U Haddedihnów/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł U Haddedihnów
Wydawca Warszawska Spółka Wydawnicza „ORIENT“ R. D. Z. EAST
Data wydania 1927
Drukarz Zakł. Graf. A. Szachowicz i S-ka, Warszawa, Nowolipie 11
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
SYN CZAROWNIKA

Halef wybrał trzy rącze i najbardziej wytrzymałe wielbłądy, które mogły przetrwać szereg dni bez wody.
Nie obciążaliśmy zbytnio wielbłądów. Wzięliśmy trzy małe bukłaki, które szóstego dnia okazały się już prawie puste. Trzeba było pomyśleć o ich napełnieniu.
Groziło nam pewne niebezpieczeństwo, ponieważ w tej porze roku większość nielicznych źródeł pustyni arabskiej obsadzały plemiona wrogie Haddedihnom. Najbardziej należało się wystrzegać Beduinów plemienia Szerarat, którzy w ustawicznej żyli z Haddedihnami niezgodzie i z pewnością nie darowaliby nam życia, gdy im się udało nas ująć. Szeik ich nosił przydomek Abu’ Dem, co znaczy: Ojciec Krwi.
Groźniejszym jeszcze od niego był znachor i czarownik plemienia Szerarat, zwany Gadub el Sahar. Czarownik ten był sławiony przez przyjaciół, a znienawidzony przez wrogów plemienia.
Przy głosowaniach nad wyrokami śmierci żądał zwykle głowy jeńca i żądaniu temu przeważnie stawało się zadość.
W stosunku do innowiercy, czy to szyity, czy żyda, czy chrześcijanina, był nieubłagany. Nawet współplemieńcy, którzy podziwiali jego sztuki, bali się go jak ognia i strzegli się tego czarownika, którego gniew groził niebezpieczeństwem nawet bliskiej rodzinie.
Ściśle rzecz biorąc, był potężniejszy od szeika. Twierdzono, że szeikby nie rozpaczał, gdyby czarownikowi przytrafiło się co złego.
Jak wspominałem, niebezpieczeństwo groziło właśnie od tego plemienia, ponieważ nie wiedzieliśmy, gdzie go szukać. Znajdowaliśmy się o półtora dnia drogi od miejscowości Tszohf; zdaleka widoczne było źródło Bir Nufah, do którego powinniśmy byli dotrzeć w południe. Jak jednak ustalić, czy źródło jest obsadzone, czy nie? Chciałem ruszyć na zwiady; nie zgodził się na to Halef.
— Sihdi, chcesz mnie obrazić! — zawołał. — Należysz do plemienia Franków, ja zaś jestem Ibn el Arab. Czyż nie moją powinnością jest przeszukiwanie okolicy? A może wątpisz o mojej zręczności?
— Skądże znowu! Nie zapominaj jednak, że w tej dziedzinie byłem twym nauczycielem.
— To nie ma znaczenia; nieraz uczeń prześciga mistrza.
— Uważasz, że tak jest w tym wypadku?
— W każdym razie chciałbym, aby syn mój, Kara ben Halef, nauczył się podziwiać swego ojca. Dlatego też żądam, byś mi pozwolił ruszyć przodem.
Cóż miałem począć? Mały Hadżi był zbyt wielkim ryzykantem jak na wywiadowcę. Czy wolno mi go jednak zawstydzać przed synem? Pod wpływem tych refleksyj ustąpiłem. Halef po chwili zginął nam z oczu na szybkim jak wicher hedżinie. Ruszyliśmy za nim kłusem miarowym. Od źródła dzieliły nas dwie godziny drogi; znałem jego położenie, ale przylegająca do niego okolica była mi obca.
Obliczając, że Halef przygalopuje tam za jakąś godzinę, zatrzymałem się po upływie półtora godzin, aby czekać na jego powrót. Minęła godzina; nie zjawił się. Wypatrywałem niespokojnie. Gdy minęła dalsza godzina, syn Halefa spytał zatroskany:
— Sihdi, czy ojciec nie powinien już dawno wrócić?
— Pewnie zauważył u źródła ludzi i czeka, aż się oddalą, — rzekłem, by go uspokoić.
— Byłoby to nierozumne. W takim wypadku powinien wrócić i ostrzec nas.
— Nie martw się, ufaj swemu ojcu. Przecież słyszałeś niedawno, że jest dobrym wywiadowcą.
Zamikł.
Po półgodzinnem oczekiwaniu odezwał się znowu:
— Sihdi, zaczynam się niepokoić. Ńiechaj Allah chroni mego ojca! Śpieszmy mu z pomocą!
— Pośpiech nie jest wskazany. Pojedziemy wolno, ostrożnie, ja przodem, ty za mną.
— Dlaczego za tobą?
— Tak nakazuje ostrożność. Nie jest bezpiecznie nad źródłem. Są tam ludzie.
— Allah, Allah! Czy pochwycili mego ojca?
— Tego nie wiem, ale podejrzewam.
— Śpieszmy więc!...
— Wprost przeciwnie, musimy zwlekać. Jeżeli ojciec wpadł w ręce tych ludzi, będą pilnie obserwować okolicę i kierunek, z którego przybył, przypuszczając słusznie, że nie był sam w dalekiej pustyni. Jeżeli ruszymy ku źródłu galopem, ujrzą nas prędzej, aniżeli my ich zdołamy zauważyć. Z pewnością pozsiadali z wielbłądów, więc nie widać ich zdaleka; tymczasem my na naszych wielbłądach będziemy bardzo widoczni. Jeżeli jednak będziesz jechać za mną, powstanie złudzenie, że zbliża się tylko jeden jeździec. Będę się nadto posługiwał lunetą i mam nadzieję, że ich prędzej zauważę, niż oni nas.
Zwolna posuwaliśmy się naprzód. Okolica była dotychczas zupełnie płaska; teraz na horyzoncie zarysowały się kontury wzgórz. Zobaczyłem przez lunetę kilka nagich pasem skalnych, ciągnących się od wschodu na zachód, a więc przecinających drogę, którą obraliśmy. Źródło leży z pewnością między skałami lub za niemi.
Byłem pewny, że Halef został schwytany. W przeciwnym razie ujrzałbym go teraz. Nieopanowany Hadżi dolazł aż do skał; zauważono go i schwytano z zasadzki.
Miałem doskonałą lunetę; przyglądałem się dokładnie każdej skale, niestety, bezskutecznie.
Gdyby przed skałami stał człowiek, musiałbym go dojrzeć. Uświadomiłem sobie, że nie możemy się zbliżyć do linji skał, gdyż zobaczonoby nas gołem okiem. Skręciłem tedy na wschód, przanaglając wielbłąda do pośpiechu.
Maszallah! — zawołał Kara ben Halef. — Chcesz ominąć źródło? Ależ w takim razie pozostawimy ojca na pastwę losu!
— Jedź ze mną i ufaj mi! — odparłem. — Jeżeli sytuacja nad Bir Nufah przedstawia się tak, jak to sobie wyobrażam, wrogowie skierują uwagę na północ. Zboczymy więc, a dotarłszy do wschodniego krańca szczytów, skręcimy pod ich osłoną ku źródłu. Ludzie przy źródle nie spodziewają się, że nadjedziemy z tamtej strony. Przypuszczam więc, że uda nam się podkraść niepostrzeżenie. Trudno przewidzieć, co się stanie później.
— Jechać za skałą, przybyć z drugiej strony? O sihdi, mądry to pomysł! Ojciec mój jest najmądrzejszy pomiędzy wszystkimi ben Arabami, ale tyś jeszcze o wiele mądrzejszy, niż on!
Po kwadransie dotarliśmy do linji wzgórz, za którą, równolegle do pierwszej, ciągnęła się druga. Między jednem a drugiem pasmem górskiem wiła się kotlina o licznych zakrętach. Ruszyliśmy tą kotliną, bacząc, by wielbłądy nie następowały na kamienie. Wzgórza, stopniowo coraz wyższe, zaczęły się zbliżać ku sobie. Było mi to bardzo na rękę, gdyż w ten sposób zmniejszało się poole widzenia tych, którzy mogli nas wyczekiwać.
Przed każdym zakrętem wadi[1] zatrzymywaliśmy się, aby zbadać, czy za zakrętem nie kryje się jakaś wroga istota. Dzięki temu posuwaliśmy się bardzo wolno; droga, którą pieszo możnaby przebyć w ciągu jednej godziny, nam pochłonęła przeszło dwie.
Wreszcie ukazały się znaki, zwiastujące źródło: ujrzeliśmy kilka suchych krzaków; w niektórych punktach kotliny rosła trawa. Należało teraz zwiększyć dziesięciokrotnie uwagę.
Znowu stanęliśmy przed zakrętem. Dotychczas zatrzymywaliśmy się, nie zsiadając z wielbłądów; tym razem jednak zeskoczyłem ze swego dwugarbowego wierzchowca. Trzymając się mocno skały i wychylając część twarzy, ujrzałem w dolinie dwustu dobrze uzbrojonych jeźdźców, obozujących obok wielbłądów.
Jeźdźcy należeli do plemienia Szerarat; nie mogę powiedzieć, aby fakt ten napełnił mnie radością. Ujrzałem wśród nich Hadżiego. Był jeńcem.
Jeden z dowódców wstał, spojrzał w kierunku szczytu, wykrzyknął jakieś imię i spytał:
— Nic jeszcze nie widzisz?
Skierowawszy wzrok ku górze, ujrzałem Beduina, ukrytego za wielkim kamieniem.
— Niema żywej duszy — odparł.
— W takim razie pomyliliśmy się; jeniec był sam. Zejdź nadół — nie mamy czasu na dalsze czekanie. Jeżeli zaraz nie ruszymy, nie przybędziemy wieczorem nad Bir Nadahfa.
— Co się stało? Coś tam zobaczył, sihdi? — zapytał szeptem mój młody towarzysz. — Słyszę jakieś wołania.
— Zliź z wielbłąda, podpełznij do mnie. Zobaczysz ojca — odparłem również szeptem.
Usłuchał polecenia. Gdy wzrok młodzieńca padł na Halefa, ująłem go za ramię:
— Cicho! Spokojnie! Musimy czekać do wieczora.
— Do wieczora? Czy to nie za długo.
— Nie. Siłą nie damy rady tylu ludziom. Tylko podstępem zdołamy twego ojca uratować. A noc jest jedyną odpowiednią porą dla wykonania mego planu.
— Do wieczora gotowi zabić mego ojca.
— O losie jeńca rozstrzyga dżemma[2], a brak tu starców, tworzących skład dzemmy. Popatrz, sam i młodzi wojownicy obozują w dolinie.
— Nie jest to pielgrzymka, gdyż nie widzę ani kobiet, ani starców, ani dzieci. Czyżby to miała być wyprawa wojenna, sihdi?
— Nie. Przyjrzyj się wielbłądom, rozłożonym na lewo; obładowane są sznurami i matami z palmowych włókien. Te sznury i maty służą do transportu zwierząt oraz do ładowania łupów. Nie ulega więc kwestji, że to wyprawa zbójecka.
— Przeciw komu?
— Tego nie wiem, mam jednak nadzieję, że dowiem się dziś wieczorem.
— Od kogo?
— Od Szeraratów. Będziemy podsłuchiwać.
— Więc pójdziemy za nimi aż pod nocny obóz? Sihdi, ojciec miał rację; u twego boku można nabyć doświadczenia. Ruszajmy jak najprędzej! Już dosiadają wielbłądów. Jeżeli tu przybędą, zobaczą nas.
— Nie przybędą. Zdążają przecież nad Bir Nadahfa, więc opuszczą kotlinę boczną szczeliną, położoną stąd po lewej stronie.
— Z czego to wnosisz, sihdi?
— Ze słów wodza, skierowanych przed chwilą do wywiadowcy. Źródło leży w kierunku południowym, szczelina prowadzi również na południe. Na szczęście, znam tę drogę.
— Byłeś tu kiedy?
Nie, ale czytałem dokładny opis miejscowości u pisarza arabskiego Hamdaniego, który zwiedził te strony. Dawne to wprawdzie czasy, ale w tym kraju okolice tego typu zamieniają się nawet po upływie stuleci tak nieznacznie, że opis dziś jeszcze zapewne odda nam nieocenione usługi. — Widzisz, miałem rację! Ciągną na lewo. Ojca przywiązano do wielbłąda; rozgląda się, przeczuwając, żeśmy się ukryli i śledzimy Szeraratów. Jeżeli nie będzie to zbyt ryzykowne, ukażę mu się, aby go uspokoić.
Przywódcy Beduinów jechali z pojmanym Halefem na końcu oddziału. W pewnej chwili, tuż przed zakrętem skalnym, Halef odwrócił się. Uwaga Beduinów była zwrócona w inną stronę. Posunąłem się szybko kilka kroków naprzód i podniosłem ramiona; uchwyciwszy jego spojrzenie, ukryłem się znowu. Teraz wie, że znam jego położenie i nie będę szczędził wysiłków, byle go oswobodzić.
Wdrapałem się na południowy stok doliny, aby się przekonać, czy Szeraraci istotnie odjechali. Kiedy mi znikli z oczu, zszedłem nadół. Poprowadziliśmy wielbłądy do źródła. Niestety, opróżnili je wrogowie. Straciliśmy dobre dwie godziny, nim mogliśmy napoić wielbłądy, napełnić bukłaki i wreszcie ugasić własne pragnienie; potem dopiero ruszyliśmy w ślady Szeraratów.
Na płaskiej pustyni wyglądanie wroga było połączone z wielkiem niebezpieczeństwem. Na szczęście, źródła badijeh, w ich liczbie Bir Nadahfa, leżą w skalistych okolicach. Bir Nadahfa otoczona jest warrem[3], pod którego osłoną można się będzie skradać.
Wielbłądy posuwały się szybko; zwolniliśmy dopiero wtedy, gdy ślady wskazywały, że jesteśmy wpobliżu Szeraratów. Popołudnie minęło bez wydarzeń. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, ujrzałem przez lunetę grupę kamieni, otaczających źródło. Szeraraci byli już na miejscu, musieliśmy się więc zatrzymać. Dopiero z zapadnięciem nocy ruszyliśmy dalej. W odległości jakiegoś kilometra od warru ułożyliśmy wielbłądy na piasku, skrępowawszy im przednie nogi, aby się nie mogły zbytnio oddalić.
Był już najwyższy czas podkraść się do nieprzyjaciół. Kara ben Halef wyskakiwał ze skóry z niecierpliwości i ochoty. Kazałem mu jednak pozostać przy wielbłądach. Zostawiwszy pod jego opieką obydwie strzelby, podążałem w kierunku warru. Bez trudu znalazłem przy blasku gwiazd miejsce, w którem wśród bloków skalnych widniało swobodne przejście do źródła. Nie ulegało wątpliwości, że Szeraraci przechodzili tędy. Poczołgałem się teraz w kierunku źródła. Po niedługim już czasie dobiegły mnie głosy. Wkońcu rozróżniłem słowa:
Allahu akbar! Aszahdu anna, la ila­ha ill’ Allah, wa Mohammedu rasuhl Allah. Haygah alas salah!
Szeraraci odmawiali chórem modlitwę wieczorną, zwaną eszeh. Ta okoliczność pozwoliła mi dotrzeć tak blisko, że mogłem się ukryć za kamieniem, odległym o kilka kroków od obozu wrogów. Chociaż gwiazdy nie świeciły jasno, mogłem przyjrzeć się placowi, okalającemu źródło. Beduini klęczeli na dywanach modlitewnych twarzami zwróceni ku Mecce i, gestykulując, powtarzali słowa protagonisty, który był moim najbliższym sąsiadem. Poznałem w nim przywódcę Szeraratów, który w południe nad Bir Nufah kazał zejść nadół wywiadowcy. Świetna okazja! Miał taki sam haik, co ja, i prawie taką samą postać. Trzy, czy cztery osoby, które w południe siedziały obok niego u źródła Bir Nufah, klęczały w pewnem oddaleniu; podkreślam, że postacie te umieszczone były przed nim, a więc odwrócone doń plecami. Między niemi zaś a protagonistą, w odległości trzech metrów ode mnie, leżał Halef ze związanemi rękami i nogami. W dodatku był ku mnie zwrócony twarzą. Odwrócił się umyślnie w tym kierunku, ponieważ przeczuwał, że stamtąd nadejdzie pomoc. Nietrudno było go oswobodzić. Czy jednak zrezygnować z wielbłąda? W obecnych warunkach odebrać zwierzę można tylko drogą wymiany; przedmiotem wymiany będzie — — przywódca.
Zatopieni w modlitwie Beduini nie odwracali wzroku od południo-zachodu. Ja leżałem po przeciwnej stronie. Wyciągnąwszy nóż z za pasa, zacząłem się przesuwać do Halefa. Ujrzawszy mnie, wyciągnął związane ręce. Jednem cięciem noża przeciąłem więzy, krępujące ręce, drugiem wyzwoliłem z pęt nogi, potem szepnąłem mu do ucha:
— Poczołgaj się aż do drogi, potem zaś goń szybko naprzód. Znajdziesz Karę, gdy tylko na niego zawołasz.
— A ty, sihdi? — zapytał.
— Podążę za tobą. Wielbłądom zdejm z nóg więzy! Żywo, żywo!
Począł się oddalać, ja zaś pozostałem na miejscu, odkładając wykonanie planu do chwili, w której nieprzyjaciele zajęci będą składaniem modlitewnych dywanów.
Wszystko stało się znacznie prędzej, niż mogę opowiedzieć. Gdy Halef zniknął na zakręcie, rozległy się ostatnie słowa modlitwy.
— Allah jest wielki. Allah jest przeogromny. Chwała mu na wieki!
Gdy protagonista wypowiedział słowa „na wieki“ i modlący się zaczęli powtarzać wypowiedziane przezeń zdania, nachyliłem się nad przywódcą, chwyciłem go lewą ręką za plecy, pociągnąłem wtył i walnąłem w skroń prawym kułakiem tak mocno, że się zwalił jak długi. Dla pewności palnąłem go jeszcze raz, potem wyprostowałem się, wziąłem go na barana i zacząłem biec w ślady Halefa.
Uciekałem potężnemi susami. Po chwili rozległy się za mną głośne wołania; równocześnie usłyszałem głos Halefa; nawoływał syna.
Natężyłem wszystkie siły w obawie, aby mnie wrogowie nie dogonili. Mimo ciężaru na plecach udało mi się dotrzeć do naszych wielbłądów, które leżały na ziemi, gotowe do drogi. Halef stał obok.
— Halefie, wskocz prędko na siodło, — poleciłem. — Weź ze sobą tego jeńca. Jedźcie prędko na wschód; zatrzymajcie się w odległości dwóch tysięcy kroków.
— Znowu chcesz pozostać, sihdi?
— Schwytam jeszcze jednego Szerari. Musimy przecież mieć posła.
Ojciec syn spełnili me polecenie, ja zaś położyłem się na piasku, aby ścigający wrogowie nie ujrzeli mnie za wcześnie. Po jakimś czasie usłyszałem odgłos szybkich kroków i ujrzałem jednego z nieprzyjaciół. Pędził co tchu, wyprzedziwszy towarzyszów. Było mi to bardzo na rękę. Zatrzymał się w odległości sześciu, siedmiu kroków i nadstawił ucha. Nie usłyszawszy żadnych podejrzanych szmerów, zaczął się zbliżać wolnym, ostrożnym krokiem. Odezwały się tuż za nim wołania towarzyszów. Obejrzał się, odwracając się do mnie tyłem. Skoczyłem ku niemu, schwyciłem go za szyję i zadałem mu cios strzelbą. Padł twarzą na ziemię, nie mogąc złapać tchu. Wziąłem go na ręce i poniosłem, nie śpiesząc się zbytnio, gdyż reszta Szeraratów nie widziała mnie. Byłem zresztą przekonany, że nie będą prowadzili poszukiwań w kierunku, w którym się oddalałem. Gdym dotarł do Halefa i Kary, drugi jeniec oprzytomniał. Halef i Kara zeszli z wielbłądów; schwytany przywódca siedział między nimi; zmusili go do milczenia ostrzem nożów.
— Oto nadchodzi — rzekł doń Halef. — To ten, o którym ci opowiadałem; zwie się emir Hadżi Kara ben Nemzi effendi. Jest mocny jak dąb i niepokonany. Obydwie strzelby są jego własnością. Jedna z nich strzela dziesięć tysięcy razy bez ładowania. Jeśli piśniesz choć jedno słówko, lub poruszysz się, Kara ben Nemzi wyślę cię do dżehenny.
— Bez skrupułów — dodałem. — Jeżeli jednak obydwaj Szeraraci będą milczeć i słuchać, nie stanie się im nic złego i będą mogli jeszcze dzisiejszej nocy powrócić do swoich. W przeciwnym wypadku poczują w sercach nasze noże. Teraz oddalimy się nieco; później dowiedzą się, czego od nich żądam.
Związaliśmy im ręce. Kazałem jeńcom maszerować przodem; Halef i Kara jechali za nimi na wielbłądach.
Postanowiłem raz jeszcze zmienić kierunek, aby ujść ścigającym nas Beduinom; w przewidywaniu że będą nas szukać na północ od warru, postanowiliśmy trzymać się kierunku południowego.
Po przebyciu sporego szmatu drogi, zarządziłem postój. Wielbłądy rozłożyły się na piasku; poleciłem również Szeraratom usiąść. Potem wziąłem Halefa nabok, aby się poinformować, w jaki sposób wpadł w niewolę. Wstrzymałem się przytem od wyrzutów, co go bardzo ucieszyło. Pojechał najspokojniej w dolinę Bir-Nufah, nie myśląc wcale o niebezpieczeństwie. Ujrzawszy Halefa, Szeraraci ukryli się, a potem wypadli z kryjówki i rozbroili go. Zbyt dumny, aby kłamać, wymienił swe imię. Wywołało to wielką radość, gdyż szeik Haddedihnów, z którymi Szeraraci żyli na wojennej stopie, był dla nich kąskiem nielada. Nie mówili nic o celach obecnej wyprawy rabunkowej. Mimo to wywnioskował z kilku oderwanych zdań, że wyprawa zwrócona jest przeciw plemieniu Lazafah-Szammar.
Badany twierdził, że jest sam. Nie chciano mu wierzyć. Mijały jednak godziny a nikt się nie zjawił; wierzyli tedy, że mówił pradę, i ruszyli z nim w dalszą drogę. Poinformowawszy mnie o tem, zapytał:
— Czy wiesz, sihdi, kim jest ten Szerari?
— Nie.
— Słuchaj i dziw się! To syn Gaduba es Sahhar, starego czarownika Szeraratów, naszego najzacieklejszego i najbardziej krwiożerczego wroga. Niechaj Allah go spali — krwawa zemsta nakazuje mi właściwie zastrzelić go jak psa. Szczyci się przydomkiem Abu el Ghadab, Ojciec Złości, który oznacza, że nie będzie oszczędzać żadnego z wrogów.
— To mnie nic nie obchodzi. Nie twój to jeniec, lecz mój.
— Rób, co chcesz. Jestem pewien, że postąpisz słusznie.
Uwolniwszy drugiego jeńca, oświadczyłem mu, co następuje:
— Słuchaj. Jestem Kara ben Nemzi, chrześcijanin i przyjaciel Haddedihnów. Z cudownej mojej strzelby mógłbym pozabijać wszystkich waszych wojowników, zanimby zdążyli posłać nam choćby jedną kulę. Wzięliście do niewoli mego przyjaciela i brata Hadżi Halefa Omara. Zamordować go chcieliście. Puszczę was jednak wolno, ale pod jednym warunkiem: musicie przyjacielowi memu oddać wielbłąda i to wszystko, coście mu zabrali. Idź do obozu po wielbłąda, broń i inne przedmioty. Jeżeli spełnisz sumiennie moje polecenie, oswobodzimy Abu el Ghadaba i ruszymy w dalszą drogę. Jeżeli knujesz jakiś podstęp, towarzysz twój przypłaci go życiem. Zostawiam ci pół godziny czasu. Jeżeli w tym terminie nie wrócisz, Abu el Ghadab padnie od mej kuli. Idź!
Widząc, że się ociąga, rzekł doń Abu el Ghadab:
— Śpiesz się i rób, co ci kazano! Życie moje więcej warte, niż jeden wielbłąd Haddedihnów.
Na te słowa oddalił się Beduin.
Dla bezpieczeństwa rozbiłem obóz w sporej odległości od miejsca, w którem toczyła się przytoczona wyżej rozmowa. Potem, wraz z Halefem, który zabrał strzelbę syna, podkradliśmy się do warru, aby oczekiwać tam na wysłanego do Szeraratów wojownika. Synowi Halefa poleciłem pilnować jeńca i zakłuć go, gdyby próbował uciec.
Po upływie niecałej pół godziny, rozległ się odgłos kroków. Odsunąwszy się nieco wbok, ujrzeliśmy gońca. Prowadził wielbłąda; minął nas niepostrzeżenie. Zgodnie z mojem zleceniem nie towarzyszył mu żaden z wojowników plemienia Szeraratów. Podnieśliśmy się z ziemi i dogoniliśmy go po niedługiej chwili.
— Twoje szczęście, żeś uczciwy! — rzekłem.
Wręczywszy Halefowi wszystkie zabrane poprzednio przedmioty, odesłałem gońca, upewniwszy go, że przywódca w przeciągu kilku minut również odzyska wolność.
— Dotrzymasz słowa, effendi? — zapytał.
— Zejdź mi jak najprędzej z oczu! — huknąłem. — Kara ben Nemzi jeszcze nigdy nie złamał słowa!
Ulotnił się jak kamfora. Dotarłszy do jeńca i jego młodocianego wartownika, uwolniłem z więzów ręce przywódcy i rzekłem:
— Otrzymałem wszystko, czego żądałem. Możesz odejść.
Obrzucił mnie badawczem spojrzeniem i rzekł po chwili:
— Naprawdę zwracasz mi wolność?
— Tak. Mam nadzieję, że w odpowiedzi na moje uczciwe postępowanie pozwolicie nam spokojnie ruszyć w dalszą drogę. Udajemy się w kierunku Bir el Halawijat, Źródła słodyczy. Nie życzymy sobie, abyście szli w nasze ślady.
— My zaś jedziemy na wschód w kierunku Akabet. Celem naszej podróży jest Bir esz Szukr, Źródło Wdzięczności. Nie masz się czego obawiać.
— Obawiać? Nie wiem, co to obawa, — odparłem.
— Nie wiesz, co to obawa? — uśmiechnął się ironicznie. — Nie zaznałeś strachu? Dużo o tobie opowiadają, ale wszystko to kłamstwo. Cała twoja waleczność jest tylko smrodliwym dymem wobec waleczności Szeraratów. Wykręciłeś się, ale spotkamy się jeszcze. Znasz prawa krwawej zemsty? Jest ona jak lew, który nie wypuści swej ofiary, zanim jej nie pochłonie. Od dzisiejszego dnia masz przeciw sobie szeba et thar, lwa krwawej zemsty. Przysięgam, że pożre cię wkrótce. Jesteś wyznawcą fałszywego boga i jego syna, który zginął na krzyżu haniebną śmiercią jako kłamca i buntownik. Był to taki sam giaur, jak ty...
Hola! — zawołał gniewnie mały Halef. — Nie powtarzaj przypadkiem tych słów, gdyż nie jestem tak cierpliwy, jak...
— Kto, ty, taki karzeł? — przerwał Szerari, śmiejąc się na całe gardło. — Jestem już wolny, więc śmieję się z was i powtarzam, że szeba et thar połknie was wszystkich. Mięso i krew giaura będzie mu...
Nie dokończył. Głośne uderzenie przerwało dalszy ciąg przemówienia. Mały, porywczy Halef uderzył go po twarzy ostrym batem i zawołał:
— Dosyć tych giaurów, ty psie! Czy odważysz się jeszcze powtórzyć to słowo?
Uderzony krzyknął pod wpływem bólu, zasłonił twarz rękami i stał czas jakiś zupełnie nieruchomo. Potem zamierzył się na Halefa. Mały Hadżi wymierzył mu drugi cios, ja zaś chwyciłem Beduina za ręce, przycisnąłem mu je do piersi i zawołałem:
— Ani kroku dalej, bo połamię ci żebra, łotrze! Nie boimy się twego szeba et thar. Jeżeli w tej chwili nie weźmiesz nóg za pas, poczęstuję cię nożem!
Zwaliłem go na ziemię potężnem uderzeniem. Po chwili podniósł się, ale nie miał odwagi zaatakować nas czynnie. Gdyśmy się zaczęli sadowić na wielbłądy, obsypał nas gradem obelg. Ruszyliśmy. Wrzeszczał jak obłąkany:
— Szeba et thar was pożre — — szeba et thar — — szeba — — et — — thar — — !
Szeraraci usłyszeli te wrzaski. Głosy ich świadczyły, że śpieszą mu na pomoc.
Jakkolwiek nie groziło nam niebezpieczeństwo, popędzaliśmy wielbłądy.
Jechałem na przodzie, za mną Halef z synem. Po jakimś czasie Halef krzyknął:
— Sihdi, jedziesz w fałszywym kierunku; nie możemy się tak daleko zapuszczać na prawo!
— Musimy — odparłem. — Tam znajduje się źródło Bir el Halawijat.
— Przecież nie jedziemy do tego źródła!
— Słusznie. Przedewszystkiem musimy ostrzec przed Szeraratami Szammarów plemienia Lazafah, i to tak, aby Szeraraci nic nie przeczuwali. Oświadczyłem dlatego synowi czarownika, że ruszamy w kierunku Bir el Halawija. Wyprowadzimy w pole Szeraratów, gdyż jutro, skoro świt, ruszą naszemi śladami.
— Czy dotrzemy aż do źródła? To strata czasu!
— Znasz drogę?
— Tak. Dokładnie.
— W takim razie wiesz zapewne, że po kilkugodzinnej jeździe znajdziemy się na wielkim szerokim hadżar el mahlis, na płaskiej równinie. Ślady wielbłądów będą na niej niewidoczne, będziemy więc mogli zboczyć na lewo, a Szeraraci tego nie zauważą.
— Masz rację, sihdi. Znowu dajesz dowody, żeś prawdopodobnie mądrzejszy ode mnie.
— Tylko „prawdopodobnie“? — zapytałem z uśmiechem. — No tak, szkoda, że nie popędziłem jak ślepy w objęcia dwustu Szeraratów.
Był to jedyny zarzut, jaki uczyniłem Halefowi za jego nieostrożność. Wymowny Hadżi nie odpowiedział wcale. Muszę tu zaznaczyć, że tylko wzgląd na obecność syna, powstrzymał mnie od znacznie surowszego skarcenia ojca.
Po całonocnej podróży daliśmy wielbłądom godzinę wytchnienia. Potem ruszyliśmy w dalszą drogę i dotarliśmy wreszcie do hadżar el mahlis.
Na twardym gruncie zmieniliśmy dotychczasowy kierunek. Wielbłądy miały pracę nielada. Jechaliśmy aż do późnego wieczora, Nad Bir Bahrid, Chłodnem Źródłem, natrafiliśmy wreszcie na placówkę Szammarów plemienia Lazafah.
Chętnie przyjmowano Haddedihnów w namiotach tego plemienia. Gdyśmy nadto oświadczyli, że przybywamy nietylko w roli przyjaciół, ale również w tym celu, aby ich ostrzec przed nieprzyjacielem, powitano nas entuzjastycznie. Natychmiast wysłano gońców do innych oddziałów z wezwaniem. Należało się bowiem liczyć z tem, że Szeraraci przybędą nad Bir Bahrid.
Z nastaniem ranka wysłano wywiadowców, choć wątpiliśmy, czy nieprzyjaciel zbliży się za dnia. W ciągu wieczora i nocy nadciągnęło tylu Lazafahów, że w rezultacie liczba wojowników doszła do pięciuset.
Oczywiście, zaproszono nas na naradę wojenną. Jak zwykle, starałem się powstrzymać od krwi rozlewu. Niestety słowa moje i wezwania były w tym wypadku daremne. Beduini zwykli uważać pobłażliwość za dowód słabości. Poza tem byłem dla nich człowiekiem obcym. Nie mieli wobec mnie takich długów wdzięczności, jak ich krewni Haddedihnowie. Dzielny Halef starał się ugłaskać ich nieco, niestety z tym samym skutkiem, co ja. Postanowiono okrążyć Szeraratów i wybić wszystkich, którzy nie zechcą się poddać. Los jeńców uchwalono złożyć w ręce zgromadzenia starszyzny. Znałem nieubłaganą surowość Lazafahów. Nie łudziłem się, że wyrok będzie łagodny.
Gdym się po ukończeniu narady znalazł sam na sam z Halefem, szeik Haddedihnów rzekł:
— Wiem, sihdi, jak bardzo ci nie odpowiadają postanowienia wojowników. Wierzaj mi, że byłbym zadowolony, gdyby zwyciężył twój pogląd. Jestem w głębi serca chrześcijaninem. Nie mogę tego rozgłaszać, gdyż pozbawionoby mnie godności szeika i straciłbym wpływ na Haddedihnów, wpływ przepojony duchem twojej wiary. Nie weźmiemy udziału w krwawej łaźni. Proponuję, abyśmy dziś jeszcze ruszyli do Dżebel Szammar.
— O nie!
— Dlaczego?
— Przedewszystkiem jako goście Lazafahów mamy obowiązek ich wspomagać. Po drugie, nie mamy dostatecznego powodu do tak nagłej decyzji. Po trzecie, stracilibyśmy u naszych gospodarzy mir i szacunek; mogliby nam zarzucić, że jesteśmy tchórzami. Po czwarte, może uda się nam — jeżeli pozostaniemy — złagodzić nieco ich okrucieństwo i przynajmniej to osiągnąć, że drobna ilość wrogów zginie, a większość dostanie się do niewoli.
— Masz rację, sihdi. Zostaniemy i chociaż drży moje ojcowskie serce, cieszę się, że ujrzę syna mego w walce. Jestem pewien, że nie ucieknie przed nieprzyjacielem.
— Ja również jestem o tem przekonany, ale nie zapominajmy, że jest mało doświadczony, a bardzo porywczy. Dlatego mamy obydwaj obowiązek baczyć pilnie, aby nie podrwił głową.
Minęła doba. Z nastaniem ranka wróciło kilku wywiadowców z meldunkiem, że Szeraraci zapewne nadciągną, gdyż nocowali w pustyni, w miejscu odległem stąd zaledwie o pięć godzin jazdy. Trzech wywiadowców pozostało na czatach. Po jakimś czasie wrócili z wieścią, że wrogowie zwinęli obóz i wysłali szpiegów, których się należy wkrótce spodziewać.
Źródło leżało w podłużnej kotlinie. Od strony północnej i zachodniej, od której szli wrogowie, nie była osłonięta; natomiast od południa i wschodu okalała ją linja skał. Większość Lazafahów ukryła się za tą linją. Przy źródle pozostało tylko czterdziestu ludzi.
Pasące się obok zwierzęta odpędzono nieco dalej, dzięki czemu Bir Barkid stracił wygląd wojennego obozowiska. Halef, Kara i ja ukryliśmy się opodal przed szpiegami. Około południa ujrzeliśmy dwóch jeźdźców, jadących wolno w kierunku obozu. Zapytali uwijających się koło źródła Lazafehów, czy mogą dostać wody. Jak nas później poinformowano, oświadczyli, że są zaprzyjaźnionymi z Lazafahami Aneïzehami i jadą do en Nfud. Napoiwszy zwierzęta, ruszyli w dalszą drogę. Śledziłem ich przez lunetę. Zniknąwszy z oczu Lazafahów, skręcili na północny-zachód, aby zawiadomić Szeraratów, że źródła pilnuje tylko czterdziestu ludzi i nietrudno będzie zdobyć paręset koni i wielbłądów.
Po jakiejś godzinie wrogowie ukazali się od północnego wschodu. Pędzili kłusem, aby nas zaskoczyć. Na brzegu kotliny zeskoczyli z wielbłądów. Wydając przeraźliwe okrzyki wojenne, zaczęli walić na dno kotliny.
Równocześnie z prawa i z lewa wypłynęły z za skał haiki Lazafahów. Przerażeni Szeraraci zatrzymali się na chwilę; i ta jedna chwila niepewności wystarczyła Lazafahom, aby ich otoczyć. Powstał nieopisany zgiełk i pisk. Zabłysły noże, skrzyżowały się lance i dzidy, zaczęły padać strzały. Kara ben Halef skoczył z upojeniem w wir walki, a my zaś za nim. Na szczęście, udało się nam uchronić go przed ranami; niestety, nie mogliśmy wpłynąć na przebieg walki. Krew płynęła strumieniami. Legło na polu przeszło stu Szeraratów. Prawie wszystkich rannych poprzebijano. Zaledwie dwudziestu napastnikom udało się dotrzeć do wielbłądów i uciec, reszta wpadła w ręce Lazafahów. Abu el Ghadab, syn czarownika, znalazł się również wśród jeńców.
Wolę nie opisywać scen, które się rozgrywały między zwycięzcami a zwyciężonymi. Oddaliłem się wraz z Halefem i Karą. Wkrótce sprowadzono nas jednak jako pośrednich sprawców zwycięstwa; chciano nam podziękować i ofiarować część łupów.
Oczywiście, nie przyjęliśmy ich. Przy tej okazji spostrzegli nas jeńcy. Gdy Abu el Ghadab nas ujrzał, podniósł się nieco mimo więzów i, przeszywając nas wzrokiem, wściekle zaryczał:
— Kara ben Nemzi jest parszywym psem chrześcijańskim! Zdradził nas! Szeba et thar, lew krwawej zemsty, pożre go za to. Niech Allah przeklnie go wraz z obydwoma towarzyszącymi mu Haddedihnami!
Na twarzy jego widniały dwie szerokie sine pręgi od uderzenia bata — wyglądał okropnie.
Przyjąłem te wyzwiska z zimną krwią. Ale mały Halef w gorącej był wodzie kąpany. Stanął więc przed synem czarownika i ryknął:
— Twój lew zemsty, który nas tylko śmieszy, sam cię pożre. Powiedziałeś, że powinniśmy się ciebie bać. Zapominasz jednak, żeś już nie jest wojownikiem, ponieważ napiętnowano cię na wieki. Twarz twoja nosi ślady mego bata, zbiłem cię jak psa, którego się człowiek brzydzi dotknąć. Zginiesz W hańbie i wstydzie wraz ze swoim szeba et thar, który z obrzydzenia nie zechce cię nawet połknąć.
Ująwszy Halefa za ramię, położyłem kres dalszym popisom krasomówstwa.
Bitwa była skończona, mogliśmy się więc oddalić, nie narażając się na zarzut tchórzostwa. Odjeżdżałem z ulgą, gdyż nie miałem ochoty pozostawać dłużej na miejscu, nad którem unosiły się opary krwi. Pożegnawszy się, ruszyliśmy w drogę w towarzystwie honorowej eskorty, która rozstała się z nami dopiero po upływie kilku godzin.
Gdyśmy po sześciu dniach przybyli szczęśliwie do celu, wieść o naszej przygodzie dotarła już do miasta. Przyjęto nas z wielkiemi honorami. — — —



Przypisy

  1. Dolina, kotlina.
  2. Zebranie starszyzny.
  3. Zwał kamienny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol May.