Ukraińska bajda

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
UKRAIŃSKA BAJDA.




W tułackich moich wędrówkach zdarzyło mi się napotkać jednę z tych dusz stepowych, którym po za rodzinną Ukrainą cały świat za ciasny, zupełnie jak w dumce Bogdana. Na równinach Kujawskich, czy na Paryzkim bruku, nucił on sobie swoje w dzieciństwie zasłyszane stepowe piosnki; szczery, serdeczny, a śpiewak zawołany; — całem jego marzeniem było dosiąść jeszcze kiedy wronego konika a ściąć się z Moskalami, jak niegdyś w sławnym Różyckiego pułku. Wieczorem kiedy się kilku kolegów tułactwa do niego zeszło, serdeczny mój Zurba siedział kwaśny, smutny pókąd go na pieśni nie wyzwano, wówczas twarz jego się rozjaśniała, jakby go skrzydło anioła Ukraińskiéj chorągwi nad Dnieprowe progi przeniosło; zdawało się, że rodzinnem oddycha powietrzem i słucha brzęku much i komarów na tych rozfarbionych przestrzeniach gdzie Polska ulubieńcom swoim nie złote góry ale złote dumy napędza. Słuchał, wsłuchywał się, a potem, kiedy rozpuścił głos tęskny, rozległy, występowały po kolei stare Nyczaje i Sawy, stare Skałozuby i Zborowscy, więc i Mazepa ze swoją czajką, co to powiła ditki przy bitéj dorozi, a potem jéj przyszło wtopytysia w czornomu moru, to znowu o neobucznym, co zamieniał żynku na tytuń, na lulku Sahajdaczny, a na zakończenie piosenkę owego pijanicy: „Oj medeż mój mede słodko tebe pyty.“ A z jego piosnek lepiéj można było poznać Ukrainę jak z opisu Beauplana i Bantyszów Kamińskich, więcéj tajemnic odgadnąć od owych rozkopywaczy kurhanów, uczonéj kommissyi wyznaczonéj przez Moskiewską czy Petersburgską akademiją, do zbadania stanowczo co się znajduje w grobach Ukrainy, i jemu to w dniach tułactwa po własnéj i po cudzej ziemi układałem nieraz piosenki nieokraszone żadną nadziemską melodyą, z każdego dymu marzeń rekrutowaliśmy naszych wojaków i cieszyli biedne serca tą gawiedzią stepową. Nie znając Ukrainy jak tylko z opowiadań jéj ukochanych dzieci, kierowałem się instynktem jakoś i jak owe gończe grając na tropach rozweselają czoło myśliwca, tak ja bywało serdecznemu Zurbie śmiechu nastroję. W roku 1854 przyjaciel mój, kiedy się zdawało że chwila urzeczywistnienia nadziei naszych nadeszła, dobrał się nareszcie do szabli i konia, paryzki siodlarz wedle jego własnego pomysłu wyrządził mu kulbakę, i puścił się w świat za morze, poniewierać stare kości zwyczajem wygnańskim jak Bóg przykazał i ludzie powiedzieli. Ś. p. Adam Mickiewicz widział go w Warnie, ba i słuchał jego pieśni. Co dalej niewiem. Jeśli żyje, to tęskni jak wprzódy, jeśli umarł to się włóczy po Ukrainie i mołodcom zapommane piosnki podpowiada; cobądź z nim się stało niech mu Pan Bóg wynagrodzi jedyne szczęśliwe chwile jakie miałem w krótkiem z nim pożyciu. Bajka, którą obecnie wydaję, jest jedną z wielu dla niego wyłącznie pisanych, a nie na żaden literacki użytek i dla tego bardzo być może, iż światłej nie zadowoli krytyki. Cóż czynić, kiedy on powiedział, że opowiedziana jest na sposób kurny Ukraiński, i że powinna wracać między siostry swoje dumki chłopskie, a ja zdanie tego krytyka wysoko sobie poważam.
Niechże więc idzie, krzyżyk jéj święty na drogę.




Józefowi Rawskiemu.




Miły ojcze, ot ja tobie
Na pociechę torban stroję,
Ulżę tobie, ulżę sobie,
Trochę serce uspokoję,
Bo ci w ustach skrzepły słowa.
I coś piersi ledwie dyszą,
I spuszczona na dół głowa,
I kozackie wąsy wiszą.
I ja nie znam co roskosze,
Całe życie biedę noszę,
Lecz choć nieraz mi zaskórzy,
To ja śmieję się w najlepsze;
Zobaczymy kogo dłużéj,
Zobaczymy które przeprze.

Miałem chatę, hej! pod słomą,

Gdziem się rodził, gdziem się bawił,
Aż tu, ojcze, niewiadomo
Zkądś na stepie czart się zjawił,
Jak wziął kręcić tumanami,
Nieść snopami, rwać dachami,
Tak najpierwéj z mojéj chaty
Porozrzucał snopki, łaty,
Potem w zęby złapał drzewo,
I na prawo i na lewo,
Nuż szamotać wśród wichury,
Pogryzł ściany w drobne wióry.

Miałem konia od czumaka,
Kupił jego za psie grosze.
Czumak sprzedał konia ptaka,
Toż to chodził! widzieć proszę.
Niech daruje pan dobrodziej,
Dziewka w tańcu tak nie chodzi.
Wziął trzy woły na zamianę
Héj, takiego jak bułany
To już ojcze mój kochany
Chyba w niebie tam dostanę.

Zajeździłem konia w drodze
Do dziewczyny, do niewiernéj,
A dziś Boże miłosierny
Z krzywym kijem po wsi chodzę.
Zabrał kożuch żyd psiajucha,
Za kożuchem poszło siodło,
Teraz bieda bez kożucha,
Co się wiodło to się wiodło.
Trudna rada, jednak żyję,
Na pociechę wódkę piję,
Wódkę piję, w torban dzwonię,
Miła sercu dawna nóta,
I z dnia na dzień biedę gonię
Taki oto szałaputa.
Jeszcze tylko torban służy,
O trzech stronach to ladaco,
Reszty kupić niema za co,
Niechaj służy jak najdłużéj,
Bo jedyna to pociecha,
Jak się spojrzę na to drewno.
Jak się do mnie tęskno rzewno,
Torbanisko to uśmiecha,

To mi w piersiach tak przestrono,
Tak stepowy wiatr tam chodzi.
Tak się w duszy coś pogodzi,
Jak tych niebios jasne łono,
Kiedy zorzą nad stepami,
Bożym świtem się rozpłonie,
Kładę palce nad strunami,
I powoli brzęczę, dzwonię,
Aż zagrają dumy w głowie,
Niechże wtedy kto mnie powie:
Że ja Kozak nieszczęśliwy,
Ja szczęśliwy, jak Bóg żywy.
Więc o stepach o swobodzie,
Zawsze pełna myśl i głowa,
I o Lachów tym narodzie,
Co dziś ojcze, ani słowa,
Dużo cierpi i co czeka
Na Anioła czy na człeka.

Pany Lachy wasza dola
Była jeszcze kiedyś gorszą,
Gdy Ostrogski wyszedł w pola

I nuż Moskwę ciąć pod Orszą.
Z nim mołodce by step bujny,
Poruszany tchnieniem sławy,
Był to hetman mądry, czujny,
Godny czapli i buławy.
Głowa harda podgolona.
A wąs ojcze na ramiona,
Zawsze ręka z szablą razem,
Jak żelazo ze żelazem.
Gdy się modli bierze skrucha,
Kiedy mówi czuj duch słucha.
Kto nie zaznał co niewola,
Ten nie z chęcią idzie w pola,
Lecz Konstanty znał się na tem,
Więc nie gadał Moskal bratem.
Hej jak orzeł za szczeblami,
Tak on siedział za kratami,
Kajdanami obrączkami,
Poprzerzynał białe nogi,
Żelaznemi naręczniami
Skrwawił ręce, Boże drogi —
W ciemnéj jamie na rogoży,

Czy noc chmurna, czy dzień Boży,
Kto się dowie — ot swoboda,
Słup i łańcuch, chleb i woda...

I tak byłby zmarniał może
Wysiadując tę niewolę,
Gdyby nie był się w sokolę
Zmienił postać i nad mury,
Nie wyleciał ponad chmury,
Na ojczyste Zaporoże.
Wtedy kozak jak ja oto
Siedział piejąc dumkę złotą,
A koń przy nim szczypał trawę,
Jedną razą kiedy łzawe
Zwróci oczy, aż tu z góry
Leci sokół szparkopióry,
Leci, leci i upada;
Ha no tak nasz brat zagada:
— Héj ty ptaku z któréj strony,
Czy daleka twoja droga?
Co tam robi uwięziony
Utęschniony kniaź z Ostroga.

Na to sokół: — Bracie miły,
Przedzierzgnął się w ptasią postać,
I tak leciał co miał siły
Byle się na stepy dostać,
I przyleciał w Zaporoże
Szarpać ścierwo, pić krew wroga,
— Na koń bracia w imie Boże.
Ja — to jestem kniaź z Ostroga. —
I przemienił się w hetmana
W kozackiego atamana.
Ah! tak zaraz sto kureni
Konno, zbrojno wystąpiło,
A co potem ojcze było,
Jeszcze dziś się step czerwieni
Jak się szable rozmachały,
Jak się spisy rozigrały.
Przeklętemu Moskalowi
Upuściłże krwi niemało,
Niewiedzieli zkąd Dnieprowi,
Zkąd Prypeci przybywało,
Czarnéj wody — woda czarna,
Woda czarna — to krew marna.

Jaka dusza, och! jedyna,
Było, weźmie żupan suty,
Pas ze złota krasne buty,
To się śmieje — héj! Dubyna
Ty lackiego widzisz pana,
Nie kozaków atamana.
— Prawda, panie,... a gdzie smoła?
I z pięknego jak anioła
Czarny djabeł, ojciec drogi,
Kapią smołą ręce, nogi.
Taki miły ot brat wierny,
Ach! ty Boże miłosierny.
A w Stambule w Trabizondzie
Sułtanowi jak podkadził,
Wszystkie dziewki mu poczadził.
Płomień straszny jak na sądzie
Ostatecznym, sułtan kłania,
A on jego wziął za ucho,
Niechcę twego przepraszania,
A nie ujdziesz mi na sucho.
Dosyć tobie w świecie broić,
Trzeba ciebie uspokoić. —

To się sułtan kłania, prosi,
Co ma tylko wszystko znosi,
Srebro, złoto, atłas biały,
— Nic nie nada weź ty sobie,
Na co nam się srebra zdały,
Ja atłasem nie ozdobię
Mojéj duszy — to znów błaga,
Ale wszystko nie pomaga.
Aż dopiero na talmudzie
Jak poprzysięgał, że nie ruszy
Chrześcijańskiéj żadnéj duszy,
Tak dopiero nasi ludzie
Odstąpili — dziękuj Bogu,
A znaj kniazia na Ostrogu

Jak postarzał że z świetlicy
Nie mógł na swiat wiele chodzić,
By tęsknotę ułagodzić,
Kazał sobie przy łożnicy
Na torbanie codzień grywać
I kozackie dumy śpiewać,
Więc jak nieraz się zasłucha,

Siedzi martwy jak bez ducha,
Ręce na pierś założone
Tylko usta uśmiechnione,
Tylko wąs się czasem ruszy,
Kiedy mu tam coś do duszy
Jakoś więcéj przemówiło,
To się oko roziskrzyło,
I odetchnął jakby zdrowe
Pił powietrze to stepowe.
Gdy usłyszał rżenie koni,
To leżący hetman stary
Wyschłą ręką macał broni,
Na Moskali na Tatary.
I tak oto miły panie
Skończył hetman przy torbanie
Sławny człowiek.
To ja nieraz
Kiedy dziad pod cerkwią siedział,
Były grosze, nie jak teraz
To i dałem by powiedział:
Téj Przecystéj temu Zbawcy
Jaka bieda w Ukrainie,

Toj szepnąłem, kędy sprawcy,
A dziad siwą głową skinie,
Więc jak z Bogiem się rozgada
To mu z oczu łza upada.
Bo to mówią, że Piotr święty
Póty nieba nie odkryje,
Aż człek łzami się obmyje,
Aż to wszystko co przeklęty
Czart narzuca, nie oczyści
Wszystkich grzechów, nienawiści.

Czy widzicie? gwiazda złota
Co świeciła ojcom starym,
Oto wznosi się nad jarem
I niebieskie światło miota
Na jeziora srebro — płynne
I na szereg mogił w dali,
Kędy leżą ojce słynne
Pogrzebane w zdartéj stali.
Może kniaź z Ostroga stanie,
Na najwyższym tym kurhanie
I zawoła: — Héj, za bronie!

Ostrzyć szable, siodłać konie,
Że aż w niebie Bóg usłyszy,
Hura! naszych towarzyszy.
Ja nic nie mam a coś czuję,
Że się z światem poprobuję,
Stracił siodło, kożuch, konia,
Pogardziła harda donia,
Nie ma maty, ani chaty,
Ukraina moja maty,
Puszczaj czortu piosnka dzwoni,
Na dobranoc mojéj doni.

Kiedy stepem w nocną ciszę
Kozak w siodle się kołysze,
A koń wrony pod nim prycha,
Uciekają wszystkie licha
I kryją się w owéj porze,
Jak tumany na jeziorze,
Kiedy słońce spojrzy na dno,
Tak zaginą i przepadną.
Jak to dzikich gęsi granie,
Co to lecą nad stepami,

I przelecą i czasami,
Słychać tylko ich gęganie.

Czy słyszycie? z mokréj łąki
Żóraw trąbi jak trębacze,
A jak dziewka bóbr gdzieś płacze,
Jak dobosze bębnią bąki.
To się oto człeku zdawa,
Że Ostrogski z mogił wstawa,
Przed nim idzie Wernyhora,
I z wieczora do wieczora
Bębni palcem po torbanie.
Héj! na stepy atamanie,
Proporcowy Anioł złoty
Długoskrzydły, co mu loty
Pan Bóg związał, znowu wzleci,
I stepowe ruszy dzieci,
I odbije w wojnie krwawéj,
Słodkie czasy staréj sławy.

Miły ojcze, ja tak wierzę
Moskwę będziem rznąć i palić,

A na starość w Monasterze
Za to wszystko Boga chwalić.
Wy będziecie popem jakim,
A ja przy was będę djakiem.

Niech Przeczysta dopomaga,
Niech za nami Chrysta błaga,
A Kozacy pieszo, boso,
Taką świecę jéj zaniosą,
Ze szczerego wosku laną,
Jakiéj jeszcze nie widziano.

Step szeroki, Dniepru woda,
Szabla gładka i swoboda,
I dla konia pasza wszędzie,
I dla człeka dobre słowo,
Nie wstrząsajcie ojcze głową,
Kiedyś-to tak będzie! —

Poznań 1850 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teofil Lenartowicz.