Urzędnik Pickroft

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Arthur Conan Doyle
Tytuł Urzędnik Pickroft
Pochodzenie Pamiętniki Holmsa, słynnego ajenta londyńskiego : Tom I
Wydawca Skład główny w księgarni M. Borkowskiego
Data wydania 1905
Druk J. Bruś i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz nieznany
Tytuł orygin. The Adventure of the Stockbroker's Clerk
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Urzędnik Pickroft.

Wkrótce po ożenieniu się zamieszkałem w Paddingtawnie, objąwszy praktykę po starym doktorze, mister Farkuherze; praktyka niegdyś obfita, ostatniemi jednak czasy, z racyi zniedołężnienia Farkuhera, jakoteż z powodu tego, że cierpiał na epilepsyę, tak podupadła, że zaledwie od czasu do czasu pacyent się nadarzył. Publiczność obstaje przy tem, że kto leczy drugich, winien sam być zdrów przedewszystkiem, — względem więc lekarzy, którzy nie zdołali siebie uzdrowić, zachowuje się z krytyczną nieufnością. Tak więc praktyka mego poprzednika w tym czasie, gdym ją przejął, przynosiła nie więcej nad trzysta funtów rocznie, podczas gdy przedtem dochodziła do tysiąca pięciuset. Ufałem atoli mej młodości i energii, będąc przekonanym, że po kilku latach dociągnę do tej liczby, jeżeli jej nie przewyższę.
W ciągu trzech pierwszych miesięcy od czasu nowej siedziby byłem wciąż bardzo zajęty i prawie-m nie widywał mego druha, Holmsa. Trudno mi było się wybrać na ulicę Bekerstreet, on też rzadko kiedy odwiedzał kogo, jeżeli nie zniewalał go interes.
Byłem przeto zdziwiony razu pewnego, gdym w ranek czerwcowy po śniadaniu, czytając „British Medical Journal“, usłyszał dzwonek, a w ślad za nim przenikliwy głos dyszkantowy mego przyjaciela.
— Kochany Watsonie, — rzekł, wchodząc do pokoju, — jakże się cieszę, że cię widzę! Pani Watson, mam nadzieję, zdrowa?
— Dziękuję ci; obojeśmy zdrowi, — rzekłem, z prawdziwa radością wyciągając dłoń.
— Mam nadzieję także, że praktyka lekarska nie zdołała jeszcze zagłuszyć w tobie zamiłowania do naszych wypraw na gruncie prawniczym.
— Przeciwnie, — odrzekłem, — nie dawniej, jak wczoraj, porządkowałem moje notatki z tej dziedziny.
— Pochlebiam sobie, że nie uważasz tych notat za skończone i zamknięte?
— Naturalnie, że nie. Niczego sobie bardziej nie życzę, jak tego, bym je mógł jaknajrychlej pomnożyć.
— Choćby dziś?
— Choćby dziś, jeżeli zechcesz.
— Nawet, gdyby wypadło jechać do Birmingamu?
— Ależ rozumie się! Najchętniej.
— A praktyka?
— Zastępuję zawsze mego sąsiada, gdy wyjeżdża. Mam nadzieję, że obecnie on mnie zastąpi z przyjemnością.
— Wybornie tedy! — rzekł Holms, odrzucając się na krześle i spoglądając na mnie oczyma zmrużonemi.
— Widzę, żeś niedawno chorował. Cóż to, lekkie przeziębienie?
— Tak jest. Trzy dni nie wychodziłem z domu, z racyi silnego kataru. Nie przypuszczam jednak, by pozostał po nim jaki ślad.
— Bo też nie pozostał. Wyglądasz znakomicie.
— Zkąd więc zauważyłeś, żem był nie zdrów?
— Toć znasz przecie, mój drogi, moję tajemnicę odgadywania cudzych spraw, chociażby nawet tajnych.
— Przyszedłeś tedy do wniosku drogą rozumowania?
— Naturalnie.
— Lecz co posłużyło, jako założenie do tego wyniku myśli.
— Twoje pantofle.
Spojrzałem na nowe skórzane pantofle, które miałem na nogach. — Jakże to? — począłem, lecz Holms mi przerwał.
— Pantofle twoje są zupełnie nowe, — rzekł, nie mają więcej nad trzy tygodnie. Tymczasem podeszwy, które ztąd spostrzegam, są lekko opalone. Zrazu sadziłem, że były mokre i że suszono je przy ogniu, spostrzegam jednak ztąd naklejoną na środku markę fabryczną. Gdyby były wilgotne, marka by się odkleiła. Pozostaje tedy jedno przypuszczenie: siedziałeś w nich długo przy ogniu, co w miesiącu Czerwcu robi się tylko wtedy, gdy człowiek jest przeziębiony.
Jak wszystkie rozumowania Holmsa, tak i to odznaczało się szczytną prostotą. Odczytał tę myśl z mojej twarzy i uśmiechnął się filuternie.
— Obawiam się, że zanadto się obnażam, wyświetlajac drogi, któremi dochodzę do moich konkluzyj logicznych, — rzekł, — same wyniki bez komentarzy czyniły by więcej wrażenia. Jakże więc? jesteś gotów jechać ze mną do Birmingamu?
— Najzupełniej. Ciekawa sprawa?
— Opowiem ci w wagonie. Mój klient czeka na nas w powozie na ulicy. Czy możesz jechać natychmiast?
— Mogę.
Napisałem kilka słów do kolegi lekarza, pobiegłem na górę zawiadomić żonę o wyjeździe i dogoniłem Holmsa już na wschodach.
— Twój sąsiad także doktór? — rzekł, wskazując na mosiężną tabliczkę na drzwiach.
— Tak. Rozpoczął praktykę razem ze mną.
— A przedtem mieszkał tu także lekarz?
— Tak. W tym domu od samego pobudowania mieszkało zawsze dwóch lekarzy.
— Ty jednak masz liczniejszą praktykę, niż on?
— Tak. Z czego wnosisz?
— Ze wschodów, — rzekł. — Stopnie przy twoich drzwiach trzy razy brudniejsze. Ale otóż i nasz towarzysz. Pozwoli pan, że go przedstawię: mister Holl Pickroft. A teraz — zacinaj konie, — rzekł, zwracając się do woźnicy, — ledwie że zdążymy na pociąg.
Nowy mój znajomy, siedzący naprzeciw mnie, był to młodzieniec zdrów i świeży, z twarzą jasną, szlachetną, z wąsikiem puszystym. Cylinder na jego głowie był starannie wyprasowany; ubranie czarne, przyzwoite, wskazywało, że ten, co je nosił, należał do skromnej klasy młodzieży, zamieszkującej City, z której większość — znakomici sportsmeni i atleci. Twarz ta była pełna radości życia — i tylko w kącikach ust błąkała się jakaś trwoga przelotna. Gdyśmy już usadowili się we trzech w przedziale pierwszej klasy, wtedy dowiedziałem się wreszcie, co go zmusiło do udania się o pomoc do Holmsa.
— Będziemy jechali godzinę i kwadrans, — rzekł Holms, — poproszę pana, mister Pickroft, byś zechciał opowiedzieć memu przyjacielowi ciekawą swoję przygodę — tak, jak-eś ją mi opowiedział, lub jeśli można, jeszcze szczegółowiej. Dla mnie też będzie pożyteczne usłyszeć to po raz wtóry. Proszę, opowiadaj pan, nie będę już przerywał.
Młody nasz towarzysz spojrzał na mnie, uśmiechając się z pewnem zakłopotaniem.
— Chodzi o to, proszę pana, — rozpoczął, — że w całej tej sprawie gram bardzo głupią i niewyraźną rolę. Może się to, rzecz prosta, skończyć bardzo pomyślnie; sam też nie mogłem postąpić inaczej; w każdym jednak razie wyglądam w tem wszystkiem, jak prostak, którego łatwo wyprowadzić w pole. Sam pan się o tem przekona, panie doktorze!
— Pracowałem w firmie Kockson i Udhaus, lecz firma ta zbankrutowała i zostałem wraz z siedmdziesięciu pracownikami bez miejsca. Ponieważ służyłem w tej firmie pięć lat, więc stary Kockson dał mi bardzo chlubne świadectwo, na nic mi się ono jednak nie przydało. Gdziekolwiek-bądź się zwracałem, wszystkie miejsca były zajęte. Przez pięć lat zaoszczędziłem sobie koło ośmdziesięciu funtów, brałem bowiem trzy funty tygodniowo; pieniądze te atoli prędko się wyczerpały, tak że zaledwie mi wystarczało na robienie ogłoszeń lub na marki do listów, które musiałem w tym celu wysyłać. Zdarłem formalnie buty, biegając od jednego kantoru do drugiego.
— Otworzył się wreszcie wakans w wielkiej firmie handlowej „Mawson i Williams“. Nie wiem, czy zna pan tę firmę, znajduje się ona bowiem na krańcu miasta, chociaż jest jednym z najbogatszych domów handlowych w Londynie. Na ofertę wskutek ogłoszenia trzeba było odpowiedzieć piśmiennie. Posłałem na wszelki wypadek moje świadectwo, nie mając żadnej nadziei na powodzenie. W odpowiedzi otrzymałem wezwanie do objęcia posady od przyszłego poniedziałku. Trudno pojąć, jakim sposobem to się stało i jak wogóle załatwiają się takie sprawy. Mówią, że główny dyrektor zanurza rękę w stos listów i wyciąga pierwszy lepszy. Tak czy owak, szczęście uśmiechnęło mi się nie na żarty, i nie potrzebuję dodawać, jak byłem uszczęśliwiony. Pensya na początek funt szterlingów na tydzień, praca prawie taka sama, jak u Kocksona.
— Teraz poczyna się rzecz sama. Mieszkałem za miastem, w Hametedt, Potters Taras, № 17. Tegoż wieczora, którego otrzymałem wezwanie do objęcia posady, siedziałem w swoim skromnym pokoiku i paliłem fajkę. Naraz ukazuje się we drzwiach moja gospodyni i doręcza mi bilet wizytowy z nazwiskiem „Artur Pinner, ajent handlowy“. Nie słyszałem nigdy tego nazwiska i nie mogłem pojąć, czego by chciał odemnie; mimo to jednak, powiedziałem gospodyni, że „proszę“ tego pana. Wszedł: był to mężczyzna średniego wzrostu, brunet, z czarnemi oczyma i czarną brodą. Mówił tonem ludzi interesu, krótkiemi i urywanemi zdaniami, jak człowiek, który czas swój ceni.
— Mister Holl Pickroft? — zapytał.
— Tak jest, sir, — odrzekłem, przysuwając mu krzesło.
— Służyłeś pan przedtem u firmy Kockson i Udhaus?
— Tak jest.
— A teraz obejmujesz pan posadę u Mawsona.
— Tak jest, sir.
— Słyszałem, — mówił dalej, — że pan posiada niezwykłe zdolności finansowe. Zna pan, naturalnie, Paroge’a, b. zarządzającego u Kocksona? Nie mógł dosyć nachwalić pana.
— Bardzo mi przyjemnie to słyszeć. Starałem się spełniać uczciwie obowiązek, lecz nigdy nie sądziłem, bym zasłużył na takie pochwały.
— Czy ma pan dobrą pamięć? — zapytał.
— Tak jest, nie złą, — odrzekłem skromnie.
— Czy pozostając bez zajęcia, śledził pan usposobienie i ruch giełdy? — zapytał.
— Tak jest. Czytuję codziennie „Stock Exchange List“.
— To się nazywa prawdziwe zamiłowanie rzeczy! — zawołał. — Czy nie będzie mi pan miał za złe, że go trochę wyegzaminuję? Niech mi pan powie, jak stoją akcye Akszerskie?
— Od stu pięciu do stu pięciu i ćwierć, — odrzekłem.
— A nowo-Zelandzkie?
— Sto cztery.
— Brytańskie Broken Hill?
— Siedm i siedm i pół.
— Wspaniale! — zawołał zachwycony. — Odpowiada to w zupełności temu, com słyszał o panu. Mój młodzieńcze, zdaniem mojem, za wiele-ś pan wart na to, by być pracownikiem u Mawsona!
Zachwyt ten zadziwił mnie nieco, jak to sobie pan łatwo wyobraża.
— Inni chyba nie są tak łaskawi i hojni w mniemaniu o mnie, mister Pinner, — odrzekłem. — Jestem formalnie bez pieniędzy i rad jestem, żem otrzymał to miejsce.
— A! rzuć pan je bez namysłu. To nie karyera dla pana! Powiem panu, co mogę ofiarować panu natomiast, jeżeli zechcesz pracować w naszem biurze. Nie będzie to wiele w stosunku do pańskiego uzdolnienia, no lecz bez porównania więcej, niż panu ofiaruje Mawson. Kiedy pan masz zamiar objąć u niego posadę.
— W poniedziałek.
— Czy pan da wiarę, że ja jestem prawie pewien, że pan jej nie obejmie.
— Jakto: nie obejmę?
— W sposób prosty. Od dnia dzisiejszego zostaje pan mianowany, jako administrator Towarzystwa Śródziemno-Francusko-Hardwardskiego, które posiada sto trzydzieści cztery filie w miastach i miasteczkach Francyi, nie licząc filij w Brukseli i w San-Remo.
Na te słowa oddech mi zaparło.
— Nigdy nie słyszałem o tem Towarzystwie, — rzekłem, siląc się na spokój.
— Bardzo być może. Kapitały tej firmy znajdują się w prywatnych rękach i sprawy jej są tak pomyślne, że nie potrzebują reklamy. Brat mój, Harry Pinner jest głównym dyrektorem i kuratorem tego towarzystwa. Wiedząc, że się wybieram w te strony, prosił mnie o wyszukanie młodego i zdolnego pracownika, który by potrafił rzecz samoistnie poprowadzić. Parker mi mówił o panu i oto się zgłosiłem. Z żalem wyznaję, iż więcej nad pięćset funtów nie możemy ofiarować panu.
— Pięćset funtów rocznie! — wykrzyknąłem.
— To na początek. Oprócz tego otrzyma pan jeden procent komisowego od wszystkich komisów, jakie załatwią pańscy ajenci, a możesz mi pan ufać, że to wyniesie znacznie więcej, niż pensya.
— Ależ ja nie jestem zupełnie obznajmiony z tem zajęciem!
— Nic nie szkodzi. W krótkim czasie obznajmi się pan zupełnie.
W głowie mi się kręciło, ledwo-m mógł na krześle usiedzieć. Naraz ogarnęło mną zwątpienie.
— Muszę panu powiedzieć otwarcie, — rzekłem po chwili, — że chociaż Mawson daje mi tylko dwieście funtów na rok, lecz za to firma jego jest znana i pewna. A co się tycze Towarzystwa panów, to nic o niem nie wiem...
— Wybornie! — okrzyknął mój protektor w jakimś zachwycie ekstatycznym. — Właśnie taki nam człowiek potrzebny. Pana nie łatwo wywieść w pole. Oto jest bilet stufuntowy; jeżeli pan uważa siebie, jako naszego pracownika, jest to zaliczka z pańskiej pensyi.
— Zgadzam się, — rzekłem. Kiedyż mam objąć obowiązki.
— Jutro będzie pan w Birmingamie. Dam panu zaraz kartkę, którą pan doręczy memu bratu. Uda się pan na Corporation-Street, № 126c, gdzie znajduje się chwilowo nasz kantor. Tam pan znajdzie mego brata. Rzecz prosta, skontraktuje on pańskie wstąpienie do służby, chociaż główne punkty już załatwione między nami.
— Prawdziwie, nie wiem, jak panu podziękować, mister Pinner! — rzekłem.
— Ale cóż znowu! Otrzymałeś pan tylko to, na co zasługujesz. Teraz pozostaje nam do załatwienia kilka drobnych czynności; rzecz prosta, że to zwyczajna formalność. Czy nie ma pan arkusika papieru? Niech pan na nim napisze: „Zgadzam się na objęcie posady administratora Francusko-Śródziemno-Hardwardskiego Towarzystwa z płacą 500 funtów rocznie“.
Napisałem, czego pragnął, rzucił okiem na kartkę i schował ją do kieszeni.
— Ach! jeszcze jedna drobna okoliczność! — rzekł. — Co pan myśli teraz zrobić z Mawsonem?
— Ze szczęścia zapomniałem całkiem o Mawsonie, — rzekłem. — Napiszę do niego i odmówię mu objęcia posady.
— Właśnie chodzi o to, żeby pan tego nie robił. Pokłóciłem się dzisiaj o pana z zarządzającym Mawsona. Udałem się do niego, żeby zaciągnąć referencyj o panu, i był dla mnie bardzo niegrzeczny, oskarżając mnie o to, że mu ludzi odciągam, czy coś podobnego. Nie wytrzymałem nareszcie i rzekłem: „Jeżeli pan chcesz mieć dobrych pracowników, to płać im pan lepiej, niż płacisz!“ „Ręczę panu, że chętniej się zgodzi na naszą małą płacę, niż na pańską wielką!“, rzekł podrażniony. — „Może pójdziemy o zakład“, rzekłem ze swej strony, — „że otrzymawszy moje warunki, nie będzie nawet uważał za potrzebne zawiadomić pana o cofnięciu się”. Owszem! — rzekł, — zobaczymy! Wybawiłem go od śmierci głodowej, zobaczymy, czy tego nie oceni! Te były jego słowa ostatnie.
— A hultaj! — zawołałem. — Nigdy-m go na oczy nie widział. Oczywiście krepować się nim nie będę. Jeżeli pan sobie nie życzy, nie napiszę do niego ani słowa.
— Wybornie. Trzymam pana za słowo, — rzekł powstając z miejsca. — Jestem prawdziwie szczęśliwy, żem znalazł dla swego brata człowieka pewnego. Oto jest pańska zaliczka stofuntowa, a tu list polecający. Proszę, zapisz pan adres: Corporation-Street, № 126c, i pamiętaj pan, że jutro o pierwszej masz już być na miejscu. Dobranoc panu! Życzę powodzenia!
— Oto wszystko, cośmy z tym panem mówili, o ile mogę sobie przypomnieć. Może pan sobie teraz wystawić, panie doktorze, jak-em się ucieszył z tego szczęścia, które na mnie spłynęło. Cały wieczór przemarzyłem, rojąc widoki przyszłości, a nazajutrz ruszyłem do Birmingamu takim pociągiem, żeby przybyć jeszcze wcześniej, niż należało.
Odwiozłem rzeczy do Hotelu na New-Street i ztąd udałem się podług wiadomego adresu.
Przyszedłem o kwadrans wcześniej, niż należało, sądząc, że to nie uczyni różnicy. Dom pod numerem 126c cały był zajęty przez różne kantory i biura handlowe. Na liście odczytałem je wszystkie, lecz Francuzko-Śródziemno-Hardwardskiego Towarzystwa śród nich nie było. Stałem chwile, smętnie dotknięty; najwidoczniej zażartowano ze mnie; miałem już odchodzić, gdy nagle stanął przedemną jegomość, bardzo podobny do mego wczorajszego gościa. Twarz jedynie była cała wygolona i włosy jaśniejsze, niż u niego.
— Pan jesteś mister Holl Pickroft? — zapytał.
— Tak jest, — odrzekłem.
— Czekałem na pana, atoli pan przyszedł nieco wcześniej, niż było umówione. Dziś zrana otrzymałem list od brata; brat mój bardzo chwali pana.
— Przed chwilą, zanim się pan zbliżyłeś, odczytywałem nazwy kantorów, — odezwałem się, chcąc zatrzeć niedawne wrażenie.
— Ach, tak! Jeszcześmy swego nie obwieścili, bowiem ten lokal jest chwilowy. Proszę niech pan pozwoli, omówimy szczegóły.
Udałem się za nim na górę i weszliśmy do niewielkiego, całkiem pustego, z nagiemi ścianami pokoju. Spodziewałem się ujrzeć wielkie widne sale z rzędami stołów i całą armią pracujących, jak to było u Kocksona, i dla tego ze zdumieniem spojrzałem na mały stół, dwa krzesełka i małą szafkę, stanowiące całe umeblowanie pokoju, do którego-śmy weszli.
— Niech się pan nie przeraża, mister Pickroft, — rzekł mój towarzysz, widząc, że twarz moja wydłuża się ze zdziwienia. — Nie odrazu Rzym pobudowany, a my mamy tyle gotówki, że nie potrzebujemy dbać tak wielce o zewnętrzną stronę naszego przedsiębiorstwa. Proszę, niech pan siada i da mi list brata.
Podałem mu list, wziął go i uważnie odczytał.
— Widzę, żeś pan wywarł na mego brata Artura najkorzystniejsze wrażenie, a to jest sędzia nielada! Dobrze więc, idę za jego radą i mam zaszczyt oznajmić panu, żeś pan na służbę do nas przyjęty.
— Na czem polegają moje obowiązki? — zapytałem.
— W przyszłości będziesz pan zarządzał wielką filią w Paryżu, tymczasem zaś, przez dwa tygodnie zostaniesz pan w Birmingamie, gdzie będziesz mi na innej drodze pomocny.
— Mogę zapytać: na jakiej?
Zamiast odpowiedzi wyjął z szafy wielką księgę czerwona.
— Jest to księga adresowa Paryża, — rzekł mi, — wyliczone w niej wszystkie banki i domy handlowe. Zechce ją pan wziąć z sobą i zrobić wypis tych wszystkich, które mogą być użyteczne w naszym interesie. Jest to rzecz, bardzo ważna dla mnie.
— Wszak muszą istnieć w tym rodzaju gotowe już wypisy? — zapytałem.
— Tak, lecz im bardzo ufać nie można. Oprócz tego ma się pan jeszcze w tym wypisie kierować specyalnemi wskazówkami, które tu wypisałem dla pana. Wypis ten, prosiłbym pana, by był gotów na poniedziałek, na 12 godzinę. Do widzenia, mister Pickroft; jeżeli pan będzie pilny i stateczny, sądzę, że będzie panu u nas dobrze.
Wróciłem do hotelu z wielką księgą pod pachą i z wielkiem wątpieniem w sercu. Z jednej strony mam niby stanowisko i sto funtów zaliczki. Z drugiej strony — widok pustego biura, nieobecność urzędników i inne w tym rodzaju szczegóły zmuszały mnie do głębokiej zadumy nad zamożnością moich chlebodawców. Tak czy owak, pieniądze mam w kieszeni; siadłem tedy do roboty. Pisałem przez całą niedzielę, nie rozprostowując krzyża, i dopisałem w poniedziałek zaledwie do litery N. Poszedłem do swego szefa, zastałem go w tym samym pokoju i przedstawiłem księgę. Przedłużył mi termin do środy. Atoli i w środę rzecz nie była skończona; przesiedziałem nad nią do piątku, t. j. do dnia wczorajszego, i znowu udałem się do pana Harry Pinnera.
— Dziękuję panu bardzo! — rzekł mi. — Przykro mi, żem pana tak wielce sfatygował tą pracą, lecz była to rzecz dla mnie ważna.
— Tak jest, trzeba było nad nią przysiedzieć fałd, — rzekłem.
— Teraz niech pan mi wygotuje drugi taki wypis, jeśli łaska.
— Owszem.
— Jutro koło siódmej niech pan się zgłosi i powie mi, co pan zrobił. Tylko niech się pan nie przeciąża. Nie zaszkodzi, jeżeli pan po dniu pracy spędzi sobie kilka godzin gdzie na muzyczce! Przy tych słowach roześmiał się, a ja zostałem, jak rażony, widokiem złotej plomby na jednym z przednich zębów, z lewej strony szczeki.
Holms aż ręce zatarł z radości, ja zaś słuchałem, nic a nic z tego nie rozumiejąc.
— Niech pan się nie dziwi, panie doktorze, — rzekł Pickroft, — chodzi jednak o to, że kiedy-m rozmawiał wtedy w Londynie z tamtym Pinnerem i kiedy się uśmiechnął na moje oświadczenie, że nie będę pisał do Mawsona, to zauważyłem, że miał plombę złotą na zębie; plomba obecnego Pinnera jest na tym samym zębie i odrazu uderzyła mnie swoją tożsamością. Gdym porównał głos i figurę obydwóch braci i odrzucił to, co łatwo można zmienić przy pomocy brzytwy i farby, nie wątpiłem już dłużej, że obadwaj Pinnerowie stanowią jednę osobę. Rzecz prosta, bracia mogli by być bardzo podobni, trudno jednak przypuścić, by mieli zaplombowany ten sam ząb, w tem samem miejscu. Pinner wkrótce mnie uwolnił i powróciłem od niego, jak zaczadzony. Przedewszystkiem zlałem głowę wodą zimną z pod kranu i tak orzeźwiony, począłem rozmyślać nad swym losem. Po co mnie wysłał z Londynu do Birmingamu? Po co sam tu przybył przedemną? Po co pisał list sam do siebie? Było to wszystko dla mnie nadto zagadkowem, nie mogłem się z tem uporać — i oto postanowiłem udać się do mister Holmsa. Dziś rano ledwiem zdążył na pociąg, by zwiastować mu to wszystko, a oto jedziemy już we trzech do Birmingamu.
— Jak ci się to podoba, Watsonie? — zapytał Holms, gdy Pickroft skończył swe opowiadanie. — Co? nieźle by było, gdybyśmy go zobaczyli, tego pana Pinnera, w jego tymczasowym kantorze Towarzystwa Francuzko-Śródziemno-Hardwardskiego?
— Ale jakże to urządzić? — zapytałem.
— O, to nic trudnego, — rzekł Pickroft. — Powiem mu, że panowie jesteście memi przyjaciółmi i że poszukujecie zajęcia; nie będzie więc nic dziwnego, że przyprowadzam panów do niego, jako do dyrektora towarzystwa.
— Wybornie! — rzekł Holms. — Z przyjemnością popatrzę na tego pana i postaram się dojść tajemnicy. Ciekawa rzecz, jakie pańskie zalety zdały mu się, jako poręczne, lub też...
Zamilkł i począł wyglądać przez okno. Do końca też drogi nie mogliśmy wydobyć z niego ani słowa.
O siódmej wieczorem szliśmy wszyscy trzej ulicą Corporation wprost do kantoru Pinnera.
— Niema się co spieszyć, — rzekł Pickroft, — siódma za parę minut, on zaś przychodzi regularnie o siódmej; do tej pory kantor jest zupełnie pusty.
— No, nie wiadomo, czy tak jest zawsze, — zauważył Holms.
— A co! nie mówiłem, — zawołał Pickroft. — Oto idzie przed nami. Proszę!
Pokazał nam jegomościa nizkiego wzrostu, z jasnym blond włosem, przyzwoicie odzianego, który szedł z drugiej strony ulicy. Widzieliśmy, jak zbliżył się do przekupnia gazet, jak spiesznie kupił gazetę wieczorową i zmiąwszy ją w garści, zniknął w bramie domu.
— Już wszedł, — zawołał Pickroft. — Teraz już jest napewno w kantorze. Chodźmy, pragnąłbym jaknajprędzej dowiedzieć się prawdy.
Poszliśmy za nim na piąte piętro i zatrzymaliśmy się przy drzwiach uchylonych, do których Pickroft zastukał. „Proszę“, rozległ się głos — i oto znaleźliśmy się w pustym pokoju, który opisał nam Pickroft. Przy stole siedział mężczyzna, któregośmy widzieli na ulicy, i czytał gazetę; gdy podniósł głowę i spojrzał na nas, twarz jego była napiętnowana takiem przerażeniem, jakiego-m nigdy, ani przed tem, ani potem już w życiu nie widział. Na czoło wystąpiły mu wielkie krople potu, policzki były białe, jak kreda, oczy błyszczały, jak w gorączce. Spojrzał na Pickrofta, jakby go wcale nie poznając; ten też zdumioną swą twarzą zaświadczał, że nigdy jeszcze w tym stanie nie widział swego zwierzchnika.
— Pan jesteś chory, mister Pinner? — zapytał go.
— Tak jest, słabo mi trochę, — odrzekł Pinner, starając się zapanować nad sobą. — Kto są ci panowie, których pan przyprowadziłeś ze sobą?
— Jeden z nich jest mister Harren z Bermonthey, drugi — mister Price z Birmingamu, — rzekł Pickroft nie zmieszany. — Są to moi przyjaciele, którzy są chwilowo bez zajęcia; mają nadzieje, że może pan ich zatrudni czemkolwiek.
— Bardzo, bardzo być może! — rzekł już raźniej Pinner, zmuszając się do uśmiechu. — Bez wątpienia znajdziemy coś dla panów. Jakie są pańskie kwalifikacye, mister Harren?
— Jestem buchalterem, — odrzekł Holms.
— Naturalnie, że coś znajdziemy. A pańskie, mister Price?
— Byłem urzędnikiem w kantorze, — odrzekłem.
— Bardzo być może, że przyjmę panów do siebie. Dam panom znać, jak tylko się ureguluję nieco. A teraz, proszę panów, zostawcie mnie w spokoju! Na Boga, zaklinam panów!
Słowa te wyrwały mu się jakby niechcący z gardła.
Ja i Holms spojrzeliśmy na siebie, Pickroft zbliżył się do stołu.
— Pan zapomniał widocznie, mister Pinner, że pan mi kazał przyjść o tej porze.
— Ależ nie! zkąd znowu! pamiętam dobrze, — rzeki spokojniej. — Proszę, niech pan chwilkę zaczeka. Pańscy przyjaciele, jeżeli pragną, mogą także tu zaczekać. Za trzy minuty będę służył panom.
Wstał, ukłonił się nam grzecznie i zniknął we drzwiach, prowadzących do sąsiedniego pokoju.
— A teraz co? — zapytał Holms szeptem.
— Jeszcze, co nie daj Boże, czmychnie nam.
— Co to, to nie! — rzekł Pickroft.
— Dla czego pan tak sądzi?
— Te drzwi prowadzą do bocznego pokoju.
— Zkąd niema wyjścia?
— Tak.
— Tamten pokój jest umeblowany?
— Do dnia wczorajszego był pusty.
— Cóż tedy on w nim robi? Nie mogę jakoś dojść do ładu. Jeżeli doznał kto kiedy uczucia przerażenia, to najpewniej on, Pinner. Czegoż się tedy tak przeraził?
— Wziął nas za ajentów policyjnych, — zrobiłem przypuszczenie.
— Tak, napewno! — potwierdził Pickroft.
Holms pokręcił głową.
— Nie! on był już przedtem blady, zanim weszliśmy do pokoju, — rzekł. — Bardzo być może, że to...
Słowa te zostały przerwane przez łoskot zwewnątrz przyległego pokoju.
— Cóż to on do własnych drzwi kołace? — zawołał Pickroft.
Znów się rozległo stuknięcie, raz i drugi. Patrzaliśmy w stronę drzwi zdziwieni.
Spojrzawszy wypadkiem na Holmsa, spostrzegłem, że twarz jego nagle pobladła i aż uchwycił się za stół, żeby nie upaść. Jednocześnie rozległ się z tajemniczego pokoju jakiś dziki głos schrypnięty i coś runęło na ziemię. Holms jednym skokiem był już u drzwi i pchnął je. Były odwewnątrz zamknięte. Za jego przykładem, obaj nalegliśmy na nie całym ciężarem. Jedna zawora ustąpiła, potem druga, wreszcie drzwi z trzaskiem się otworzyły. Wpadliśmy do pokoju.
Był pusty.
Tak jednak zdawało nam się tylko na pierwszy rzut oka. W kącie, naprzeciwko, były jeszcze drugie drzwi. Holms pchnął je do środka. Surdut i kamizelka leżały na ziemi, a na haku, za drzwiami, na własnych swych szelkach, wisiał główny dyrektor Towarzystwa Francuzko-Śródziemno-Hardwardskiego. Kolana jego były podgięte, głowa zwisła, a obcasy butów dotykały drzwi. Ztąd hałas, któryśmy słyszeli z przyległego pokoju. Jednej chwili chwyciłem go wpół i uniosłem do góry, Holms i Pickroft pospiesznie zdejmowali pętlicę. W niespełna minutę nieśliśmy go już do pierwszego pokoju, gdzie złożyliśmy na stole.
— Co sądzisz o tem, Watson? — zapytał Holms.
Pochyliłem się nad bezwładnym i zbadałem go uważnie. Puls jeszcze się kołatał słabo i nierówno, oddech był zaledwie dostrzegalny; a pod powiekami, które się zlekka rozemknęły, szklił się białek oka.
— Omal że nie skończył, — rzekłem, — jeszcze chwilka i było by po nim. Teraz wszakże będzie żył. Otwórzcie panowie okno i dajcie mi karafkę z wodą.
Rozpiąłem mu kołnierz, prysnąłem wodą na twarz i przez długi czas starałem się sztucznym sposobem wywołać oddech pełniejszy.
— Teraz to już tylko kwestya czasu, — rzekłem, odstępując wreszcie od leżącego.
Holms stał przy stole z rękoma w kieszeniach, z głową pochyloną.
— Należało by dać znać policyi, — rzekł po chwili, — przedtem atoli chciałbym rzecz wyświetlić.
— Nic a nic z tego nie rozumiem, — rzekł Pickroft, potrząsając głowa, — po co im trzeba było sprowadzać mnie tutaj i wplątywać w jakąś dziwną kabałę?
— A dla mnie to wszystko bardzo jasne, — odrzekł Holms, — jednego tylko nie pojmuję, co go popchnęło do targnięcia się na własne życie?
— Jakto? więc reszta całkiem dla pana zrozumiała?
— Przypuszczam, że tak. A ty co powiesz o tem, Watsonie?
Wzruszyłem ramionami.
— Jedno tylko mogę powiedzieć, — odrzekłem, — że nic a nic nie rozumiem.
— Jeżeli zastanowisz się trochę, dojdziesz, że wszystko tu zdąża do jednego celu.
— Ale — do jakiego?
— Cała rzecz oparta na dwu głównych czynach. Pierwszy: zmuszenie Pickrofta do napisania deklaracyi, że pragnie objąć posadę w owem fikcyjnem Towarzystwie Francuzko-Sródziemno-Hardwardskiem. Czyż nie domyślasz się, na co im to było potrzebne?
— Przyznam ci się, że nic jeszcze nie rozumiem.
— Ależ to takie jasne. Tego rodzaju umowy zawierają się zazwyczaj ustnie, nie było żadnej racyi wyłamywać się z ogólnie przyjętego zwyczaju. A wiec — oczywista, że potrzebny im był charakter pańskiego pisma, panie Pickroft! Oto — wszystko.
— Ale do czego?
— Do czego! To także nie trudne do rozwiązania. Widocznie ktoś zapragnął podszyć się pod pańskie pismo i dla tego był mu niezbędny wzór tego pisma. A teraz przejdziemy do drugiego punktu i obaczymy, że stwierdza poniekąd pierwszy. Polega on na tem, że Pinner domagał się usilnie, żebyś pan nie zawiadamiał Mawsona o odmowie co do przyjęcia posady, czyli — żeby zarządzający Mawsona pozostał w tem przekonaniu, że w poniedziałek wstąpi do służby nowy urzędnik — Holl Pickroft.
— Boże! — wykrzyknął Pickroft, jakiż ja byłem naiwny! Jak można było dać się tak wywieść w pole!
— Teraz, jak pan widzi, wyjaśnia się, po co był potrzebny wzór pańskiego pisma. Niech pan sobie wyobrazi, że zamiast pana obejmuje tę posadę ktoś inny, który pisze całkiem innem pismem, niż była pisana prośba; rzecz prosta, iż oszustwo odrazu by się wykryło. Tymczasem ów „ktoś“ wystudyował pański charakter pisma i jest zupełnie zabezpieczony, przypuszczam bowiem, że nikt tam w biurze nie widział nigdy pana.
— Żywa dusza mnie tam nie zna, — jęknął Pickroft.
— A widzi pan! Ważną następnie rzeczą było usunąć pana jak można najdalej, żebyś pan wypadkiem nie dowiedział się... o swem urzędowaniu u Mawsona. Dano panu w tym celu ów awans i posłano tutaj, gdzie natychmiast opatrzono ladajaką robotą, niby bardzo pilną, żeby przeszkodzić ochocie wyjazdu do Londynu, która mogła by się przy mniejszej pracy nastręczyć. Czyż to nie jasne?
— Po cóż tedy ten jegomość grał rolę swego brata?
— I to oczywiste. Najwidoczniej — jest ich dwóch. Jeden z nich gra obecnie pańską rolę urzędnika w biurze Mawsona. Drugi grał rolę pańskiego protektora; ponieważ jednak potrzebna jest do tego i trzecia osoba, a człowiek obcy w tej spółce nie był by pożądany, zmienił przeto swoję powierzchowność, licząc na to, że podobieństwo rodzinne dwóch braci nie będzie pana raziło. I rzeczywiście, gdyby nie ten ząb zaplombowany, nie zbudziło by się tak prędko w panu podejrzenie.
Holl Pickroft załamał ręce z rozpaczy.
— Boże! — wykrzyknął, — lecz co ten drugi Pickroft robił tam w kantorze? Co począć, mister Holms, by w porę zapobiedz?
— Trzeba telegrafować do Mawsona.
— W soboty zamykają o 12-ej.
— Nic nie szkodzi. Może będzie tam jaki woźny lub służący.
— Naturalnie! przecie musi być dyżurujący: toć mają kosztowności w skarbcu.
— A wiec tak! zatelegrafujemy do nich z zapytaniem, czy wszystko w porządku i czy służy u nich urzędnik z takiem, jak pańskie, nazwiskiem. Wszystko to bardzo oczywiste, ale oto, czego nie pojmuję, że jeden z tych łotrów, obaczywszy nas, poszedł i powiesił się.
— Gazeta! — wykrztusił naraz ktoś za nami. Był to Pinner, który odzyskał przytomność, uniósł się i siadł, zataczając dokoła błędnemi jeszcze oczyma i obmacując rękoma swą szyję.
— Gazeta! Ależ naturalnie, że gazeta, — zawołał Holms, — toż-em idyota! Zapomniałem całkiem o gazecie, a przecie w niej najpierw szukać wypadało przyczyn tego kroku.
Porwał gazetę ze stołu — i krzyk mimowolny wyrwał mu się z piersi.
— Patrz no, patrz no, Watsonie! Wieczorne wydanie „Evening Standart“. Wszystko, czego nam potrzeba. Czytaj. „Zbrodnia w Citi. Zabójstwo u Mawsona i Williamsa. Usiłowanie grabieży; ujęcie zbrodniarza“. Bądź łaskaw, Watsonie, przeczytaj to nam głośno.
„Ogromnie śmiałe usiłowanie rabunku wraz z zabójstwem, zakończone ujęciem zbrodniarza, poruszyło dzisiaj całą dzielnice. Parę tygodni temu do firmy Mawson i Williams złożone zostały na przechowanie kosztowności w cenie około miliona funtów. W tym celu zostały zakupione nowe kasy ogniotrwałe najnowszego systemu, a w gmachu dniem i nocą dyżurował policyant. Tydzień temu przyjęty został na posadę nowy urzędnik, nazywający się Pickroft. Okazało się, że pod tem nazwiskiem ukrywał się znany dobrze policyi, zbrodniarz i rabuś, Beddington, który zbiegł z więzienia razem ze swym bratem. Jakimś sposobem udało mu się pod obcem nazwiskiem wejść w szeregi pracujących w kantorze, z czego wkrótce skorzystał, zdejmując z zamków woskowe odbicia, by następnie dostać się do kas ogniotrwałych.
W sobotę biuro u Mawsona skończyło się o 12-ej w południe. Dla tego sierżant Tuzan, stróżujący przed gmachem, był nieco zdziwiony, ujrzawszy jegomościa, wychodzącego z kantoru z workiem podróżnym w ręku. Tknięty jakiemś przeczuciem, udał się za nim i przy pomocy drugiego policyanta aresztował go, pomimo gwałtownego ze strony złoczyńcy oporu. W torbie znaleziono wiele papierów wartościowych i cały stos banknotów.
Zrewidowawszy następnie kantor, znaleźli ciało stróża związane i wciśnięte do kasy ogniotrwałej. Zbrodnia nie była by się wykryła prędzej, niż w poniedziałek, gdyby nie domyślność sierżanta. Widocznie Beddington powrócił pod jakimś pozorem do kantoru, zabił stróża i niezwłocznie wziął się do rabunku, zagarnąwszy, ile się dało. Brat jego, zazwyczaj w spółce z nim operujący, dotychczas nie wykryty pomimo energicznych pościgów.
— Co do tego, pomożemy nieco policyi, — rzekł Holms, wskazując na złoczyńcę, wciąż jeszcze siedzącego w dawnej swej pozycyi.

— Dziwny twór — człowiek, nie prawda-ż, Watsonie? Nawet łotr i zabójca może wzbudzić w swym bracie tyle przywiązania, że na wieść o ujęciu jego, targnie się na swe życie z rozpaczy. Nie mamy tu atoli nic innego do czynienia. Ja i doktór zostaniemy na straży, a pan, mister Pickroft, zbiegniesz na dół i sprowadzisz policyę.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Arthur Conan Doyle i tłumacza: anonimowy.