Tak zwani „Głupi“

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Tak zwani „Głupi“
Podtytuł Opowieść społeczna
Pochodzenie Rupiecie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


TAK ZWANI „GŁUPI“
(OPOWIEŚĆ SPOŁECZNA)



Wieś była duża — zagród około stu, ludzi pewnie więcej pół tysiąca. Wśród tego narodu byli rozmaici: dzieci i starsi, młodzi i dorośli, baby i chłopy. Było też wielu mądrych, a sporo głupich — ale takich prawdziwie głupich, których nietylko wszyscy inni tak zwali — ale i oni sami na to określenie się zgadzali — było we wsi troje. Mieli oni swe imiona i nazwiska, jak każdy, ale z biegiem lat zatracili je i znani byli we wsi pod przezwiskami: Choczka, Niechoczka i Dreptucha; do tych przezwisk dodawano każdemu stale: głupi!
Głupi Niechoczka pasał gromadzkie świnie i owce. Głupi Choczka był szewcem i grywał na skrzypcach. Głupia Dreptucha była baba włóczęga, a co gorsze — złodziejka.
Wszyscy oni urodzili się we wsi i bieg życia rozpoczęli normalnie — tylko potem ten bieg się wykoślawił, bo byli głupi.
Niechoczka był synem bogatego gospodarza — miał dwóch starszych braci — rozumnych, zapobiegliwych, pracowitych, — z których jeden nawet był wójtem, drugi zaś, skończywszy świetnie ludową szkołę — ubrał się czarno i został pisarzem w jakiejś kancelarji. Niechoczka, przy środkach finansowych chaty i protekcji braci — mógłby także zostać czemś lepszem — ale nie było na niego rady: Niechoczka — nic nie chciał.
Nie chciał przedewszystkiem chodzić do szkoły — nie pomogły ani rozkaz ojca, ani namowy matki, ani drwiny braci, Niechoczka nie chciał nic umieć, niczem zostać, — a co gorsze i w czem się najbardziej okazywała jego głupota — nie miał dla nauki i rozumu najmniejszego szacunku i uznania.
Przychodziło z tego powodu w chacie do gwałtownych scen, łajania i bicia, ale chłopak był niewzruszony na urągowiska, pod razami jeszcze się gorzej zacinał.
— Nie chcę! nie będę! — powtarzał z kamiennym uporem.
Nareszcie, po jednej takiej egzekucji, rozzłoszczony ojciec rzekł:
— Poczekaj — robisz ty nam hańbę, zrobię ja i tobie.
I poszedł do gminy, zapisał go na świniopasa do wiejskiej trzody.
Był pewny, że to skruszy chłopaka, ale gdy Niechoczka posłyszał, że ma nazajutrz objąć ten niechlubny obowiązek, wbrew ojcowskiemu oczekiwaniu nie wypraszał się, ani protestował. Zwrócił się do matki i rzekł:
— Matko, daj nici — będę sobie bat kręcił. A poszyj mi torbę na chleb.
Całą noc bat kręcił, biczysko wyrabiał, i skoro świt, torbę z chlebem wziął, dziurawy kapelusz z fantazją na tył głowy nasadził i paląc rozgłośnie z bata, poszedł środkiem ulicy wioskowej, krzycząc:
— Na schód, świnie! do szkoły owieczki! Ja starszyna wam. Nie mnie będą w skórę bili, ja bat mam.
Od tego dnia przezwano go, wśród śmiechów i urągowiska — „głupi Niechoczka“ i odtąd go inaczej nie zwano.
Uczynił wielki wstyd i hańbę rodzinie, więc aby ją zmniejszyć i oni rozgłaszali, że niespełna rozumu jest.
Po roku ojciec umarł, brata wybrano na wójta, młodszy świetnie szkołę skończył — chciano tedy Niechoczkę w domu zatrzymać, aby w gospodarstwie pomagał, ale i tu natrafiono na protest.
Szesnastoletni Niechoczka nie chciał gospodarzyć i pracować, zupełnie się z pod woli i kierunku rodziny wyemancypował. Jeszcze im naurągał:
— Oho, zaraz! będę ja robił, orał i siał, potniał i chylił się, żeby grad bił, deszcz gnoił, mróz dusił — a co zbierzesz i nie zjesz — to ci zabrali do gminy, czy Żydy do miasta. Nie chcę i nie będę robił. Ja już przywykł panować i nic innego nie chcę, tylko panować. Wy sami durnie — wam się zdaje, że panujecie, a wy tylko świnie i owce. Każdy z was ciągnie sadło i wełnę, a ze mnie nikt nic nie pociągnie i będę żył, jak mi ochota.
Zagrożono mu tedy, że go z chaty i ojcowizny wygonią, jeśli wspólnie pracować nie będzie. Na to zabrał swe szmaty, bat, kapelusz i sam się wyniósł.
Sam odtąd zawierał z gromadą umowę na pasterza.
Przez lato pokołei każda chata go karmiła, oprócz tego dostawał po kilka groszy gotówką za każdą sztukę swej trzody — po bochenku chleba i kawałku słoniny jesienią, gdy bito wieprze, i po garści wełny, gdy latem strzyżono owce.
Pod tym względem umiał rachować i pamięć miał bajeczną. Doszedł też do bajecznej w swym fachu doskonałości. Nie robił nigdy szkód swą trzodą — upasał ogromną ilość sztuk sam jeden — i znał, pamiętał, czyje i ile pasał. Zresztą był zupełnie głupi.
Całe lato, po całych dniach, był w polu i na nogach, zupełnie obojętny na skwar czy deszcz — nigdy długo nie ustał na miejscu, ani umiał iść wolno, zawsze podrygiwał i biegł truchtem, pogwizdując, pośpiewując, gadając do świń i owiec, jakby go mogły rozumieć, a wieczorem, nieodmiennie, gdy wśród tumanu kurzu trzoda jego wpadała w wioskową ulicę, rozlegało się potężne palenie z bata i głos Niechoczki:
— Hurra, hurra! idzie czereda i ja, jej starszyna!
Krzyczał, gwizdał, pohukiwał i biegł w końcu, skacząc i śmiejąc się na całe gardło.
Wiadomo — jak głupi. Bo i czego miał się weselić? Nagie ciało, spalone na cegłę, świeciło mu z pod podartej koszuli, parcianki wisiały w strzępach — a był taki próżniak, że choć umiał i miał czasu do syta, nie uplótł sobie nowego kapelusza, ani postołów.
Codzień wieczorem wstępował na wikt do innej chaty. Zasiadał do wieczerzy wraz z drugimi i słuchał gawęd z życia rodzinnego i wiejskiego. Słuchał, jak głupi — a gdy się najadł — odzywał się, jak głupi.
Gdy mówiono, że kto zachorował — mówił, śmiejąc się:
— Moi wszyscy zdrowi i żywi.
Gdy słyszał, że gdzieś ludzie się pobili, że coś komuś ukradziono, że ktoś miał sprawę w sądzie, że komu koń lub bydlę zdechło, odzywał się:
— W moim narodzie czuj duch, nie wolno bić się, i mnie nikt nie bije, bo ja bat trzymam — aha! I nie śmie mnie nikt okraść — nie dam się. I sąd dziś miałem i wygrałem — i bydełko moje zdrowe!
Czasem się drażniono z nim i wyciągano na gawędę, żeby się śmiać.
— No, a co ty masz do ukradzenia? Powiedz, spróbujem.
— Spróbujcie! — i pluł wtedy bardzo zgrabnie i daleko przez zęby, z charakterystycznym świstem.
Pokładali się ze śmiechu.
— A sąd z kim miałeś?
— Az deszczem. On na mnie pluł, ja na niego. On swoje gadał, ja swoje. Taka komedja była, że aż owieczki się śmiały. A taki on przegrał, bo ja dłużej pluł. Poszedł na las, batem go gnałem — uciekł!
Nawet się dzieci z niego śmiały.
— A dużo masz swego bydła?
— Kto je zliczy... Ćma!
— A jakie ono?
— Wszystko rabe.
— A gdzie ono?
— Jest takie, co na gałęzi, jest takie, co w wodzie, jest takie, co w ziemi. Het, wszystko moje.
I wielkim gestem zataczał ramię na cały świat.
W chacie nie lubił nocować, dowodził, że mu duszno i ciasno — sypiał na dworze — na przyzbie, pod okapem strzechy — parę godzin zaledwie, bo już przed świtem budził wołaniem gospodynie, by mu wypuszczały jego „naród“. W dzień też nigdy nie zasypiał, jak inni pasterze, i tak przez cały ciąg swojej kampanji letniej prawie się obywał bez spoczynku.
Dopiero jesienią twardą, gdy tabun swój zdał na zimowlę, grosze, chleby, kiełbasy skrzętnie odebrał, Niechoczka znosił to wszystko do jednej chaty, którą sobie na zimowe leże obrał, tam oddawał gospodyni swe zapasy i — pozostawał do wiosny. Lokator nie był kłopotliwy i kosztowny, więc chętnie go każdy przyjmował.
Przeważną część zimowego czasu Niechoczka przesypiał, w przerwach jadł i drzemał. Robić nic nie chciał — nawet wody ze studni o parę kroków nie przyniósł, drew nie urąbał.
Tracił też swój humor i fantazję, był osowiały i milczący, na nic i na nikogo nie uważał, niczem się nie interesował. Gdy raz zapaliła się we wsi stodoła i ludzie rzucili się do ratunku, a baby do lamentu, Niechoczka, rozbudzony, tylko coś zamruczał, przeciągnął się, na drugi bok się obrócił i dalej spał. Byłby się spalił niechybnie, żeby pożaru nie umiejscowiono.
Dopiero po Gromnicznej, Niechoczka jakby swoje odespał, poczynał wychodzić na podwórze, rozglądać się, węszyć, nasłuchiwać, macać pączki na drzewach. Poczynał też chodzić od chaty do chaty, ale go nie zajmowali ludzie — dowiadywał się o swój „naród“. Zaglądał do chlewków i obórek, oglądał zarodową młódź owczą i prosięta, obżałowywał z gospodyniami osobniki przepadłe, interesował się handlami i sprzedażami, i ledwie śnieg znikł, szedł w pole oglądać tegoroczne pastwisko, jakby teren swej przyszłej kampanji. Wtedy też sprawiał sobie nową odzież, zawzięcie plótł baty, odzyskiwał swój dobry humor i podrygujący truchcik.
W owym też czasie, pewnego roku, gdy miał lat dwadzieścia kilka, gruchnęła po wsi wieść niesłychana, że Niechoczka „chodzi“ za jedną dziewczyną. Było z tego śmiechu i żartów coniemiara — ale naprawdę Niechoczka za dziewczyną łaził, do jej chaty wstępował i łakomie jej się przyglądał.
— Co, spodobała ci się Nastka? — pytano ze śmiechem.
Śmiał się i on, głową kręcąc i cmokając.
— Aj — jaka u niej kosa długa i miękka! — mówił.
Wypadek skończył się tragikomicznie.
Pewnej nocy powstał wrzask okropny w komorze, gdzie dziewczyna sypiała, szamotanie, razy, przekleństwa, lament. Okazało się, że Niechoczka do komory się zakradł, śpiącej obciął połowę warkocza i zemknął. Cały jego zachwyt i pożądanie był ten kosmyk włosów na „pękawkę“ do bata. Chciano go za to obić, ale narazie nie złapano, a potem złość odeszła. Co chcieć od „głupiego“? Dziewczynę tylko na wiek wieków przezwano „owieczką“.
Do rodzicielskiej chaty Niechoczka wstępował tylko wtedy, gdy wypadał mu tam zkolei wikt pastuszy.
Matka stara jeszcze żyła, za każdym razem mu wymyślała i wyrzekała na wstyd, jaki im czyni. Brata wójta rzadko kiedy widywał, bratowa przytakiwała matce. Niechoczka jadł i słuchał z takim lubym uśmiechem, jakby tłuste kluski i łajanie równie mu smakowały. Gdy miskę wypróżnił i nie bał się, że mu jadło odbiorą, brał za bat, chlebem napychał torbę — i już na progu odpowiadał po swojemu:
— Dosyć sokotać, sroki. Wy baby, owieczki, a ja starszyna nad wami. Mnie nikt nie pasł i pasać nie będzie. Ja bat mam i więcej narodu pod sobą — niż wójt. Moja wola będzie, nie wasza! Aha!
Co było z „głupim“ gadać?
Kolega Niechoczki w przezwisku, „głupi“ Choczka, był wcale inny. Po pierwsze gospodarzem był i na gruncie siedział, ale byłoż to gospodarstwo, że pożal się Boże. Najpierw starszy jego brat po śmierci ojca tak się z nim podzielił, że aż cała wieś się gorszyła i jak mogli buntowali „głupiego“. Ale co poradzić takiemu, który sam sobie jest wrogiem i nic nie rozumie, a gdy doń mówią, słucha, jakby nie słyszał, a gdy czego od niego chcą, o co proszą — to odpowiada: „chcesz — bierz“.
Brat go znał, więc gwałtem nie brał, tylko prosił. W ten sposób wyprosił z ojcowizny najlepsze zagonki, najlepsze bydło, najnowsze budynki. Choczka na wszystko się zgadzał:
— Chcesz — bierz!
Po dziale został mu na własność piaszczysty grunt pod cmentarzem, stara chałupa, chlewek walący się, a w nim stara klacz, cielę i parę owiec. Zresztą brat miał słuszność, bo o ten dobytek i o ziemię Choczka niebardzo dbał. Starą klacz kto chciał brał i używał — do chałupy wpraszała się na zimę i lato wszelaka nędza, w pole najzuchwalej worywali się sąsiedzi, owoce w sadzie rabował i brał też kto chciał. Nie było wypadku, żeby Choczka komu co odmówił, z kim się pogniewał, o własność swą się upomniał.
Przy takiej gospodarce dawnoby z głodu umarł, żeby nie rzemiosło i jakiś dziwny dowcip do wszelakiej majsterki. Czy się młyn popsuł, czy tkacki warsztat, ludzie wołali Choczkę. Żeby najpilniejszą miał swoją robotę — szedł na wezwanie, popatrzał, podumał i wnet zaradził. Buty też szył dla całej wsi, i jakie buty! Zresztą na przeciwieństwo Niechoczki, pracowity był niesłychanie, tylko, że z tej pracowitości żadnej dla siebie nie miał korzyści. Swojego jakby nie widział.
Zdarzało się, że gdy na swojem polu robił, a zobaczył, że jaki sąsiad nie może dać rady niesfornym wołom, to rzucał swój pług i szedł do onego.
— Nie swarz się, nie bij byków, ja je przeprowadzę — mówił i choćby cały dzień gotów był woły wodzić.
Nie mógł słuchać bicia, krzyku i łajania — wtedy stawał i drętwiał, trząsł się ze strachu, choć bojaźliwym i słabym nie był.
Raz, gdy pies wściekły wpadł do wsi i wszyscy przed nim zmykali, Choczka pierwszy go dopadł i utłukł; innym razem w pożarze — w płomienie szedł, żeby wyratować cielaka. Tylko się strasznie bał złości ludzkiej.
Młódź urządzała sobie przedstawienia z tego lęku „głupiego“. Bili się i klęli, żeby zobaczyć jego zgrozę i wydrwić potem. Wyzyskiwano go też i oszukiwano na wszystkie sposoby, ale nikt nie mógł się pochwalić, żeby Choczkę wyprowadził ze spokoju i łagodności. Może był za głupi, żeby zrozumieć, iż go krzywdzą, może często nie uważał, nie słyszał.
Choczka był milczący i jakby głuchy. Ręce pracowały ciągle, ale oczy miał mgławe, rysy twarzy tępe i martwe. Gdy doń zagadano znienacka, budził się jakby z półsnu, i chwilę się orjentował, gdzie jest i czego od niego chcą. Bywało też, że wśród roboty nagle ustawał, opuszczał ręce i zapatrzony w jeden punkt, przesiedział bezczynnie długi czas. Potem, jakby się ocknął, jeszcze pilniej brał się do roboty. Zdarzało się, że go to „chwyciło“ przy pługu w polu. Wtedy klacz stara stawała także i oracz nieruchomy, z rękami opartemi na rączkach narzędzia, patrzał w błękitną dal powietrza, jakby czegoś słuchał. A ludzie, patrzący nań, mówili:
— Głupi Choczka skowronki liczy!
Izba Choczki, pusta latem, zimą stawała się przytułkiem wszelakiego tałatajstwa i biedy.
Jedni się wpraszali, inni lokowali się bez pytania nawet. Zwykle jakaś energiczniejsza baba brała na siebie obowiązki gospodyni, a wszyscy czerpali z komory gospodarza bez zbytnich skrupułów. Poco się skrupulizować, kiedy Choczka każdemu był rad i każdego nowoprzybywającego witał, jakby rodzonego.
To też utarło się we wsi przysłowie dla wdów, dla starych dziadów i bab, dla chorych, którzy ciężyli rodzinom:
— Do Choczki tobie pora iść!
Cała ta czereda napełniała izbę po brzegi, ale zachowywała się spokojnie, bo Choczka nie znosił swarów, i pod tym jednym względem — w chacie swej umiał rygor utrzymać.
— Chcesz — jedz, pij, śpij, grzej się — tylko się nie swarz!
To był jego regulamin.
Wśród tego grona, co zimy znajdowała się i Dreptucha, żebraczka-włóczęga i ona to — ożeniła Choczkę.
Byłoż to i małżeństwo — w sam raz dla „głupiego“.
Kaz w adwencie, nocą, wlazła do izby dziewczyna. Sina była z zimna, prawie naga i wygłodzona. Poznali ją lokatorowie Choczki, pochodziła z sąsiedniej wsi. Od dziecka była ladaco, próżniak i rozpustna, że nikt jej nie chciał trzymać, więc sługiwała Żydom w miasteczku.
Była w ogólnej poniewierce i ohydzie, tak, że lokatorowie Choczki jednogłośnie zdecydowaliby ją wypędzić. Wszyscy oprócz Dreptuchy. Wywiązała się kłótnia i wrzawa, tem swobodniejsza, że gospodarz był nieobecny, odbywał jakąś obowiązkową służbę w gminie i Dreptucha zwojowała innych.
Gdy Choczka wrócił, wytoczono sprawę przed niego. Okazało się, że dziewczynę, jako brzemienną, wygnali Żydzi ze służby — wygnała rodzina, wyganiali wszyscy, do kogo się wpraszała, i wygnać chcieli domownicy przygodni Choczki.
On się tem bardzo zafrasował i zaturbował.
— To jakże — rzekł po namyśle — kiedy teraz zima idzie? Zwierzę rodzi małe na wiosnę — jak do ciepła idzie — a ona i tego rozumu nie ma. Co robić — musi zostać.
— A co? Nie mówiłam ja? — wrzasnęła Dreptucha.
— Wiadomo — jednakie wy głupie! — zamruczała jednogłośnie drużyna, ale się musieli poddać i znosić przybłędę.
Po paru tygodniach grono lokatorów powiększyło się o jednego członka. Choczka wyprawił chrzciny, kupił matce spódnicę i siermięgę. W poście dziecko umarło, wyprawił mu pogrzeb, ale matka została — dopiero wśród lata kędyś w świat sobie poszła.
Ale na jesieni pierwsza się zjawiła na zimowe leże i objęła rolę gospodyni chatnej.
Niewiadomo, jakich użyła sposobów na Choczkę — ale przed Zapustami wziął z nią ślub.
Dla lokatorów nastały złe czasy, rozpędziła wszystkich, z sąsiadami rozpoczęła kłótnię — z mężem krótko też trwała zgoda. Chciała go namówić do procesu z bratem, judziła go na sąsiadów, zabraniała świadczyć usługi, odebrała mu wolę. Jednakże nie potrafiła rozumu mu dać, choć pozornie jej ulegał — ani sprawy nie rozpoczął, ani złe słowo komu rzekł. Nie można było wyrozumieć, co myśli i co robi. Mniemali jedni, że przecie baba swoje przeprze — myśleli drudzy, że ona przecie jedna wyprowadzi Choczkę z cierpliwości — i że ją kijem do porządku przywróci. Ale czy kto zdoła zgadnąć, co taki głupi wykombinuje?
Z wiosną stał się dziw we wsi. Choczka pole na rok sąsiadowi wydzierżawił, bydło sprzedał — i gdzieś przepadł. Baba zgłupiała. Jakiś czas posiedziała w chacie, a wreszcie zmierziła sobie drwiny całej wsi, zabrała z komory, co było, wystroiła się i poszła na służbę — do okolicznego dzierżawcy.
Choczka gdzieś niedaleko się ukrył, bo ledwie to się stało — do chaty wrócił.
Teraz zkolei drwiono z niego — pozwalał, nie bronił się, z dobrotliwym spokojem mówił:
— Chcesz — śmiej się! Pośmiać się trzeba.
Ale on sam nigdy się nie śmiał, a coraz częściej się zamyślał i coraz dłużej trwał w odrętwieniu. O żonę się wcale nie dowiadywał, słyszał tylko od ludzi, że była w szczególnych łaskach u swego chlebodawcy i klęła Choczkę, że jej na drodze stoi do świetnego małżeństwa.
Żebraczka Dreptucha nie była „głupią“ i włóczęgą całe życie. Zamłodu dobrze jej się wiodło — była z bogatej chaty i bogato zamąż poszła. Potem z nieszczęść rozum jej się pomieszał. Mąż umarł z gorączki, a potem i dwoje dzieci pochowała. Z tego czas jakiś jakby obłąkaną była. Mężowscy bracia zajęli grunt i osadę, a baba zaczęła chodzić po świecie i nie turbowała ich pretensjami.
Nie wiedzieć skąd, nauczyła się w chorobach radzić i szczególnie lubiła chorych pielęgnować, a już najbardziej dzieci. Żeby nie była „głupia“, każdyby ją przygarnął i utrzymywał, ale miewała ataki „duru“ — i wtedy szła przed siebie, gadając niestworzone rzeczy i bluźnierstwa.
Nie mogła zapomnieć męża i dzieci, i gdy ją ten szał opadł, zdawało jej się, że śmierć złowi i udusi, że się pomści na niej!
Po takim ataku padała na ziemię i leżała, zrazu jęcząc i wyjąc, potem znużona — jak martwa.
Mówiono też, że kradnie — nie dla siebie — ot, jak głupia, wzięła w jednej chacie, zaniosła do drugiej, a gdy ją złapano na gorącym uczynku, tłumaczyła się — jak głupia:
— U was tego dużo, a u tamtych wcale niema. Niech i oni mają.
Bito ją czasem za to, ale nikt do sądu nie zaskarżał, a gdy co w chacie przepadło, mówiono zwykle:
— Dreptucha była — pewnie schwyciła.
Ona się też bardzo nie zapierała, gdy ją badano. Uśmiechała się, przymrużając oczy:
— Może i wzięłam. To co? Nie bójcie się — sytemu i bogatemu nie zaniosłam, sama nie zjadłam. Ot, poprzędę wam za to — odrobię. Co tam!
Tych troje „głupich“ wioskowych mało się znali ze sobą i rzadko się spotykali.
Raz przecie Choczka, przed Zielonemi Świętami, szedł naprzełaj polem do sąsiedniej wsi i niósł na plecach parę nowych butów, a w ręku skrzypce. Na pagórku, jak żóraw, stał Niechoczka. Podrygiwał i gwizdał, zapatrzony w pasącą się swą trzodę. Zeszli się i zagadali do siebie.
— Nie masz wody w dzbanku? — spytał Choczka, ocierając pot z czoła.
— Jeszczebym czerep miał, żeby mi się tłukł i zawadzał. Brakuje to wody w rowie?
— Bo i prawda! — zgodził się Choczka, poszedł, gdzie mu pasterz batem wskazał, napił się i wrócił.
Na pagórku siadł i począł się rozglądać.
— Lubo tu na łąkach! — rzekł.
— To dziwo? — dumnie zadarł Niechoczka głowę — nigdzie tak lubo, jak u mnie!
Potem obejrzał gościa i rzekł:
— To musi być śmiesznie w butach chodzić.
— Nie masz butów?
— Nie nadumał się jeszcze kupić.
— Chcesz, to sobie weź!
Niechoczka siadł na ziemi i wzuł buty. Potem się zastanowił i spytał:
— A ile za to trzeba zapłacić?
— At, co tam! Tylem miał kożuchów z tych moich owiec, co je pasiesz — to znoś darmo te buty.
Niechoczka przyglądał się swoim nogom i śmiał się — potem stanął, spróbował chodzić, a raczej dreptać i podskakiwać po swojemu, i skrzywił się.
— Paskudztwo — zdecydował. — Ciężko, ciasno, gorąco, twardo. Nie, nie chcę!
I zrzucił buty.
W tem się znów ukazało, że był równie głupi jak Choczka, bo z jego głupoty on jeden jedyny nie skorzystał.
Pozostali na pagórku. Choczka zapatrzył się przed siebie i zadumał, pasterz niedługo jednak w spokoju się utrzymał. Obiegł swą trzodę, parę razy z bata palnął i, wróciwszy, spytał:
— A gdzie ty ze skrzypką idziesz?
Nie otrzymując odpowiedzi, trącił zamyślonego.
— Co ty? Zasnął?
— Nie, tak sobie słucham.
— Aha, grają muzykanty. A może ty zagrasz?
Choczka wziął skrzypce, spróbował i przestał.
— Czegoś wstydno pod niebem grać. W chacie, na weselu, to pasuje — a tutaj — jakoś nie!
— Tak i prawda! — potwierdził Niechoczka.
Głupi głupiego zrozumiał — jakżeby nie.
Dreptucha znała też Niechoczkę. Znalazł ją raz w błocie, gdzie upadła w ataku swej choroby.
Wyciągnął ją z kałuży i ocucił, tarzając po trawie.
Baba mu dała ziół od febry i nauczyła, gdzie rosną. Potem jęła go wypytywać, jak żyje i okazało się, że jest mu jakąś „ciotką“. Odtąd zachodziła do niego latem na łąki, zimą do chaty, gdzie mieszkał i umiała go przekonać, że powinien jej dawać zarobione pieniądze. Niechoczka z nawyknienia mówił: — Nie chcę — nie dam — ale dawał, i baba głupia roznosiła je po świecie, rozdając byle komu, nieznanemu, obcemu — byle biednemu. Gdy drwiono z tego i buntowano na nią Niechoczkę, wpadał w złość i urągał:
— A wy swoje komu dajecie? na co? Czemu nie trzymacie, nie zbieracie! Ja daję — bo taka moja ochota, a wy dajecie — bo wasz taki mus! Wy sami świnie i owce, ale takie, że jabym was pasać nie chciał! Aha!
I wszyscy oni troje, jak głupio żyli, tak głupio i pomarli. Pierwsza była Dreptucha. Napadła na nią zwykła choroba, pognała w świat, by złapać i zdusić śmierć, a śmierć ją dogoniła i ledwie lekko palcem ujęła, a już było po babie.
Zimą to się stało, na leśnej drodze, w nocy.
Znaleźli ludzie trupa, na kamień zmarzłego, przywieźli do wsi. Chcieli go zwalić krewnym, do chaty, ale ci usunęli się od przyjęcia. Zaczęły się stąd na ulicy swary i krzyki, zbiegli się ludzie na widowisko — już chcieli babę do gminy odstawić, ale „głupi“ Choczka się ofiarował, że ją do chaty przyjmie i pogrzebie. Tak się też stało. No, i okazało się, że „głupi“ z sobą trzymają, bo w nocy, gdy baba leżała na ławie, a Choczka trumnę zbijał — przyszedł Niechoczka i przyniósł sakwę miedziaków.
— Na, ja jej obiecał żywej, to daj umarłej.
Potem na umarłą popatrzał i dodał głośno, jakby mówił do głuchego:
— Słysz, babo, i patrzaj — oddałem! Żebyś mi nie łaziła po śmierci!
I poszedł sobie.
Po babie przyszła kolej na Niechoczkę.
W samo lato — pewnego ranka, gwałt się podniósł we wsi, że owce i świnie jak błędne snuły się po ulicy, choć słońce zeszło. Było to coś niesłychanego.
— Gdzie „głupi“? Co się stało? Zaspał, szelma! Świnie szkodę robią! Szukajcie „głupiego“.
Znaleziono go pod przyzbą chaty, w której z wieczora jadł. Leżał skulony, trząsł się i czarne miał usta.
— Wstawaj! Zabieraj czeredę!
— Nie chcę! Nie będę! — odpowiedział jakimś sennym głosem.
Wszystkie baby osłupiały. Okazało się, że był niezbędny. Zaczęto wypytywać troskliwie, co mu jest.
— Nie wiem! Nie chcę ni wstać, ni paść!
— Niechoczka, duszko, kotku, sokole! Co ty! Zdurzał? Jakże czereda zostanie? Zmóż się, rozbudź — posłuchaj nas — wygoń choć ten jeden raz. Toż ci nikt nie kazał, sam się zgodziłeś. Może ty chory? Może ciebie do chaty zanieść? Może tobie wódki dać?
Dano mu wódki. Wypił i dźwignął się.
— Nu, popędzę! Nie sokoczcie mi nad głową, sroki.
Zebrał swą trzodę i pognał, ale szedł wolno, nie krzyczał, z bata nie palił.
Wieczorem trzoda wróciła bez Niechoczki. Ktoś mówił, że go widział u kołowrotu wsi — wpędzał tabun na ulicę, a sam na łąki zawrócił; inni dowodzili, że owce same przybiegły.
Nazajutrz nigdzie Niechoczki nie znaleziono — musiano szukać innego pasterza, nikt się nie zgadzał, bo czas był roboczy. Ledwie z trudem zdano trzodę w opiekę dwojga dzieci, ale takie to było pasanie — ciągłe szkody i zguby. O nikim tyle nie gadano we wsi, jak o „głupim“. Jedni go żałowali, drudzy klęli, a wszyscy byli ciekawi, coby się z nim stało. Człowiek przecież nie może zginąć jak kot lub pies.
A przecież Niechoczkę znaleziono tylko wypadkiem.
Za wiejskiemi polami i łąkami były góry piaszczyste, nagie, tylko kilka krzywych sosenek, w krzaki rozpełzłych, tam sterczało.
Nikt tam nie chodził, bo i poco? Nic tam nie żyło, ani rosło, ani się lęgło. Otóż raz chłop tam zaszedł, żeby wyrąbać sosenkę i zobaczył stare, opuszczone oddawna lisie nory. Było dużo wylotów piaskiem prawie zaniesionych — a z głównego, najszerszego, coś wystawało. Chłop się zbliżył i przestraszył — była to głowa ludzka i tors do pasa, nogi wsunięte były w jamę. Piasek, gnany wiatrem, do połowy ciało przysypał. Trup leżał na boku, z rękoma zwiniętemi na piersi — jakby spał. Dawno już leżał, rozłożył się, zgnił, potem zesechł, tylko czaszka świeciła i odzież zachowała kształty. Niktby nie poznał, ktoby to był, żeby nie bat, nie torba od chleba i nie dziurawy kapelusz — znajoma całej wsi liberja Niechoczki.
Z pół roku już leżał, bo go chłop znalazł w listopadzie. Zawiadomił wieś i wójta. Był to nowy wstyd i hańba dla rodziny. Postanowiono przecie go stamtąd zabrać i pochować, ale nazajutrz spadł okrutny śnieg i leżał miesiąc. Przez ten czas ludzie się nagadali o Niechoczce — brat niby to jeździł zwłok szukać i nie odnalazł, ludzie zapomnieli, a potem, po zimie — naprawdę nie mogli odszukać.
Musiały lisy i wilki głodne rozwlec kości i szmaty — i tak się skończyło, że w bajkę obrócono opowiadanie owego chłopa.
Został na całą wieś jeden głupi, ale i ten starości nie dożył. Jakoś w parę lat po zniknięciu świniopasa, znowu w same żniwa, gruchnęła po wsi nowina, że do Choczki żona wróciła.
Prawda to była — wróciła wystrojona, tłusta, biała, wykarmiona na dworskim chlebie.
Jak tam się oni pogodzili, to nikt nie wiedział, ale nazajutrz razem we dwoje poszli do żniwa i wyglądali, jakby się nigdy nie kłócili.
Choczka jej żałował, męczyć się nie dawał — wodę ze studni do chaty nosił, we wszystkiem wyręczał. Taki głupi był, że się cieszył z tego powrotu.
Pożęli żyto i jare zboże, już do kartofli kopania się ludzie brali, gdy Choczka zachorzał. Baba podniosła lament na całą wieś, zwołała, ile było znających bab i znachorów — poili go i okurzali, tarli i smarowali, pewnieby nawet pomogli, gdyby nie to, że już o zachodzie słońca przestał mówić i jęczeć — zapatrzył się po swojemu w zorze czerwone i już nie chciał pić, ani odpowiadał na pytania. Leżał, rękoma piersi cisnął, a od tego blasku, co mu oczy raził, aż łzy ciekły. A potem powieki zawarł, mocno odetchnął i choć go wodą oblewali, gorącym popiołem serce grzali, już nie ożywili.
Baba z desperacji od zmysłów odchodziła, na pogrzebie zawodziła tak, że aż wszyscy płakali, ale Choczka jak umarł, tak leżał!
Potem baba z bratem układ zrobiła. Nie była łapczywą, w zgodzie się rozstała — on sam ją znowu do dzierżawcy odwiózł. Powiodło się babie — na jesieni ślub wzięli — wyszła na panią.
Wszystko tałatajstwo, co zwykle zimowało u Choczki, gadało, że ona go otruła, ale ktoby tego słuchał i wierzył. Wiadomo — złość mieli, bo im się urwało zimowanie, i zaraz tejże zimy parę tego starocia zmarło, a reszta tułała się od chaty do chaty, co zaś silniejsze, na żebry poszło.
Nie dziw, że pomstowali na babę — nawet i taka nędza żyć chce i gdzie do ciepłego kąta się przytulić.
Tak oto nie stało „głupich“ we wsi. Ludzie jednak ich często wspominali i to dziw, że jakoś bez kpiny, a jakby dziwując się i żałując.
Czegoś wraz z nimi zabrakło. Chłopi nie wiedzieli czego, boć świnie i owce miały innego pasterza, i szewc, i muzykant znalazł się inny, a bab-włóczęgów też bez Dreptuchy nie brakło.
Tamci jacyś inni byli — może dlatego, że „głupi“, a może dla czego innego, czego chłopi nie mogli pojąć, ani lepiej określić.
Widać, że i „głupi“ na świecie potrzebni...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.