Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/247

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ostrzyć szable, siodłać konie,
Że aż w niebie Bóg usłyszy,
Hura! naszych towarzyszy.
Ja nic nie mam a coś czuję,
Że się z światem poprobuję,
Stracił siodło, kożuch, konia,
Pogardziła harda donia,
Nie ma maty, ani chaty,
Ukraina moja maty,
Puszczaj czortu piosnka dzwoni,
Na dobranoc mojéj doni.

Kiedy stepem w nocną ciszę
Kozak w siodle się kołysze,
A koń wrony pod nim prycha,
Uciekają wszystkie licha
I kryją się w owéj porze,
Jak tumany na jeziorze,
Kiedy słońce spojrzy na dno,
Tak zaginą i przepadną.
Jak to dzikich gęsi granie,
Co to lecą nad stepami,