Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I nuż Moskwę ciąć pod Orszą.
Z nim mołodce by step bujny,
Poruszany tchnieniem sławy,
Był to hetman mądry, czujny,
Godny czapli i buławy.
Głowa harda podgolona.
A wąs ojcze na ramiona,
Zawsze ręka z szablą razem,
Jak żelazo ze żelazem.
Gdy się modli bierze skrucha,
Kiedy mówi czuj duch słucha.
Kto nie zaznał co niewola,
Ten nie z chęcią idzie w pola,
Lecz Konstanty znał się na tem,
Więc nie gadał Moskal bratem.
Hej jak orzeł za szczeblami,
Tak on siedział za kratami,
Kajdanami obrączkami,
Poprzerzynał białe nogi,
Żelaznemi naręczniami
Skrwawił ręce, Boże drogi —
W ciemnéj jamie na rogoży,