U Haddedihnów/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł U Haddedihnów
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
LEW KRWAWEJ ZEMSTY

Nie mam tu zamiaru rozwodzić się nad Dżebel Szammar. Krajem tym rządzi szeik, którego również zowią księciem.
Stolica Hâil wznosi się na wzgórzu, między górami Adża i Selma. Spędziliśmy w niej bardzo miły tydzień. Tuż przed naszym przybyciem szeik wyruszył na wielką hadż[1] do Mekki. Zastępował go Hamed Ibn Telal, krewny bardzo sławnego szeika Telala, któremu kraj bardzo wiele zawdzięcza. Po długich naradach udało się Halefowi zawrzeć pakt, gwarantujący Haddedihnom wielkie korzyści. Okoliczność, żeśmy się pojawili we trójkę, wywołała większe wrażenie, niż setka wojowników. Podczas tego tygodnia jeździłem po kraju, zaznajamiając się z obyczajami i ludźmi. Tem niemniej z radością dowiedziałem się o zakończeniu pertraktacyj i o tem, że nadszedł czas powrotu. Bylibyśmy zapewne zostali dłużej, gdyby nie to, że nie chcieliśmy czekać na przybycie karawany pielgrzymów perskich, którzy rok rocznie przeciągają przez Dżebel Szammar. Zbyt dobrze znałem pielgrzymki mahometańskie! Hamed Ibn Telal obdarował nas hojnie na pożegnanie i dał nam dwudziestu jeźdźców, którzy mieli nas opuścić po dwudziestu dniach drogi.
Ponieważ nie mieliśmy wcale ochoty spotkać się znowu z Szeraratami, Hamed Ibn Telal doradził nam wracać przez Lyneh. Idąc za tą radą, nie spodziewaliśmy się, że dostaniemy się w paszczę lwa. — Nikt nie uniknie swego losu — mówi muzułmanin. W tym wypadku losem naszym była krwawa zemsta, którą Abu el Ghadab przezwał lwem. — — —
W bukłakach było już niewiele wody; cieszyliśmy się więc bardzo na myśl o Wadi Aszdar, Zielonej Dolinie, gdzie mieszczą się źródła okolone skalami i ruinami prastarego kasru[2]. Ruiny takie, pochodzące przeważnie z czasów przedislamistycznych, nie są w Arabji rzadkością. Fakt, że w Wadi Aszdar stał kiedyś zamek, nie był dla mnie dziwnym, gdyż znałem podanie, według którego dolina ta połączona była kiedyś z jednym z dopływów Eufratu. Wiedziałem również, że podczas deszczów dolina napełnia się wodą tak wysoko, że można się w niej kąpać, a nawet pływać. Dlatego źródła te nigdy nie wysychają i nawet w najupalniejszej porze roku dolinę okrywa bujna roślinność, wabiąca zwierzęta drapieżne. Halef słyszał, że widywano tam nawet lwy.
Jechaliśmy przez noc całą i część ranka. O jakiejś dziewiątej rano ujrzeliśmy przed sobą wierzchołki szczytów, wśród których leży wadi.
Źródło w pustyni nasuwa myśl o ludziach. A zwykle są to indywidua, przed któremi mieć się należy na baczności. Wypadało przeszukać okolicę. Halef ofiarował swe usługi, musiałem je jednak odrzucić w obawie, że znowu popełni podobny błąd, jak nad Bir Nufah. Ruszyłem sam. Nad pierwszem źródłem nie było śladu żywej duszy. Ruszyłem więc dalej. I tutaj nic nie zaobserwowałem. Nieco zdziwiony, wróciłem po Halefa i Karę. Gdybym pojechał jeszcze dalej, aż do drugiego źródła, położonego głęboko pod ruinami, byłbym zauważył ślady łap, z powodu których ludzie nie mieli ochoty zapuszczać się w tę okolicę.
Rozbiliśmy obóz nad pierwszem źródłem, otoczonem krzakami. Zdjęliśmy siodła z pleców wielbłądów, zwilżyliśmy gardła i napoiliśmy zwierzęta. Teraz dopiero dało nam się we znaki zmęczenie. Postanowiliśmy czuwać na zmianę, luzując się co dwie godziny.
Pierwsza kolej wypadła na mnie, druga na Halefa, trzecia na Karę. Po upływie dwóch godzin, które minęły w zupełnym spokoju, zbudziłem Halefa i ułożyłem się do snu. Byłem ogromnie zmęczony, więc zasnąłem szybko. Arabski Morfeusz płatał mi we śnie figle. Naprzód pokazał mi napad Beduinów, potem usłyszałem cichy szelest sukien, tłumione kroki, szepty, wreszcie padł strzał... Czy to istotnie sen?
Zerwałem się, równocześnie skoczyli Halef i Kara. Strzał nie był sennem urojeniem. Tak, otoczyło nas przeszło stu Arabów. Ku memu przerażeniu byli to Szeraraci. Kara usnął podczas pełnienia służby i tylko dzięki temu ludzie ci podkradli się pod nasz obóz. Wielbłądy, czy też wierzchowce, zostawili gdzieś na ustroniu. Ujrzałem nasze strzelby w ich rękach. O oporze nie było mowy. Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie, staliśmy bowiem w obliczu krwawej zemsty. Jedynym ratunkiem mogło być oddanie się pod himaiji[3] jednego z wodzów.
W przeciągu sekundy powziąłem decyzję. Nie możemy czekać, aż który z przeciwników oświadczy, żeśmy jeńcami, — musimy ich uprzedzić. O dwa kroki ode mnie stał stary Beduin o czcigodnym wyglądzie. Miałem wrażenie, że nie jest to zwyczajny wojownik. Popchnąłem więc prędko Halefa i Karę w jego kierunku, ująłem go za haik i zawołałem:
Dakilah ia szeik!
Znaczy to: jestem pod twoją opieką, o panie! Żaden szanujący się Arab nie odmówi opieki wrogowi, który te słowa wypowie, dotykając jego szat. Gdy się to stanie, Arab jest gotów bronić wroga z narażeniem życia. Halef i Kara znali to prawo pustyni równie dobrze, jak ja. Choć postępek mój zaskoczył ich niespodzianie, mieli dosyć czasu, aby pójść za mym przykładem. Dwa szybkie dotknięcia haika, dwa równoczesne okrzyki: Dakilah ia szeik!... i znaleźli się również pod opieką Araba.
Dokoła rozległy się gniewne okrzyki. Starzec chciał się cofnąć. Uchwyciliśmy się jednak mocno jego burnusa, więc rzekł:
— Głos wasz uprzedził moje usta, więc jestem zmuszony wziąć was pod swą opiekę. Jam Abu Dem, szeik Szeraratów. Biada temu, kto choćby włos jeden utrąci z gło­wy tych, których od tej chwili chronię. Oddajcie im broń!
Jaki szczęśliwy zbieg okoliczności, że to właśnie szeik! Gdy mi oddano obydwie strzelby, poczułem się znacznie bezpieczniej. Chodziło teraz o to, czy w całej zgrai jest choćby jeden człowiek, który nas zna.
Nie zdążyłem rzucić okiem na wszystkich przeciwników, gdy ktoś, przedzierając się przez szeregi, zawołał:
— Nie bierz ich pod swą ochronę, o szeiku! To nasi krwawi wrogowie.
— Krwawi wrogowie?
— Tak jest. Człowiek z dwiema strzelbami, to emir Kara ben Nemzi effendi, chrześcijanin.
Maszallah! — zawołał szeik, cofając się.
— Ten mały zaś, to Hadżi Halef Omar, szeik Haddedihnów. Schwytaliśmy go nad Bir Nufah, lecz emir go oswobodził. Trzeci z nich jest zapewne jego synem. Wszyscy trzej zdradzili nas przed Lazafahami, którzy dzięki temu odnieśli zwycięstwo nad Bir Bahrid.
Nastąpiła chwila decydująca.
Ia thar, ia thar, ia thar! — O zemsty krwawej, o zemsty, o zemsty! — rozległy się głosy, a ręce chwyciły za oręż.
Ia himaiji, ia himaiji! — O opieko, o opieko, — zawołałem na to, a Halef i jego syn powtarzali za mną te słowa jak pacierz. Szeik dał znak ręką. Gwar natychmiast ucichł. Z wracając się do mnie, zapytał:
— Tyś emir Kara ben Nemzi effendi? Jesteś chrześcijaninem?
— Tak.
— A to Hadżi Halef Omar, szeik Haddedihnów, i jego syn?
— Tak.
— Masz odwagę to wyznać?
— Nie kłamię nigdy. Z resztą, zaprzeczenie byłoby w tym wypadku szaleństwem.
— Jakto?
— Czy nie wiesz, że chroniony traci opiekę, jeżeli splami swe usta kłamstwem w obliczu tego, który go ochrania?
— Masz rację. Słyszałem, żeś w Dżezireh i u Kurdów dokonał wielkich czynów. W jaki sposób Allah użyczył giaurowi tyle siły, zręczności i dzielności?
— Jest Panem i Ojcem wszystkich ludzi, tak waszym, jak naszym. Dlaczego powołujesz się na różnicę wiary? Istotnem w tym wypadku jest tylko to, żeś mój opiekun. A może szeik Szeraratów tak się obawia swych poddanych, ze chce cofnąć opiekę?
Pytanie było śmiałe. Ściągnął ponuro brwi i zapytał:
— A gdybym cofnął?
— Imię twe byłoby na wieki shańbione.
— A wy — zgubieni.
— Nie, wcale nie!
— Mówisz, jak szalony!
— Mówię, jak człowiek świadomy swej siły. Jeżeli ci o mnie opowiadano, słyszałeś zapewne i o moich czarodziejskich strzelbach?
— Opowiadają, że możesz strzelać bez ładowania, a nigdy nie chybisz. Nie wierzę.
— Ale uwierzysz. Odmierzcie sto kroków, wetknijcie w ziemię dziesięć dzid. Przebiję wszystkie, nie nabijając strzelby.
W odpowiedzi na te ryzykowne słowa rozległ się pomruk. Szeik odwrócił się i rozmawiał półgłosem ze swoimi towarzyszami. Halef szepnął:
— Jeżeli się zgodzą na twoją propozycję, wygraliśmy, sihdi!
Po krótkiej chwili szeik odwrócił się i rzekł:
— Niech się stanie, jak chcesz, ale pod jednym warunkiem.
— Słucham.
— Jeżeli nie spełni się twoja zapowiedź, tracicie moją opiekę.
— Zgoda! — odparłem spokojnie, choć wiedziałem, co stawiam na kartę.
Jeżeli choć jedna kula chybi, zostaniemy sami wśród zgrai nieprzyjaciół. Znając jednak swą strzelbę, wiedziałem, że mogę jej być pewny nawet wtedy, gdy opieka szeika się skończy. Położenie nasze było przedtem ciężkie jedynie dlatego, ponieważ we śnie zabrano nam broń.
Odmierzono sto kroków, wetknięto dzidy w ziemię. Wszyscy skierowali wzrok na mnie. Przyłożyłem do ramienia sztuciec Henry’ego i dałem dziesięć strzałów, jeden po drugim.
Powstał gwar, bieganina. Halef rzekł:
— Sihdi, wszyscy biegną w tamtą stronę — zostaliśmy sami. Możnaby uciec.
— Chyba poto, żeby nas za chwilę dogonili. Nie, zostaniemy. Pomyśl, ile czasu zużylibyśmy na podniesienie wielbłądów.
Wyciągnięto dzidy z ziemi i zaczęto je sobie podawać z rąk do rąk wśród okrzyków podziwu. Odwróciłem się, aby niepostrzeżenie uzupełnić dziesięć patronów. Szeraraci patrzyli na mnie wrogo, lecz z szacunkiem. Szeik zbliżył się znowu i, obrzucając mnie badawczem spojrzeniem, rzekł:
— Opowiadanie o czarodziejskich strzelbach nie jest kłamstwem; wszystkie kule tkwią w dzidach równomiernie. Jakiż djiinn[4] wykonał tę strzelbę?
— Djinn pochodzi z Amirica; zwał się Henry.
Sądzę z tego, że Amirica ma potężniejszych djinnów, niż my. Zostajecie pod moją osłoną. W mojej obecności nic wam się złego nie stanie. Ponieważ jednak rozdziela nas zemsta krwi, zgromadzenie starszyzny rozstrzygnie o waszym losie.
— Mam wrażenie, że powinienem być u ciebie zupełnie bezpieczny.
— Jak ci wiadomo, pewność ta i bezpieczeństwo rozciąga się najwyżej na przeciąg dwóch razy po siedem dni. Po upływie tego terminu będę zmuszony was opuścić. Jeśli wyrok zgromadzenia będzie łagodny, odbierzemy wam broń i pozwolimy odejść, ale po odejściu musimy was ścigać. Jeżeli przy tej okazji zostaniecie schwytani, biada wam. Nie łudźcie się, że darujemy wam życie i przyjmiemy wzamian dijeh, wykup krwi. Zwyczajni wojownicy mogą płacić wykupy, ale tacy ludzie, jak wy, muszą oddać swe życie.
— Kiedy zbierze się zgromadzenie starszyzny?
— Gdy tylko nadciągnie główny oddział moich ludzi. Musimy bardzo uważać przy pojeniu zwierząt, gdyż...
Przerwał, rzucił mi pytające spojrzenie, potem ciągnął dalej:
— Zastaliśmy was pogrążonych we śnie. Jak długo mieliście zamiar pozostać przy tem źródle?
— Do rana — odpowiedziałem.
Allah akbar! — Bóg jest wielki! Do rana! Czy zdawaliście sobie sprawę z grożącego wam niebezpieczeństwa?
— Nie.
Allah kerihm! — Bóg jest miłosierny!
Uchronił was przed niechybną śmiercią. Naprawdę, niewiadomo wam, że...
Znowu przerwał, gdyż przy wejściu do wadi podniósł się gwar głosów ludzkich i zwierzęcych. Po chwili ujrzeliśmy wielki oddział jeźdźców na koniach i wielbłądach. Na przodzie jechał starzec o odpychającym wyrazie twarzy. Odrzucony do tyłu haik odsłaniał pierś obwieszoną amuletami. Na szyi wielbłąda i u siodła kołysały się wypchane zwierzęta i jakieś egzotyczne przedmioty. Małe oczy przybysza tkwiły głęboko w orbitach, nos wyglądał jak dziób sępi, bezzębne usta wyglądały jak szeroka jama. Cała postać, przeraźliwie długa i chuda, kołysała się na wielbłądzie jak pagoda. Turban koloru zielonego świadczył, że jest jednym z potomków proroka. Gdym go ujrzał, jakiś głos wewnętrzny szepnął mi, że to czarownik, Gadub es Sahhar. Nie omyliłem się. Fakt, że wszyscy wybiegli, by mu zakomunikować o cennym połowie, świadczył, jak wielkim szacunkiem darzyli go Szeraraci.
Dowiedziawszy się, że nas schwytano, wydał okrzyk radości, zeskoczył z wielbłąda, nie czekając aż ten uklęknie, podbiegł ku nam, popatrzył na mnie, przewracając białka, i ryknął:
— Więc ty jesteś tym przeklętym psem chrześcijańskim, któremu zawdzięczam niewolę i pewną śmierć swego syna? Odpokutujesz za to! Niechaj dusza twa pogrąży się w piekło, jak płonący kawał żelaza, a ciało twoje niechaj płonie, jak żar słońca. Wyjmiemy ci wnętrzności, będziemy...
— Milcz! — huknąłem. — Jestem pod ochroną. Jak śmiesz mnie obrażać?
— Pod ochroną? — zapytał. — Któż cię ochrania?
— Ja! — odparł szeik.
— Co? Jak? Pod twoją ochroną? Jak śmiesz brać pod swoją ochronę naszych śmiertelnych wrogów?
— Jak śmiem? — zapytał dumnie szeik. — Pamiętaj, żem szeik Szeraratów! Chcesz mi dyktować, co powinienem czynić? Ci ludzie dotknęli mego ubioru i zawołali: „Dakilah ia szeik!“ Chciałbym usłyszeć, kto się teraz odważy żądać, bym ich nie ochraniał!
— Ja! Chciałbym usłyszeć, kto się odważy oprzeć moim żądaniom? Jeżeli jest taki, wpakuję mu w ciało wszystkie złe duchy ziemi i piekła!
Szeik odwrócił się do swoich ludzi i zawołał:
— Ludzie i wojownicy Szeraratów, rozstrzygnijcie, czy on ma rację, czy ja. Czy powinienem osłaniać jeńców.
Nie było odpowiedzi. W głębi duszy przyznawali, że ma rację, ale żaden nie miał odwagi wypowiedzieć się przeciw czarownikowi, którego praktyki budziły postrach. Czarownik roześmiał się szyderczo i rzekł:
Hi, hi, hi! Czy słyszysz choć jedno słowo, o szeiku? Te psy uderzyły mego syna nad Bir Nadahfa batem w twarz; w odpowiedzi na tę zniewagę zagroził im szebą et thar, lwem krwawej zemsty, lwem...
Przerwał, wykonywując ruch, dowodzący, że jakaś dobra myśl strzeliła mu do głowy. Po chwili obrzucił nas wzrokiem triumfującym i rzekł do szeika po przyjacielsku, jakgdyby nic nie zaszło:
— Przyznam ci rację, o szeiku, jeżeli przyzna ci ją zgromadzenie starszych. Każ zwołać ichtjarije[5]. Niechaj rozpoczną natychmiast naradę. Posłuchamy, co o tych psach powiedzą doświadczeni. Nie traćmy ani chwili czasu, gdyż jutro, skoro świt, musimy wyruszyć przeciw Lazafahom, aby uwolnić synów naszych i wojowników.
Odszedł, aby zwołać starców. Szeik podszedł do nas i rzekł półgłosem.
— Dałem wam słowo, chciałbym go dotrzymać, ale nic nie mogę uczynić przeciw szebie et thar. Mam jednak wrażenie, że nie jesteście tchórzem podszyci, zresztą macie broń lepszą, niż my. Wszystko zależy od woli Allaha!
Z chwilą zjawienia się czarownika położenie nasze znacznie się pogorszyło. Szeraraci byli i przedtem naszymi wrogami, ale rycerskie zachowanie się szeika świeciło im przykładem. Obecnie liczba wrogów powiększyła się, a stary Gadub es Sahhar wywierał na nich większy wpływ, niż szeik. Patrzano na nas teraz znacznie groźniej, chwilowo jednak nie mieliśmy powodu do obaw, gdyż przed wyrokiem dżemmy, rady starszych, nikt nie miał prawa nas tknąć.
W pewnem oddaleniu rozpoczęła się narada starców. Miała charakter uroczysty i poważny. Tylko jeden z pośród uczestników unosił się bardziej, niż na to zwyczaj pozwalał. Był to czarownik. Przez cały czas przekonywał starców o konieczności represyj. Siedzieliśmy obok siebie, otoczeni wojownikami. Halef zapytał szeptem:
— Nie przeczuwasz, sihdi, co postanowią?
— Owszem. Z pewnością chodzi o lwy, które przebywają w wadi.
Allah! Lew?
— Nie jeden, lecz kilka. Przecież w tej porze rodzą się młode.
— Mówiłem ci już, że nieraz bywały tu lwy. Nie jest więc wykluczone, że się znowu pojawiły, i przebywają wśród licznych kryjówek ruin. Cóżto ma jednak wspólnego z nami?
— Sądzę, że bardzo wiele. Widziałeś triumfujące oblicze czarownika, gdy zaczął mówić o „lwie krwawej zemsty“.
— Owszem. Miałem wrażenie, że się bardzo cieszy.
— To radość z naszej pewnej zguby.
— Za sprawą lwów?
— Tak.
— Sądzisz więc, że rzucą nas lwom na pożarcie?
— Musieliby nas zmusić, a na to nie pozwoli sztuciec Henry’ego. Dopóki mam tę broń, odrzucę każdą decyzję zgromadzenia, która nam nie pozostawi furtki ratunku. Przeczuwam, że każą nam z lwem walczyć o życie.
— Zgodziłbyś się, sihdi?
— Chciałbym przedewszystkiem wiedzieć, co ty o tem sądzisz?
— Sam chyba wiesz. Jakże dumną byłaby Hanneh, najlepsza i najwspanialsza kobieta, gdyby jej Halef przyniósł do domu skórę lwa.
— A twój syn?
— O, sihdi, — wtrącił szybko Kara — serce moje przepełnione jest głęboką żałobą i smutkiem. Moja to wina, że nas schwytano. Spałem, zamiast czuwać. Walczyłbym z dziesięcioma lwami, byle odzyskać twe zaufanie!
— Nie bierz sobie tego do serca, drogi Karo, — pocieszyłem go. — Byłeś zmęczony. A co do naszej niewoli, to mam nadzieję, że się prędko skończy. Jeżeli przypuszczenie moje okaże się słuszne, zgodzę się na walkę tylko pod warunkiem, że odzyskamy wolność. A zgodzę się nie z lęku przed Szeraratami, tylko z pasji myśliwskiej, gdyż i życie i wolność potrafiłbym obronić przy pomocy sztućca, bez walki z lwami. Patrzcie, zgromadzenie się skończyło. Pewnie zaraz nas wezwą.
Wśród uczestników dżemmy powstał ruch. Szeik podniósł się, podszedł do nas i rzekł:
— Zgromadzenie starszyzny wydało wyrok. Gdybyśmy się znajdowali w duarze[6], opieka moja rozciągałaby się na przeciąg dni czternastu. Jesteśmy jednak w podróży i nie mogę was zabrać ze sobą. Opieka więc moja trwać będzie tylko do jutrzejszego ranka, to jest do chwili, w której opuścimy to wadi. Właściwie nie powinienem wam nic więcej powiedzieć, gdyż czarownik zastrzegł to sobie. Ponieważ jednak wiem, że ma zamiar was zastraszyć, poczytuję sobie za obowiązek opiekuna dać wam kilka wskazówek, z których domyślicie się, co czynić.
Przerwał. Korzystając z tego, wtrąciłem:
— Jesteśmy wdzięczni za twą dobroć, szeiku, muszę ci jednak powiedzieć, że niełatwo nas zastraszyć. A już staremu Sahharowi nie udałoby się to wcale. Możesz sobie o nim myśleć, co chcesz, co do mnie, znam jego fach lepiej niż wy i wiem, że jest to stuprocentowy cha’in, oszust.
Pod wpływem tych słów szeik rozpogodził się nieco i rzekł:
— Widzę, że Allah obdarzył cię niezwykle zdrowym rozsądkiem. Niestety, moi Szeraraci nie odznaczają się tym przymiotem. Nienawidzę was za zdradzenie naszych wojowników przed Lazafahami, ale chciałbym podziękować wam za to, że w liczbie wziętych do niewoli znalazł się jeden, którego powrotu wcale sobie nie życzę.
— Abu el Ghadab, syn czarownika.
Maszallah! Skąd to wiesz?
— Stosunek twój do Sahhara i jego syna znam lepiej, niż ci się zdaje.
— Jeżeli tak jest istotnie, nie mów z nim o tem. Słyszałem, żeś sam w nocy położył pana z gruba głową. Nie uważaliśmy tych wieści za prawdziwe, gdyż na wyprawę na „dusiciela bohaterów“[7] udajemy się zawsze w biały dzień, w otoczeniu wielu wojowników. Gdybyśmy się wyprawili w nocy, pożarłby nas.
— Na tem właśnie polega różnica między nami, a wami. Wojownik prawdziwie odważny spojrzy lwu w ślepia nawet w nocy.
— To uspakaja moje sumienie. Chcę wam jeszcze powiedzieć, że nocy dzisiejszej będziecie walczyć z dwoma lwami, które zapewne mają już młode. Okropna to rzecz, gdy trzech ludzi staje przeciw dwom olbrzymim lwom, odkarmiającym swoje lwiątka.
— Bądź spokojny. Nie obawiamy się wcale. Zresztą, już przedtem domyślaliśmy się, co knuje stary czarownik. Jeżeli nas lwy pokonają, pragnieniu zemsty stanie się zadość. Jeżeli zwyciężymy, o czem oczywiście wątpi, uwolnimy piękne wadi i was od wrogów, których pokonanie pociągnęłoby liczne ofiary. Od jak dawna lew i lwica przebywają w tej dolinie?
— Od trzech tygodni. Lew prawie co nocy porywa konia lub wielbłąda. Niechaj Allah ukarze go za to!
— Gdzie ma legowisko?
— Na górze, za wielkim hohsz el harab[8]. Codzień zjawia się w dolinie w raz z lwicą, aby się napić wody u źródła. Więcej powiedzieć nie mogę. Chodźcie, zaprowadzę was przed starszyznę!
Zgromadzenie poleciło nam wysłuchać wyroku w pozycji stojącej. Mimo polecenia, usiadłem. Halef i Kara poszli za moim przykładem. Czarownik oburzył się:
— Jak śmiecie siadać wobec zgromadzenia mędrców! Jesteście...
— Milcz! — przerwałem z gestem lekceważenia. — Chętnie okazałbym tym czcigodnym mężom mój szacunek, ale ze względu na twoją obecność nie mogę stać. Czy wiesz, kim jestem w swoim kraju, u swego ludu? A kim ty jesteś? Mucha, która się przechwala, że przestraszy lwa brzęczeniem!
Położywszy rękę na rękojeści noża, ryknął:
— Giaurze! Czy znasz moc moją, dzięki której rządzę wszystkiemi duchami ziemi i podziemi? Podniosę, rękę, a padniecie trupem!
— Podnieś, podnieś, — rzekłem, śmiejąc się na całe gardło. — Mnie nie przestraszysz, bo znam cię. Jesteś feszszahrem[9] i nieukiem; jesteś gaszszahszem[10], i nie zaszczyciłbym cię rozmową, gdyby szanowni mężowie nie polecili ci zakomunikować nam treści wyroku.
Skoczył jak oparzony i wrzasnął:
— Wojownicy Szeraratów, zastrzelcie tego smrodliwego szakala!
Choć nikt nie podniósł przeciw mnie broni, skoczyłem ku pobliskiej skale, ukryłem się za nią, przyłożyłem do ramienia sztuciec i zawołałem:
— Kto się odważy podnieść na mnie rękę? Chyba widzicie, że mnie żadna kula nie trafi! Mam czarodziejską strzelbę — zabiję każdego, kto na mnie rękę podniesie!
Przerażeni Beduini cofnęli sie pośpiesznie. Czarownik zamilkł. Po zgromadzeniu przemknęły szepty. Wreszcie szeik zawołał:
— Uspokój się, emirze! Jesteście pod moją opieką; do jutra rana nic się wam złego nie stanie.
— Nie ja, tylko wy macie słuszne powody do obawy. Pozostanę tutaj ze swą czarodziejską strzelbą. Kto nas obrazi jednem choćby słowem, temu wpakuję kulę w łeb. Powiedzcie teraz krótko, co postanowiła dżemma. Wypraszam sobie jednak przechwałki!
Postępek mój nie chybił celu; poznałem to po spojrzeniach nieprzyjaciół. Starcy znowu się naradzili. Czarownik przemówił do mnie zupełnie innym tonem, niż o dotychczas:
— Zgromadzenie postanowiło, co następuje. Na górze, u stóp ruin, żyją duchy, które nie chcą się usunąć z doliny. Z tymi duchami będziecie walczyć najbliższej nocy. Jeżeli dacie słowo, że nie uciekniecie, będziecie mogli pozostać u nas aż do wieczora już nie w roli jeńców. Po zachodzie słoń­ca udacie się na dziedziniec ruiny. Musicie tam rozpalić ognisko i czuwać do rana. Jeżeli rano zejdziecie żywi, odzyskacie wolność.
— To wszystko? — zapytałem.
— Tak.
— Zgoda! Gdy słońce zajdzie wejdziemy na górę, by rozpalić ognisko i walczyć do rana z duchami. Dżemma musi jednak przysiąc, że odzyskamy wolność i będziemy mogli odjechać, jeżeli rano zjawimy się tu cali i nietknięci.
Starcy powtórzyli za mną słowa przysięgi.
Czułem się teraz bezpieczny. Zawiesiłem strzelbę na ramieniu i udałem się do towarzyszów. Musiałem przy tej okazji przejść obok czarownika. Nie mógł się opanować. Syknął:
Jesteście zgubieni! Słyszę ducha szeby et thar, który was połknie!
— Uważaj, aby nie połknął ciebie!
— Połyka tylko chrześcijan, których Bóg nie ma siły ochronić. Gdy ja podniosę rękę, ucieka.
— Nie bluźnij! Przekonanie, że jesteś potężniejszy od Boga, jest grzechem, który nie może ujść bezkarnie.
— Niechże mnie ten Bóg ukarze! — rzekł, uśmiechając się szyderczo. — Lada sahhar[11] ma więcej siły od niego.
Kładąc mu rękę na ramieniu, rzekłem:
— Módl się, aby Bóg wszechpotężny i sprawiedliwy nie odpowiedział na to szyderstwo. Czuję wstręt do ciebie. Powiedziałeś, że masz władzę nad wszystkiemi duchami ziemi i podziemi. Dlaczego duchy, żyjące na górze, nie ustępują przed tobą? Dlaczego my mamy je przepędzić? Dlatego, że nie masz żadnej mocy, dlatego że się boisz pójść do nich. Jako chrześcijanin nie lękam się ani djinna, ani ducha. Jutro rano wrócimy zdrowi i cali, i pokażemy zwyciężone przez nas duchy.
— Jesteś zaślepiony! — mruknął. — Jako giaur powinieneś się smażyć w piekle. Towarzysze twoi nie lepsi od ciebie, dlatego spotka ich ten sam los. Syn mój oświadczył, że szeba et thar was pożre; proroctwo to spełni się dzisiejszego wieczora. Jutro znajdziemy resztki waszych kości i będzie się nam zdawało, że należą do parszywych psów, których wypędzono z namiotów.
Ręka mnie świerzbiła, ale zacisnąłem pięść i nie powiedziałem ani słowa. Halef jednak nie umiał zapanować nad sobą Chwyciwszy za bat, tkwiący za pasem podszedł do Sahhara i zawołał:
— Z kim-że ty ważysz się nas porównywać? Z parszywemi psami? Czy mam cię poczęstować batem, tak samo, jak twego syna za podobną zniewagę? Jeżeli cała twoja moc polega na wyszydzaniu jeńców i bluźnierstwach przeciw Bogu, prędzej znajdziemy twoje kości, niż ty nasze. Bóg cię ukarze! Przewiedziałem już twojemu synowi, że szeba et thar go pożre. Teraz i tobie oświadczam, że zginiesz w jego paszczy. Nie zapominaj mojej przepowiedni. Głosi ją bowiem Hadżi Halef Omar ben Hadżi Abul Abbas Ibn Hadzi Dawud al Gossarah, szeik Haddedihnów plemienia Szammar.
Czarownik chwycił za nóż. Nato okrążyli go starcy, a szeik oświadczył surowo, że nie pozwoli, aby obrażano tych, których wziął pod swoją opiekę. Odciągnąłem Halefa nabok i na tem incydent się skończył.
Słuchając słów małego, dzielnego Hadżi, wypowiedzianych przed chwilą do czarownika, miałem wrażenie, że to jakiś prorok przepowiada mu przyszłość. Wielu z nas nawet nie przeczuwało, że mowa jego, pełna buńczucznej zuchwałości, była istotnie wyrocznią; dowiedzieliśmy się o tem znacznie później i ku wielkiej grozie.
Czarownik uplanował bardzo sprytną zemstę. Lew, który ma do wyżywienia młode, jest podwójnie groźny i niebezpieczny. Mimo to, gdybyśmy chcieli, moglibyśmy ukryć się przed nim w ciemnościach nocy. Cóż, kiedy nam kazano palić przez całą noc ognisko i nie opuszczać dziedzińca, więc nie było mowy o tem, aby lew nas nie zauważył i nie zaatakował. Muszę też dodać, że lwica, karmiąca swe małe, rzadko kiedy opuszcza legowisko. Lew stara się sam o pożywienie dla całej rodziny i znosi łupy, lwica zaś oddala się tylko wtedy, gdy bardzo jest spragniona. O ile ją ktoś wtedy spotka, jest groźniejsza, niż „pan z grubą głową“.
Szeraraci trzymali się na uboczu, ale nie okazywali nam niechęci. Od chwili ogłoszenia wyroku zgromadzenia patrzyli na nas jak na ludzi skazanych na śmierć. Nienawiść ku nam łączyła się z uczuciem litości i podziwu. Tylko szeik podchodził do nas od czasu do czasu, aby pogawędzić. Uprzedziłem Halefa i Karę, jak się powinni zachować tej nocy; tymczasem zauważyłem, że Szeraraci splatają wiązki z cienkich gałęzi.
Na jakąś godzinę przed zapadnięciem zmroku, szeik kazał nam iść na górę. Postanowił zostać ze swoimi ludźmi przy studni i rozpalić wielkie ognisko; był przekonany, że lwy, zajęte naszą trójką, nie zjawią się na dole. Oświadczył ponadto, że wraz z kilkoma Szeratami, obładowanymi wiązkami gałęzi, zaprowadzi nas do ruin; nie było to połączone z żadnem ryzykiem, gdyż lew opuszcza legowisko tylko w nocy, w dzień zaś jedynie huk spadających kamieni lub jakiś specjalny hałas może go wywabić z kryjówki.
Minąwszy dosyć długą dolinę, wydostaliśmy się nad źródło.
Liczne ślady łap wskazywały, że lwy korzystają z niego. Nie podzieliliśmy się z Szeraratami tem spostrzeżeniem. Wspinaliśmy się po stromych skałach; Szeraraci nie potrafili ukryć lęku. Nareszcie dotarliśmy do wysokiego muru, w którym mieściła się napół zmurszała furtka. Szeraraci położyli wiązki na ziemi, szeik zaś rzekł:
Za tym murem mieści się dziedziniec, którego nie wolno wam opuszczać aż do rana. Oto i paliwo. Niechaj Allah was strzeże!
Odeszli. Po chwili jeden zatrzymał się i rzekł:
— Sahhar każe wam życzyć dobrej nocy i miłego przebudzenia się w brzuchu szeby et thar.
— Niechaj się sam strzeże przed tym brzuchem. My się tam nie dostaniemy — rzekł ironicznie Halef.
Szerari oddalił się szybko.
Podszedłem ostrożnie do furtki i spojrzałem na dziedziniec. Mury były obrośnięte zeschłem listowiem i tworzyły czworobok. W tylnej części czworoboku mieściła się również nawpół zawalona furtka, prowadząca do wnętrza ruin. Tam, a nie tu, na dziedzińcu, znajdowało się legowisko lwów. Poznałem to na pierwszy rzut oka po śladach. Prawa część muru zwaliła się częściowo w gruzy, które stanowić mogły doskonałą osłonę. Jeżeli rozpalimy ogień na dole, a sami usiądziemy na górze, lwy nie odważą się podejść do nas poprzez płomienie. Podeszliśmy do gruzów, podłożyliśmy pod nie wiązkę chróstu, przynieśliśmy cały zapas paliwa i rozłożyliśmy się możliwie najwygodniej.
Zapadł zmierzch. Lew zwykł wychodzić z kryjówki późno, więc zwlekaliśmy z rozpaleniem ognia. Około godziny dziesiątej zszedłem nadół, podpaliłem wiązki i znów wskoczyłem na górę Leżeliśmy teraz obok siebie, z naładowanemi strzelbami przy ramieniu. Od czasu do czasu dorzucaliśmy nieco gałęzi i czekaliśmy na zjawienie się króla zwierząt.
Puls mój uderzał normalnie. Halef był niespokojny, ale nie przerażony. Dzielny młodzieniec nie okazywał również lęku. Obydwaj wiedzieli, że mogą strzelać jedynie na mój rozkaz i muszą celować w oko.
Jeżeli mówię, że nie odczuwałem najmniejszej obawy przed lwem, nie jest to przechwałka. Jestem również przekonany, że i w moich towarzyszach nie zamierało serce. To, co odczuwali, możnaby nazwać gorączką myśliwską. Każdy, kto zna Halefa, wie, że szejk Haddedihnów umie się obchodzić z bronią. Kara ben Halef, szkolony przez ojca, również był strzelcem nielada. Niepokoiła mnie jedynie mroźna aura.
Ludzie wyobrażają sobie zupełnie niesłusznie, że Arabja środkowa jest krajem wielkich, stałych upałów. Tymczasem nawet w lecie różnica w temperaturze między dniem a nocą jest tak pokaźna, że ludzie, nieprzyzwyczajeni do arabskiego klimatu, nabawić się mogą przeziębienia. W zimie i na wiosnę rtęć w termometrze spada często poniżej zera; człowiek lekko ubrany trzęsie się wtedy z zimna. Czasami nawet śnieg prószy.
Wiedząc o tem, zaopatrzyliśmy się na wyprawę w ciepłe koce. Dziś jednak nie zabraliśmy ich, chcąc mieć w walce z lwem pełną swobodę ruchów.
Było tak zimno, że należało się liczyć z drgawkami rąk przy celowaniu. Czyż powinienem podkreślać, jak niebezpieczny mógł być dla nas strzał chybiony? Poprosiłem towarzyszów, aby się starali zapanować nad sobą. Odpowiedzieli, że w decydującej chwili z pewnością nie zadrżą.
W dziedzińcu panowała głucha cisza, przerywana od czasu do czasu trzaskiem płonących gałązek.
Upłynęły dwie godziny. Jako wprawny strzelec kierowałem się nietylko okiem i uchem, lecz i powonieniem. W pewnej chwili poczułem ostry zapach, właściwy zwierzętom drapieżnym.
— Uważajcie, nadchodzi, czuję! — szepnąłem ojcu i synowi. Utkwiwszy wzrok w drugiej furcie, przyłożyłem niedźwiedziówkę do policzka. Czy to postać jaka, czy cień? Zatrzymał się na chwilę i znikł za przeciwległą ścianą z kamienia. Po chwili rozległ się odgłos spadających głazów.
— To był lew? — zapytał Halef szeptem.
— Trudno orzec, czy lew, czy lwica, — odparłem. — Nie mieliśmy szczęścia. Lew przestraszył się ognia i przeszedł ku źródłu przez mur. Szkoda, że musimy palić to ognisko. Gdyby było ciemno, wpakowałbym mu kulę w łeb.
— Wróci!
— W tem moja nadzieja. Musimy się skupić, aby nie przeoczyć odpowiedniej chwili.
Po upływie kilku minut na jednej ze skał rozległ się pomruk, który Arabowie zowią rra’d, co oznacza grzmot. Mieliśmy wrażenie, że to trzęsienie ziemi.
— To nie lwica, to lew, — szepnąłem. — Poznaję po ryku. Schodzi ku źródłu. Słuchajcie!
Od strony doliny rozległ się piskliwy okrzyk przerażenia, po nim drugi — — trzeci. Brzmiał jak „Ghadab, Ghadab“. Czyżbym się mylił? Nie, to imię syna czarownika. Lew ryknął po raz drugi, trzeci, potem wszystko na dole ucichło. Zato na górze, obok nas, ktoś zapytał głośno:
Maszallah! Co to za ognisko? Kto je rozpalił? Odpowiedzcie, jestem Abu el Ghadab...
Wydał przeraźliwy, potworny okrzyk, któremu zawtórował drugi z doliny. Potem rozległ się tak dobrze mi znany odgłos łamania kości i zgrzytania zębów. Lwica też była wpobliżu. Znalazła ofiarę. Łamie jej kości zębami. Czy to człowiek? I w dodatku Abu el Ghadab? Przecież był jeńcem Lazafahów! Tak, czy inaczej, muszę strzelić i to zaraz!
Od strony furty zewnętrznej rozległ się chrzęst. Odsunąwszy się nieco, ujrzałem potężną postać zwierza. Wydawszy kilka ostrych jak stal okrzyków, zacząłem celować. Pod wpływem mego głosu lwica odwróciła się w naszą stronę. Oczy lśniły jak latarnie. Strzeliłem. Rzężenie, jęk, przedśmiertna czkawka i... cisza.
— O, sihdi, położyłeś ją trupem! — zawołał głośno Halef.
— Cicho, cicho! — odparłem. — Wkrótce zjawi się lew. Zdaje się, że znalazł na dole jakąś ofiarę. Słyszeliście wołania i następnie okrzyk?
— Tak.
— I tam ktoś dostał się między łapy zwierza. No, trzymać strzelby wpogotowiu i cicho!
Po kilku minutach z za furty rozległy się szmery, jakby ktoś chrapał, lub rozrywał na strzępy... Domyśliłem się, co rozrywał.
— Uwaga! — szepnąłem. — Nadchodzi z ofiarą w paszczy.
Istotnie, zjawił się, wlokąc jakiś ciężar. Chciałem, aby chluba pierwszego strzału przypadła Karze. Dałem umówiony znak. Lew, który niósł łup dla młodych, ujrzał teraz lwicę, pławiącą się we własnej krwi. Wypuścił ofiarę, podniósł głowę i zaczął przeraźliwie ryczeć. Po chwili zamilkł i w poszukiwaniu sprawcy skierował szeroko otwarte oczy na nasze ognisko.
— Kara, pal prosto w oko, pal!
Ledwie zdążyłem wypowiedzieć te słowa, padł strzał. Rozległ się ryk, potem lew skoczył ku nam przez płonące ognisko. Skierowałem ku niemu lufę niedźwiedziówki. Kula trafiła w samo serce. Padł opodal ogniska, rzucał się na prawo i lewo, wstrząsany dreszczem. Po chwili zamarł w bezruchu. Życie zeń uleciało.
Halef wydał okrzyk triumfu, mimo że wcale nie strzelał. Kara, wtórował mu swoim chłopięcym głosem. Zeszliśmy z naszej placówki dopiero po upływie pewnego czasu. Kara trafił lwa w oko. Król zwierząt należał więc do niego, mimo że padł od mojej kuli. Lwica natomiast była moją własnością. Przy blasku łuczywa zaczęliśmy szukać dalej. Cóżto za istoty padły ofiarą żarłoczności zwierząt? Ze zgrozą przekonaliśmy się, że to ludzkie powłoki. Czytelnicy mogą sobie wyobrazić nasze osłupienie, gdyśmy po szczegółowem badaniu upewnili się, że są to resztki zwłok czarownika i jego syna! Staliśmy, jak wryci. Halef rzekł drżącym głosem:
— O, sihdi, moje proroctwo, moje proroctwo! Szeba et thar pożarł ich!
Jakże chętnie zeszlibyśmy w dolinę, gdyby nie konieczność dotrzymania warunku, że pozostaniemy tu aż do rana, Wolę nie mówić, jak nam noc upłynęła. O świcie odszukaliśmy legowisko lwów. Znaleźliśmy w niem dwutygodniowe lwiątko męskiego rodzaju. Musieliśmy je zabić, wszak nie mogliśmy zabrać go ze sobą. Ściągnąwszy z lwów skórę, zeszliśmy nadół.
Szeraraci nie spali w nocy pod wpływem podniecenia. Jakże się zdziwili, gdy nas ujrzeli nietkniętych, ze skórami na ramieniu! Z jaką ciekawością zaczęli się dopytywać o czarownika i jego syna! Dowiedziawszy się, jaki los ich spotkał, wytłumaczyli nam ów dziwny zbieg okoliczności. Otóż Abu el Ghadab uciekł wraz z czterema Szeraratami z niewoli; wczorajszego wieczora cała piątka dotarła do południowego stoku i nie przyszło jej na myśl, że w tych stronach grasować mogą dzikie zwierzęta. Ghadab chciał tę noc spędzić nad ruinami, a nie przy źródle, gdyż obawiał się Beduinów. Reszta, niezwykle spragniona, oponowała. W rezultacie Ghadab zaczął się wdrapywać na kasr, towarzysze zaś zwrócili się do dolnego źródła, gdzie natrafili na współplemieńców. Czarownik ucieszył się bardzo wiadomością o ucieczce syna. Gdy się jednak dowiedział, że syn poszedł w kierunku ruin, radość pierzchła. Pod wpływem przerażenia, pobiegł bez namysłu w kierunku górnego źródła, aby przestrzec syna okrzykami. Lew spadł nań mniej więcej tej samej chwili, w której Ghadaba pochwyciła w swe szpony lwica.
— Szeba et thar! — zawołał Halef — Bluźnili Bogu, więc zginęli tak, jak przepowiedziałem. Niebo mnie oświeciło.
Nie powiem, aby Szeraraci bardzo się martwili z powodu straty; w każdym razie nie ulega wątpliwości, że radość z powodu zabicia lwów, które wśród ich trzód czyniły, ogromne spustoszenia, była bez porównania większa od smutku. Nie mogli oswoić się z myślą, że, wiedząc o jakie duchy chodzi, tak odważnie ruszyliśmy do ruin. Staliśmy się bohaterami dnia. Mimo waśni, podlegającej zemście, traktowano nas jak gości. A gdyśmy następnego dnia opuszczali obóz, szeik pożegnał nas następującemi słowy:
— Jesteście najdzielniejszymi wojownikami, jakich znam. Dotrzymaliśmy rzetelnie słowa danego. Ale przy następnem spotkaniu będziemy zmuszeni widzieć w was przywódców wrogich Haddedihnów. Nie zapominajcie o tem! Tobie zaś, emirze Kara ben Nemzi effendi, wyznam szczerze, że pod twoim wpływem zmieniły się moje poglądy na chrześcijan. Są to ludzie dzielni, prawdomówni i pewni; dlatego też wiara ich musi być dobra. Niechaj Allah będzie z wami i niech wam skróci drogę! — —
Gdyśmy przybyli do obozu Haddedihnów, radość była ogromna. Halef przygalopował przed swój namiot, wywołał Hanneh i, pokazując na skórę lwa i syna, rzekł:
— Hanneh, żono moja, perło wśród kobiet, popatrz na tę skórę i na tego młodego wojownika, którego powiłaś ku memu zachwytowi. Zastrzelił „pana grzmotu“, ubił króla zwierząt! Powinnaś go więc powitać przede mną. Przyciśnij go do serca i daj mu swe błogosławieństwo, gdyż będzie kiedyś godnym następcą swego ojca!
Plemię było niezwykle zdziwione, że posiada wojownika, który mimo młodego wieku położył lwa. Skórę lwicy darowałem Hanneh. Obydwie skóry stanowią odtąd ozdobę namiotu zebrań. Gdy goście składają Halefowi z tego powodu gratulacje, odpowiada z bezgraniczną dumą:
— W tych skórach tkwili kiedyś najstraszniejszy „pan grzmotu“ i najstraszniejsza „pani z grubą głową“. Nazywano ich „esz szeba et thar“ — „małżeństwo krwawej zemsty“. — — —



Przypisy

  1. Pielgrzymka.
  2. Zamek.
  3. Opieka.
  4. Duch, genjusz.
  5. Starsi.
  6. Wieś szczepu.
  7. Tak nazywają Arabowie lwa.
  8. Dziedziniec ruiny.
  9. Gaduła.
  10. Kuglarz.
  11. Czarownik.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.