nie przywłaszczyłem. Wynoś się, wynoś po dobrej woli.
Aleksander wzruszył ramionami i odwrócił się siać dalej.
Jakuci zastąpili mu drogę.
— Ani się waż! Ty przemocą, to i my przemocą.
— Oszalałeś, stary!... Ustąp z pola natychmiast!... Nie przeszkadzaj. Mówiłem ci, że możesz się skarżyć.
— To swoją drogą, a dać nie dam! — Wyciągnął rękę do brzozowego wiaderka, w którem Aleksander niósł zboże.
— Ej, Bahyłej, — krzyknął na parobka — zabieraj worek!
Bahyłej oddał cugle małemu synkowi Kapitona.
Aleksander pobladł i wziął broń do ręki.
— Słuchaj stary, nie trać rozumu, nie szalej. Ja zboże zasieję, choćbyś. Bóg wie, co dokazywał. Twierdzisz, że gmina nie kazała ci gruntu dawać. Dobrze, ja ci arendę zapłacę, a potem ją od gminy odbiorę. Zapłacę ile każe... zasiedatiel. A teraz wynoś się! Zboże zasieję, choćbyś na głowie stawał.
— Po co mam na głowie stawać! My też podatki płacimy, ludzie jesteśmy. Pieniądze nie my od ciebie, ale ty od nas bierzesz... Obca krosto!... Rozsypię ci nasiona i koniec!...
Wyciągnął groźnie nogę do worka, ale Aleksander odtrącił ją w mgnieniu oka mocnem kopnięciem. Jakut zachwiał się silnie.
— Patrzcie, patrzcie!... Bić się waży!... Tatarskiego musi być pochodzenia.
— Wynoście się! Grunt koło mego domu, więc mój! — krzyknął Aleksander i stuknął strzelbą o ziemię. Czarne jego oczy rzucały błyskawice; żyły na skroniach krwią mu nabiegły.
— Precz!
Jakuci cofnęli się i zbili w gromadkę przy koniach, ale nie myśleli odjeżdżać. Położenie stawało się kłopotliwe. Stać i pilnować ich nie chciał, pracować zaś w dalszym ciągu nie mógł, gdyż na pewno zabraliby mu worek z ziarnem. Jakuci odgadli jego wahanie.
— Nocować ot tu, w polu, będziemy, a swego nie damy!... U-u-u! przeklęty rozbójnik!... Patrzy, jakby gwoździe wbijał.
— Ajaks!... Ajaks, pójdź tu! — świsnął nagle na psa, wybiegającego z gaju. Zosia wysunęła się też na brzeg zarośli i ciekawie przypatrywała się ludziom. Pies rzucił się do niego jak strzała.
— Ajaks, waruj tu!... Nie daj ruszać!... — Zostawił psa przy worku, a sam siać poszedł.
Jakuci z nietajonym strachem spoglądali na duży kosmaty łeb zwierzęcia, groźnie ku nim zwrócony i na oddalającą się postać Aleksandra. Żółte oczy straszydła śledziły bacznie za każdym ich ruchem, a czarna, obwisła warga drgała i unosiła się spazmatycznie, pokazując białe zęby.
Aleksander oddalał się coraz więcej. Jakuci wsiedli na koń i pojechali za nim.
— Psem nas szczuć umyśliłeś!... Siej, siej, Liksandra, ale zbierać nie będziesz!... Nie twoje doczekanie!... — krzyknął Kapiton, zwracając na ścieżkę.
Nie spuszczał z nich oka, póki okrążali jezioro; oni też często oglądali się, raz nawet zatrzymali konie, rozmawiali długo, wskazując sobie rękami jego sadybę. Przed domostwem Żabiego Oka zsiedli i weszli do izby.
— Tchórze! Nic mi nie zrobią! Nie ośmielą się... — szepnął Aleksander. — Idź do domu, córeczko! Bądź grzeczna i idź do domu! Wrony bać się was będzie. Idź i zabierz Ajaksa — namawiał Zosię.
— Przychodzili Jakuci?... Źli przychodzili, czy dobrzy?... Ziemi nie dają Jakuci? — pytało dziecko, zaglądając w stroskaną twarz ojca.
— Idź, idź do domu, mówię ci!... Ajaks, do domu!
Niechętnie odeszli oboje. Aleksander zaprzągł konia do brony i ostrożnie zaczął go uczyć, prowadząc za trendzlę.
Raz obszedł pole i zrobił przerwę. Było już południe i słońce strasznie piekło. Ptaki nawet umilkły i pokryły się. Dokuczało mu pragnienie, Zosia wołała od progu, że chce jeść; poszedł więc przyrządzić jedzenie. Po obiedzie wrócił na pole i pracował do późnego wieczora.
Słońce zaszło. Zmęczony koń poruszał się leniwie, trzeba go było pobudzać lejcami i głosem. Aleksander czuł się ogromnie znużonym od jednostajnego kręcenia się po małej przestrzeni.
Od rzeki wionęło chłodem; żelazne zęby brony zaczęły stukać o lodowate podścielisko gruntu, który z ustąpieniem słońca szybko zamarzał. Wilgotna przedtem ziemia stężała. Czas było wypocząć, zgotować wieczerzę, nakarmić i spać położyć dziecko.
Aleksander wyprzągł konia i poprowadził do domu. Chciał zostawić bronę na polu, gdyż nie miał ochoty dźwigać ciężkiego narzędzia na plecach, lecz widok osiodłanego konia, stojącego u jurty Żabiego Oka, kazał mu mieć się na baczności.
Gdy, po wielu zachodach i trudach, siadł wreszcie z dzieckiem przy stole, a pies położył mu się u nóg, czuł, że spokój i zadowolenie wracają do jego duszy. Był to dla niego pierwszy dzień prawdziwej pracy. Poraz pierwszy w życiu dotknął się samego łona ziemi karmicielki, nie mając między nią i sobą pośredników.
— Jedz, córko — mówił, krając gorący podpłomyk i nalewając aromatyczną herbatę. — Będziemy mieli niedługo własny placek.
— Czy z masłem?
— Może i z masłem.
Ogień wesoło palił się na kominie, złotymi błyskami muskał pochyłe ściany; Ajaks, zasiadłszy przed nim na tylnych łapach, poważnie pilnował gotującej się dla niego wieczerzy.
Aleksandra ogarniało niepokonane pragnienie spoczynku. — Oczy mu się kleiły, ręce opadały bezwładnie. Miał jednak jeszcze dużo do zrobienia; trzeba było Zosię rozebrać, bo spała, biedactwo, położywszy główkę na rączkach, Ajaksa i Wronego nakarmić, naczynia pomyć.
— Ojcze... ojczulku!... moje kwiatki... to zamiast lalki... pozwól im spać ze mną... — szczebiotało, zasypiając dziecko. Odszukał więc i położył obok niej na poduszce bukiet, związany gałgankami.
Koń był jeszcze zgrzany; nie mógł go więc nakarmić, musiał czekać aż zupełnie obeschnie. Biedne zwierzę, zmęczone i głodne, rżało cicho i błagalnie, gdy rzucał siano do okólnika.
Praca na chłodnem powietrzu orzeźwiła Aleksandra. Wieczór był cichy, rosa padała obficie. Purpurowa zorza zalała przejrzysty strop nieba, kładąc na wszystko gorące swe tony. Zapałały od nich i sina dal, i czarny las, i tumany ponad łąkami, i obłoki, nieruchomo wiszące nad przepaścią Ałdanu i lody w tej przepaści spiętrzone, łoskoczące niedawno, a teraz jakby nagłym snem zdjęte. Para kaczek przeleciała nad doliną i spadła w poblizkie zarośla. Myśliwskie ucho Aleksandra łowiło dolatujące stamtąd głosy; gęganie gęsi i stłumiony namiętny gwar innego ptactwa. Tam wody wiosenne tworzyły rok rocznie małe jeziorko, gęsto zarosłe łoziną — ulubione miejsce noclegu wędrownego ptactwa.
Po chwili wahania uchwycił za broń i ruszył nad wody. Miał on tam myśliwską kryjówkę — ogromną tarczę z rozczochranych korzeni drzewa, przyniesionego przez wielki wylew wody. Podkradłszy się cicho, siedział osłonięty ich cieniem, ale nic nie mógł dostrzedz prócz czarnej powierzchni jeziora, połyskującej smugami srebra, purpury i fioletu, szarej sieci łóz i kęp wyschłego przeszłorocznego szuwaru. Tam to rozlegały się głosy, pluskała woda i poruszały gałązki, dając znać jak liczne kryły się w nich skrzydlate zastępy. Istotnie, kaczek było mrowie, ale wszystkie trzymały się w cieniu, zdala od podejrzanego pnia. Po długiem czekaniu ukazała się nakoniec jakaś bardziej nieostrożna, czy zakochana para. Aleksander poczekał aż obie kaczki w jedną zbiegły się linię i strzelił. Podniosła się nieopisana wrzawa. Zerwały się stada kaczek, kwacząc przerażone, białe czajki z płaczliwem kwileniem wzbiły się w górę, z sąsiedniej wydmy podniosła się chmura gęsi, łopocząc skrzydłami.
— Gęsi... gęsi... — szeptał Aleksander, pośpiesznie nabijając broń. Wydobył z wody zabite kaczki i nieruchomo legł za pniem.
Cisza. Tylko w przepaści Ałdanu kołyszą się parte lody, z brzękiem tłuczonego szkła sypią się iglaste szczątki ich poszczerbionych krawędzi. Rzeka jęczy, jak gdyby od wysiłku zrzucenia z siebie tej kryształowej powłoki. Gasną ostatnie promienie dnia. Z nieba pada mrok coraz gęstszy.
Od strony rzeki przyleciało stado kaczek, szumiąc skrzydłami. Obleciały jeziorko, nad pniem wzbiły się w górę i uciekły.
— Dostrzegły... — pomyślał Aleksander, tuląc się do drzewa.
Po chwili ujrzał kilka cyranek, siedzących na drugim końcu wody i znowu kaczki, ciągnące od strony rzeki. Szybko zakrył twarz czapką, by ich nie spłoszyć, ale wieczorem w lot strzelać nie chciał — prochu żałował. Czekał cierpliwie. Tymczasem światło gasło i coraz niewyraźniej widać było przedmioty. Już tylko w srebrzystych smugach zorzy mógł dostrzedz cośkolwiek. Gdzieś w dali gęgały gęsi. Para łabędzi uniosła się po nad zębatą krawędzią czarnego lasu i skierowała się ku rzece.
— Z górskich jezior... Musiał je niedźwiedź wypłoszyć... — pomyślał.
Z wyprężoną szyją, uderzając zgodnie wielkiemi skrzydłami, płynęła majestatycznie królewska para. Chwilę kołowała nad doliną i nad lasem, aż opuściła się niżej. Widocznie szukała miejsca dogodnego na nocleg.
Aleksander wstrzymał oddech; zapomniał o córce, o koniu, o roli — skupił się cały we wzroku...
Wtem, nagle, w gaju rozległ się tętent konia 1 dało się słyszeć wściekłe szczekanie Ajaksa.
Aleksander wyskoczył z ukrycia, płosząc kaczki, łabędzie i pędem puścił się ku domowi, lecz choć biegł prędko, tętent oddalał się coraz bardziej. Gdy wypadł na ścieżkę, zobaczył jeźdźca, uprowadzającego Wronego. Opanowała go taka wściekłość że złożył się i palec położył już na cynglu, lecz w porę opamiętał się i zamiast strzelić, krzyknął tylko:
— Stój!... stój!...
Jakut odwrócił się i zobaczywszy broń, wycelowaną w siebie, puścił kantar. Zwolniony koń pobiegł dalej ochoczo, a jeździec rzucił się w bok i skrył w zaroślach. Po chwili ujrzał go Aleksander po drugiej stronie jeziora, jadącego spokojnie drogą. Zobaczył także, że znikł koń z przed jurty Żabiego Oka i domyślił się, kto był sprawcą porwania Wronego. Zarzucił więc broń na ramię i nie zwlekając, ruszył do sadyby Kapitona. Nim przybył tam, skończyła się krótka podbiegunowa noc i na opalowem niebie poranku już nowa paliła się zorza.
W sadybie Kapitona wszyscy już spali; tylko pies powitał Aleksandra krótkiem szczekaniem z płaskiego dachu. Nikt nie wyszedł, nie ruszył się.
Nim próg przestąpił, Aleksander zdjął broń, i, nie bez wahania, powiesił ją według zwyczaju jakuckiego na kołku u wejścia.
W izbie rozlegało się głośne chrapanie. Daremnie kaszlał i stukał, nawet ogień na kominie rozniecił, obudzić ich nie zdołał.
— Ej! Kapitonie!... — zawołał wreszcie zniecierpliwiony, podchodząc do łoża gospodarza, osłoniętego skórzaną oponą z metalowymi brzękadłami.
— A... aa!... Kto tu? Kto woła? — odezwał się głos za zasłoną.
— Wstawaj!... Przyszedłem do ciebie z interesem.
— Do mnie? Może znowu bić zechcesz... Przychodź we dnie!
— Bez żartów... Twój robotnik konia mojego uprowadził.
Milczenie.
— Konia, powiadasz, uprowadził!... Patrzaj go, zbója!... Ja go bronić nie będę, przy sposobności daj mu dobrze po karku. Ot, jakich żartów pozwala sobie, nicpoń! Ale, czy tylko pewien jesteś, że to nasz robotnik? Złapali go, albo konia znalazłeś u mnie na podwórzu?...
— Przestań już... sam kazałeś wziąć konia, wiem to dobrze i przyszedłem go odebrać.
— Skądże go wezmę? Tyś konia stracił, a jam stracił i konia i człowieka. Od wczorajszego wieczoru niema go u mnie. Pewnie się gdzie włóczy, gra w karty, wielki bo to nicpoń, ten mój robotnik. Zmuszony będę wygnać go. Żart żartem, ale ukraść konia człowiekowi, co jutro musi bronować, to trochę za wiele. Powiem ci: jutro wieczorem przyślę ci synka Mikołaja do pomocy... W dzień skwar, głowa chłopaczka zaboli...
— Nie, ty mi dziś, zaraz dasz konia; sam szukać pojadę.
— Konia?... Nie mam konia! Kto zgodzi się dać konia w taki roboczy czas? Jeszcze spróbujesz nim bronować, a nasze konie dzikie, nieujeżdżone... ciebie porani albo siebie zabije!... Nieszczęście!... Poradzę ci, cudzoziemcze: ty konia nie proś, a ja przyślę ci jutro synka Mikołaja...
— Zgoda i na to — odrzekł po namyśle Aleksander. — Tylko pamiętaj stary, że jeśli stanie się co memu koniowi, ty będziesz odpowiadał!
— Cóż mi zrobisz? Krajać mię będziesz?
Wysunął z pod zasłony chytrze uśmiechniętą głowę i spojrzenia ich skrzyżowały się.
— To się pokaże.
— Zuchwały jesteś, cudzoziemcze, ale... nic nie wskórasz!
Aleksander wyszedł. Cóż miał robić? Mógł poskarżyć się księciu, ale skarżyć się księciu było to samo, co skarżyć się Kapitonowi. Kłótnie Jakutów nigdy nie wychodziły za granicę spraw rodowych. Aleksander rozumiał, że dla obu stron jest równie wstrętnym i groźnym cudzoziemcem. Widział potrzebę dać im odrazu poczuć, że żartować z siebie i krzywdzić się nie pozwoli; nie wiedział jednak co począć i mocno zadumany wracał do domu.
Słońce już stało nad parowem Ałdanu. Złote blaski wypełniały łożysko po wręby. Wysokie lodem pokryte osypiska brzegów lśniły się i woda z nich kapać poczęła. Jasne promienie przestrzeliły pęki traw, łozy, rąbki krzewów, zwieszających się na krawędzi przepaści; wychyliły się ku nim z cienia wierzchołki sosen pochylonych, podmytych; skazanych na zagładę. Wyżej, na płaskowzgórzach słały się jeszcze mgły, panował zmierzch.
Aleksander szedł szybko po drożynie, wijącej się wśród czarnych, świeżo wypalonych łąk i rozmyślał nad tem, gdzie ma szukać Wronego. Koń prawdopodobnie uciekł do stad, stęsknił się do nich w ciągłej robocie, a tabuny odeszły w las, na odległe pastwiska, gdzie nie dosięgły ognie, puszczone w pobliżu domów dla zniszczenia jesiennych traw i nie wygubiły młodej zieleni. Niełatwo więc było je znaleźć.
W sadybach, które mijał, wszyscy już spali, nie mógł więc pytać o radę i wskazówki. Nie wierzył im zresztą. Ale do jurty Toj, postanowił wstąpić na chwilę, gdyż usłyszał, przechodząc, jak drzwi skrzypnęły i zdawało mu się, że ktoś wyjrzał. Przeskoczył więc przez płot i spłoszył byka, z dużem drewnianem kółkiem w nosie, leżącego na środku dziedzińca. Bydlę sapnęło ciężko, podniosło się na nogi i nadstawiwszy kosmate uszy, patrzało ciekawie. Psy poznały go także i poczęły się łasić.
Gdy otworzył drzwi jurty, Toj, na pół naga, rozniecała ogień na kominie, ujrzawszy go, wstydliwie cofnęła się w ciemność.
— A co ojciec?... śpi jeszcze?
Dziewczyna nie odpowiedziała, ale stary Stefan wysunął głowę z pod perkalowej zasłony.
— A czego? Chodzisz po nocy, kto cię nie zna, gotów pomyśleć, że oglądasz bydło lub spiżarnie... Z polowania wracasz? Zziąbłeś?... Kaczek dużo?
— Nie mam czasu na polowanie, spotkała mię bieda...
Nagle błysnęła mu myśl.
— Słuchaj Stefanie, wynajmij mi byka na dziś do bronowania.
— Do bronowania?... A twój koń?
Koń uciekł.
— Uciekł!... sam uciekł, czy jak?
Jakut usiadł, jak był, nagi, na brzegu pościeli i wlepił w niego oczy.
— Ta-ak! A co wczoraj robił u ciebie Kapiton? Wszak był?
— Był. Na co ci wiedzieć?... Zresztą wiesz pewnie i niepotrzebnie pytasz. Lepiej byka wynajmij.
— Tego prędko nie zrobisz. Myśmy ludzie maluczcy. Mamy jednego byka. Jeszcze go zepsujesz. Przecie na koniach tylko jeździsz... a czy byka umiesz zażyć, nie wiadomo... Dlaczego nie poprosisz Kapitona o konia? On ma i chętnie da...
— Ciebie proszę, a ty do innego odsyłasz!... Przecie żyliśmy dotąd, jak dobrzy sąsiedzi, i ty nieraz korzystałeś... Jeśli dziś pola nie zabronuję, wrony ziarno wyzbierają... Nim konia znajdę, wiele czasu upłynie; swego szukać nie wiadomo gdzie... W borze woda, błoto...
— Racya... rozumiem... Ale i ty zrozum, że byka dać nie mogę... Dlaczego nie weźmiesz od Żabiego Oka?... Ja dać nie mogę... chyba, że weźmiesz przemocą, jak ziemię!...
— Przemocą nie wezmę, ale proszę cię bardzo... Odwdzięczę się... odpłacę...
— Odpłacisz?... Cóż mi dasz?... Wolnym jesteś człowiekiem, dziś tu, jutro tam, a sąsiedzi żywcem mię zjedzą... Nie, nie mogę!
Aleksander wstał; było widocznem, że byka nie dostanie. Wyszedł na dziedziniec i był już koło wrót gdy Jakut wyskoczył za nim i krzyknął:
— Liksandra... słuchaj! Daj trzy ruble i weź byka, tylko nie mów, że dawałem.
— Trzy... drogo. Rubla dam.
— Widzisz, jakiś ty! Mówiłeś — odwdzięczę się, a trzech rubli żałujesz. Zgoda, niech cię tam, daj rubla... A tylko pamiętaj: ja nie dawałem! — dodał pośpiesznie, oglądając się na Toj, która wyszła ze skopkiem na dziedziniec.
Aleksander nieznacznie wręczył mu papierek.
— Cóż to, cudzoziemcze, siłą chcesz wziąć! Patrzcie, patrzcie, on istotnie chce byka zabrać! Ludzie! ludzie! Co za grzech! — lamentował stary, podczas gdy Aleksander łapał i uprowadził byka.
Wydostawszy się za ogrodzenie, przełożył wodze kółka między rogi bydlęcia siadł na niego po jakucku i pojechał. Śmiał się, lecz było mu przykro, Jakut zaś wciąż krzyczał:
— Ludzie, ludzie! patrzcie, co się dzieje! Nie szanują nas, Jakutów.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.