Tutejszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Tutejszy
Pochodzenie Rupiecie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


TUTEJSZY



Na Wyszogrodzie pan — miał wiele ziemi i siły. Lubił łowy i boje, puhar i rumaki, więc dużo mu trzeba było obszaru. I tak za zwierzem i pastwiskiem zaszedł w strony mroczne i, zda się, puste. Gdy jednak klamor uczyniły jego zbrojne surmy i myśliwskie rogi, z borów wyszedł człowiek, odziany szaro — jak pień drzewa, cichy, jak głąb leśna niufny, jak zwierz, i począł się hufcom przyglądać. Pojmano go i przyprowadzono przed oblicze pana, a ten go pyta:
— Ty kto?
— Ja tutejszy.
— Znasz granice krainy swojej?
— Ta znam, ale przeorali jedni, przecięli drudzy, przekosili się inni.
— Wiedź mnie po granicy. Ja pan. Gdzie mój znak stanie — całe będzie, a ciebie uczynię moim sługą — i będziesz pod mą ręką bezpieczny. Jak się zowiesz?
— Ja? Kuźma! — odparł szary człek — i, jak mu rozkazane było, poprowadził.
Pan, co rzekł, dotrzymał. Po granicach swe znaki i kopce uczynił — kto był się worał, wkosił, werżnął, tego przegnał lub zgładził, a Kuźmę za sługę wziął i kazał dla siebie kasztel zbudować. Potem zaś odjechał w inne boje i łowy — a Kuźmy kraj do swych dóbr wpisał i tak się to stało i zostało.
W kasztelu zostawił swego namiestnika i ze swych ziem wysłał w owe bory różny naród, a z borów brał, co tylko bór dawał — ale innego pana nie puszczał w granice — i Kuźma spokojnie ziemię orał, bydło chował i pana słuchał, choć go ni znał, ni rozumiał, ni kochał.
Dużo czasu minęło, i dużo się na świecie zmieniło, ale Kuźma to się nie zmienił. Jednako był szary, i milczący, i niezbadany.
Bywał w kasztelu, gdy mu kazano, ale do wojaków, co tam orężnie się ćwiczyli, nigdy nie przystał — bywał w osadach nowych ludzi, gdy czego potrzebował, ale nie przejął ani ich obyczaju, ani mowy — pogardzono nim — za ostatniego mając — a on pogardę znosił — jarzmo i baty cierpiał — a w głębi duszy na przybyszów zgóry patrzał — choć tego ni słowem, ni wzrokiem nie zdradził.
Aż raz wezwano go do kasztelu i ogłoszono, że pan na Wyszogrodzie umarł, a ziemię jego wziął inny pan, co się kniaziem zowie. Płakali po śmierci pana wojaki jego, namiestniki, osadnicy i sługi — ale Kuźma nie płakał, i nawet jakby podrósł, bo kniaź go przed oblicze swoje wezwał i dobrotliwie ugościł i przemówił:
— Nie sługą, a synem mi będziesz. Cały kraj ten nasz będzie, a my sobie równi.
Nie potrafił dziękować Kuźma i tylko co chwila czekał, żeby go w kniaziowskie szaty oblekli i dali tyle pić i jeść, ileby chciał.
Ale tymczasem kazali mu granice wskazać, znaki pańskie kniaziowskiemi zastąpić, obdarowali go i w kniaziowskie barwy odziali — i potem kniaź odjechał, swoich namiestników osadziwszy — a Kuźma wrócił ziemię orać, bydło chować — i służbę pełnić. I tak przeszedł czas niemały. Uczono Kuźmę orężem robić — więc robił — czarne kreski na karcie kreślić — więc kreślił — kniazia swego sławić — więc sławił — a gdy kiedyś kniaź zjechał — przywołano go przed oblicze i ten go pyta:
— Ktoś ty jest?
— Ja tutejszy! — odpowiedział Kuźma.
— Głupiś — kniaziowski sługa jesteś. Jeszcześ nie zrozumiał! — zakrzyczeli namiestnik i stróże. Wzięli go na naukę i jęli wykładać.
Oto jakiś krewniak wyszogrodzkiego pana się zjawił i z kniaziem sąd rozpoczął. Jeden swych praw dowodził i drugi — jeden się Kuźmą świadczył i drugi. Dlatego kniaź tu zjechał.
— Jakże, głupi, nie wiesz żeś kniaziowski?
— Juści, wiem.
— No, to gadajże tak na sądzie.
— Juści, będę gadać.
— Bo jak nie zaświadczysz prawdy, to cię stąd w pustynię wygonią. Rozumiesz — pamiętaj sobie!
— Co nie mam pamiętać.
Wyrwał się, wszystko przyobiecawszy i schował się w swe bory i tak się zataił, że jak przyszedł dzień sądu, ledwie go znaleziono.
Przyprowadzono go do kasztelu — postawiono przed majestatem sądu. Lica tego, co sądził — nie mógł dojrzeć zrazu, tak się zląkł. Z jednej strony kniaź stał — i groźnie nań patrzał — a z drugiej strony jakiś młodzieńczyk stał — i skoro go spostrzegł, zagadnął:
— Poznajesz ty mnie, Kuźma?
Kuźma w kudły się podrapał.
— To dziwo, że poznaję.
— Któż ja taki?
— Wiadomo — pan — wyszogrodzkiego wielmoży — panicz!
— Nie pilnowałeś to granic mego rodzica? Nie stawiałeś znaków, nie sypałeś nam tego kasztelu?
— Wiadomo, że ja wszystko robił.
— A potem je poniszczyłeś — i przysięgałeś drugiemu i teraz świadczysz za nim?
— Wiadomo, że świadczę.
— Jakaż u ciebie prawda?
— A taka, że mnie wolno moją ziemię temu dać — komu zechcę.
— Jakto twoją? Moja jest — krzyknął kniaź.
— Moja była! — krzyknął Wyszogrodzki. — Nie pamiętasz, chamie, jakeś memu ojcu przysięgał.
— Nu, to co?
— Czemu nie dotrzymałeś?
— A wasz ojciec czemu nie dotrzymał?
— Jakto nie?
— A takto. Obiecał granicy strzec, com mu ukazał. On się u mnie za stróża zgodził, to było stróżować.
— Ach, ty chamie! Mało cię mój rodzic bił, kiedyś taki hardy.
— Otóż to — mnie bił, a byle świnia granice ryła.
— Coś rzekł? — jak śmiesz tak mówić! — porwał się kniaź. — To ty, świnia, cham!
— Nu, niech ja będę świnia. Wyście obiecywali, że mnie równym sobie uczynicie — dlategom was przyjął za stróża.
— Ty — mnie!
— No, a jakże — a któż tu pan? — wy — co przyszli — jeden z prawa, drugi z lewa — czy ja — co tu zawsze był — ja — tutejszy.
— Ale byłbyś, gdyby nie ja! — co ty znaczysz! — krzyknął pogardliwie Wyszogrodzki.
— Juści więcej od was — bo wy byli — a ja jestem.
— Przez moją moc i ochronę! — krzyknął kniaź.
— Iii — taka tam moc, kiedy się prawujesz — taka tam ochrona, kiedy ja, ot, świadczyć za tobą muszę.
— Masz milczeć i spełniać, co każę.
— To pocoś uczył i gadał, że my bracia i równi? Tamten mnie bił, to i jego pobili — a tyś mnie uczył i nauczył — to ty mnie już nie potrzebny. Ja tutejszy był, tutejszy zostanę — ot, co ja świadczę — w prawdzie.
Od majestatu rozległ się głos potężny — jakby dzwonu:
— Tutejszy był, tutejszy jest, tutejszy zostanie.
A za nim drugi powtórzył donośny jak bojowa surma:
— Kto był na początku, ten trwać będzie do końca. Kto przyszedł — odejść musi.
Kuźma oczy podniósł ku majestatowi — i ujrzał, że siedziały tam w chwale i wyrok wydawały dwie niewiasty.
I wtedy, nie wezwany, ani przymuszony pokłon im dał.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.