Strona:Poezje Teofila Lenartowicza2.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jaka dusza, och! jedyna,
Było, weźmie żupan suty,
Pas ze złota krasne buty,
To się śmieje — héj! Dubyna
Ty lackiego widzisz pana,
Nie kozaków atamana.
— Prawda, panie,... a gdzie smoła?
I z pięknego jak anioła
Czarny djabeł, ojciec drogi,
Kapią smołą ręce, nogi.
Taki miły ot brat wierny,
Ach! ty Boże miłosierny.
A w Stambule w Trabizondzie
Sułtanowi jak podkadził,
Wszystkie dziewki mu poczadził.
Płomień straszny jak na sądzie
Ostatecznym, sułtan kłania,
A on jego wziął za ucho,
Niechcę twego przepraszania,
A nie ujdziesz mi na sucho.
Dosyć tobie w świecie broić,
Trzeba ciebie uspokoić. —