Kamienie (Rodziewiczówna, 1931)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Kamienie
Pochodzenie Rupiecie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1931
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


KAMIENIE



Nie było na świecie kamienistszej drogi, niż ta, która wiodła z Woli do Wólki. Czart chyba tyle kamieni nasypał na utrapienie ludzkie. A nietylko droga wśród pól, lecz i pole, i łąka, i wiejskie ogrody, i pastwisko najeżone było kamieniami. Były drobne i duże, gładkie i ostre, były takie, co łamią lemiesze, i takie, co szczerbią kosy, i takie, co kaleczą bose stopy, i takie, któremi się w kłótni kamienuje słabszego, a wszystkie były przeklęte po tysiąc razy.
Przeklęte były za jałowość ziemi, w którą rzucone ziarno obumierało pod ich ciężarem, przeklęte za poniszczone przez nie koła i narzędzia, za pokrwawione na nich stopy i okulawione bydlęta; mieszkaniec każdy Woli i Wólki, gdy mówić zaczynał, już umiał kląć kamienie, klął je aż do śmierci. Klął, narzekał, cierpiał, ale ich nie uprzątał. Ktoby tej klęsce poradził? — gdzie je podziać?
Nie miał na to nikt ani czasu, ani ochoty, ani sposobu — nad siły to było gromady. Gdyby za nie płacono, toby się kto połakomił na zysk: gdyby za to kto nagrodę obiecał, toby inny może na to się ułasił — ale wszyscy tylko narzekali, klęli i cierpieli, i tak trwało. Pola i łąka coraz mniej rodziły; podróżni omijali Wolę i Wólkę; naród ubożał, drobniał, smętniał — i tak trwało.
Aż się trafił z Wólczan jeden — inny. Jan się zwał, a Sokół po ojcach. Silny się udał — na głód i nędzę cierpliwości nie miał, wyrostkiem od tych kamienistych pól uciekł kędyś w świat, i lat dziesiątek wieści o nim nie było. Gdy wrócił, to znalazł te same kamienie, te same markotne, nędzne twarze, tylko nie zastał w chacie ojca, ni dobytku, ni sprzętu. Ojciec umarł, a co po nim zostało, rozgrabili swojacy, krewni i przyjaciele — jako zwyczaj jest. Mógł Jan po sądach chodzić, prawa i sprawiedliwości szukać, swoje odebrać; byli winni nawet w strachu, ale gdy słowa nie rzekł, poraźnieli, i nawet po pewnym czasie poszeptywali z sobą, że albo ich się boi, albo głupi jest. I tak się zostało.
A Jan ze świata przyniósł z sobą trochę grosza i jakąś nie tutejszą ochotę i siłę. I teraz jął się tych kamieni. Uprzątnął je z podwórza i z gumna i uczynił z nich sobie chatę; uprzątnął je z sadu i uczynił z nich płot wkoło swej osady. Uprzątał je z pola i z łąki, siał, zbierał, kosił i bogacił się. Ludzie go znienawidzili z zawiści i ze wstydu. Nazwali go chciwcem i skąpcem, posądzali o czary. On też z tej ciągłej zabiegliwości i pracy stał się milczący i zatroskany, pogardzał próżniakiem i ubogim, nieużyty był, sobą tylko, swą pracą i dobrem zajęty.
Zdało się, jakby z tej masy kamieni, które ściągnął, część mu duszę przywaliła i gniotła. Taką miał szarą i twardą twarz, takie zimne oczy, takie milczące, zaciśnięte usta. Nikt jemu i on nikomu nie dał nigdy dobrego słowa. I tak trwało.
Jednej późnej, błotnej i zimnej jesieni wracał Jan z jarmarku do domu. Jechał powoli, bo w rozmiękłej ziemi wyszczerzyły się wszystkie drożne kamienie i trzęsły wozem okrutnie. I Jan, choć trzos miał pełen na sobie, klął w duchu i tę ziemię, i tych ludzi — a wszystko za owe kamienie.
Aż oto, gdy mijał figurę u rozstaju, wstała z głazu, który tam leżał, kobieta i zawołała na niego:
— Gospodarzu dobry, podwieźcie mnie krzynę!
Chciał minąć obojętnie, ale spojrzał na nią, i tak mu się jakoś litościwie zrobiło w duszy, że stanął.
Kobieta lekko skoczyła na wasąg, i ruszyli.
Konie parsknęły wesoło, zastrzygły uszami, a wreszcie zarżał prawy kasztanek, jakby na ochotę, choć błota miał w kolana, a wyboje bezdenne.
Jan się obejrzał na kobietę; uczuł chęć do rozmowy.
— Zdaleka wy? Nie tutejsza?
— Z dalekiej dali idę. Miejsca sobie szukam.
— Toście w złą stronę zaszli. Tu wam chleba nikt nie da, bo sami nie mają. Ot, nahodowali kamieni; nic tu więcej niema u tych hultajów.
— Niebożęta biedne! Twardy mają żywot — odparła litościwie kobieta. — Przecie i kamienie miłować można.
— A toć miłują, miłują, chowają i szanują. Żadnego nie uprzątną! — zaśmiał się gorzko Jan — chyba ukamienować brata, to ruszą kamień z miejsca.
— Wam to Bóg szczęścił!
— Pewno, że i Bóg, alem się na Opatrzność nie oglądał, tylkom ręce zakasał i robił. Ho! ho! żeby wszyscy tak robili, toby mieli, ale oni wolą kamienie gryźć a próżnować, a ze mnie drwić, albo mi dokuczać. Takci i mają, gałgany, jako są warci!
— Trza wam było ich uczyć, namawiać, pomagać!
— Aha, pewnie, a za co? Że mi ojcowiznę rozgrabiłi i pokradli! Jako warci, takci mają.
— Sprawiedliwie. Jak kto dla siebie robi, to wedle tego i ma — westchnęła kobieta.
Milczeli chwilę, aż Jana snadź myśl jakaś trapi, i rzecze:
— Tak mi się coś zdaje, jakbym ja was już widział niegdyś, i głos mi się zda podobny.
— Dobrą pamięć macie. Lat dziesiątek temu, tośmy się spotkali na tejże drodze, jakeście z obczyzny do domu wracali. Szliśmy wpodle aż do wsi i gadali z sobą. Chcieliście mnie ugościć w chacie, ale zaraz u karczmy ludzie wam powiedzieli, że ojciec umarł, dobytek zmarniał, więceście mnie nie prosili więcej, i rozstaliśmy się. Dobrą pamięć macie!
— A wyście też jednaka! — jakby to wczoraj było.
— Aha, ja zawsze jednaka! — powtórzyła wesoło kobieta.
Wóz skręcił w zagrodę dostatnią, w bramę zamczystą, w podwórze gładko wybrukowane i stanął przed murowaną chatą. Czeladź wybiegła konie wyprzęgać. Weszli do izby. Jan zaraz parobka za jakąś opieszałość zestrofował, dziewkę do roboty napędził, i żony jął rozpytywać o zajęcie dzienne, o pracę, o dochody, o bydło.
Żona, zapracowana, zmęczona, a niespokojna, czy rad będzie sprawom domowym, czy nie mało zrobione, odpowiadała zalękła, służba milczała, dzieci patrzały mu w oczy pokornie a trwożnie.
Kobieta podróżna u progu na ławie pokornie usiadła i rozglądała się po izbie i ludziach.
Nikt nie śmiał spytać, ktoby była, czego chce — boć ją gospodarz przywiózł. Patrzyli tylko na nią ciekawie. Oczy miała modre i słodkie a wesołe, i twarz jako jakie kwiecie cudne, i szła od niej jakaś lubość i rozradowanie, jako od rozkwitłej na wiosnę czeremszyny. Dzieci wlepiły w nią oczy, a ona na nie skinęła, i jako słowo rzec, tak już przy niej były, i na kolana się wgramoliły, i do piersi przypadły, śmiejąc się i świergocąc. A za dziećmi i matka podeszła, i poczęły z sobą coś szeptać. Dziewka, która przędła, opuściła wrzeciono i słuchała owych głosów i śmiała się, a parobek, który wszedł właśnie, konie oprzątnąwszy, dorzucił drew w komin i rzekł:
— Ogrzejcie się. Narąbię dla was cały sążeń!
Jan na nic nie zważał. Wysypał na stół pieniądze z trzosa i rachował.
A wtem drzwi skrzypnęły i wszedł sąsiad. Popatrzał na białe srebro, i westchnął, a pozdrowiwszy, zagaił:
— Wiecie, Janie, podatki zbierają.
— Wiem, co mi za kłopot. Na swoje mam.
— Wiadomo, i więcej macie. Pożyczcie mi, a to ostatnią krowę zabiorą.
— A tyś mi pomagał kamienie zbierać?
— Na swojem zbieraliście!
— I dla siebie. Było tobie także na swojem zbierać.
— Sprawiedliwie mówicie. Dał wam Bóg większy rozum i siłę, poratujcie głupszego i słabszego. Dobrem sercem wam odpłacę.
— A mnie poco twoje serce? Kamienie od was miałem i kamień każdemu z was dam!
— Gospodarzu, dajcie mu poratowanie! — odzywa się podróżna kobieta.
Obejrzał się na nią proszący i zapłakał.
A Jan, jakby nie słyszał, odrzecze:
— Co mam, dla mnie jest, nie dla hultajów i próżniaków. Idź precz i giń, boś tego wart. Onegdaj ukradłeś mi siano z łąki. Jeszcze cię za to w kryminale osadzę!
Sąsiad już więcej nie śmiał mówić.
A podróżna rzecze:
— Ubogi jest, darujcie, rozumu nie ma, w biedzie jest, nie dajcie mu zginąć. Miłościwy bądź, bogaczu mądry!
Jan srebro zgarnął i w tym szeleście nie dosłyszał, co mówiła, a sąsiad przekleństwo zamruczał i wyszedł. Ale wnet za nim wsunęła się stara kobieta.
— A czego znowu? — Jan ostro zagadnął.
— Sąsiedzką przysługę mi uczyńcie. Zaniemogła mi córka, w gorączce majaczy. Pożyczcie waszych koni po doktora pojechać.
— A gdzież wasze konie?
— Toć wiecie, że w lato klacz nogę złamała i dobili. Nie mamy żadnego.
— A skądże ja mam? Czemu moje nogi nie kręcą po kamieniach? Toć wasze pole z mojem o miedzę, i tyleż macie ziemi! Wyście wydziwiali, jakem zbierał i uprzątał głazy, nie pomogli, nie skorzystali, jeszcze mi ze swego pola na złość podrzucali. To teraz do mnie o ratunek nie chodźcie. Co mam, dla siebie mam.
— Janie, miejcie-że Boga w sercu! Dziecko mi chore! Wasze konie jak lwy, co im to znaczy ta trocha drogi!
— Wy ich nie karmili. Ja karmił, i dla mnie robić będą! Idźcie mi z oczu.
— Gospodarzu, pomnijcie na wasze dzieci, poratujcie! — rzecze wędrowna kobieta.
Ale Jan srebro do skrzyni chował i jakby nie słyszał, a sąsiadka, płacząc, wyszła.
— Wieczerzę staw! — zawołał Jan na żonę.
Poskoczyła do garnków, rozszedł się zapach dobrego jadła, zabrzęczały misy i łyżki.
A wtem w progu stanął chłop blady, z próżnym workiem pod pachą, rozejrzał się, przełknął ślinę i, podrapawszy się w głowę, rzecze:
— Przyszedłem do was pożyczyć pół korca żyta.
— Pożyczyć! — zaśmiał się Jan. — A z czegóż oddacie? Toć jeszcze nie zima, i już swoje zjedliście!
— A zjedli. Siedem gęb w chacie. Nie urodziło! Da Bóg lepiej na przyszły rok, to oddam. Tymczasem jeść trzeba — odparł chłop i stęknął. — Wy do zbycia macie, to wam nie bieda, jak mniej sprzedacie.
— Pewnie, ale co zjem, to moje, co sprzedam, to też moje. Twoje u ciebie, nie u mnie. Idź, pożycz sobie u tych, którzy rozgrabili moją ojcowiznę. Lekko im przyszło, pewnie zabogacieli.
— Dobrze wam drwić. Wiecie, że oprócz was nikt nie ma. Do kogoż pójdę? Co jeść dam, jak wy nie poratujecie? U mnie w chacie już trzy dni nie jedli.
— A u mnie jedzą trzy razy dziennie to, com temi oto rękoma z tych kamieni, co wy hodujecie, krwawą pracą wydarł. Było tak samo robić, tobyście mieli, a nie chcieliście, woleliście spać i na mnie psy wieszać, to teraz żryjcie kamienie i idźcie do djabła, który je wam nasypał.
— A pewnie pójdziemy do djabła. Głód do nieba nie zaprowadzi! — burknął chłop.
— Do wieczerzy! — zawołał Jan, spojrzał na kobietę w kącie, i wnet oczy umknął.
A ona wstała, pocałowała dzieci, skinęła głową wszystkim i rzecze:
— Żegnajcie, nie będę z wami wieczerzała, ni u was gościła. Nie mogę zostać. Mój brat tu przyjdzie do was.
— Zostańcie! — raptem zawołali wszyscy.
A ona nasunęła płachtę na oczy modre i łez pełne, i rzekła:
— Nie mogę! Radabym! Żegnajcie, gospodarzu! Ja do was przyjdę jeszcze raz, kiedyś... Teraz wam mego brata trzeba, ale ja potem do was przyjdę, przyjdę! Żegnajcie, żegnajcie!
I przewinęła się wśród nich, i przepadła w czarnej sieni.
A w izbie jakby pomroczało, poziębło, i zrobiła się cichość; tylko dzieci uderzyły w długi, żałosny płacz.
Ale wprędce wśród pracy i zabiegów zapomnieli o gościu, i nikt go więcej we wsi nie widział.
Nastała zima, i znowu raz, gdy Jan z miasteczka z targu wracał, przyplątał się do niego pies siwy, i aż do chaty za wozem przybiegł i na podwórzu został.
Nikt go zrazu nie zauważył, bo w chacie było coniemiara niepokoju i trwogi o dzieci, które tegoż dnia pochorowały się na szkarlatynę. Zaznały wtedy drogi spasłe Janowe konie, poszło ze skrzyni sporo grosza, ale nadarmo, bo jednego wieczoru oboje dzieci pomarło. W izbie zawodziła matka ponuro, siedział milczący Jan, a za oknem pies przybłęda wył i skowyczał.
Wywieźli na cmentarz dzieci; do zarażonej chaty nikt nie wstępował; gospodarze jakby poniemieli; czeladź uciekła, bojąc się choroby. Wśród głuchej zimowej nocy — czasem pies przybłęda zaskomlał żałośnie. Jan go przepędzał, kamieniami w niego ciskał, nikt go nie karmił, zimował na dworze, ale z osady nie było sposobu go się pozbyć. Podrzucał mu wreszcie Jan trutkę, na pętlę chciał pojąć: pies trutki nie brał, pętli uchodził, ale wracał i nocami skowytał.
W Zapusty wyprowadzono Janowi ze stajni konie wśród nocy. Gdy się rankiem obejrzał, popędził za śladem, poprzysięgając, że chyba padnie, a złodziejów odszuka. Gonił ich mil kilkanaście, wreszcie dopędził w boru. Jednego konia ze złości zastrzelili, drugiego przecie odebrał, i napół żywy z męki wracał do domu. Czuł, że go niemoc dusi, że odchoruje, więc resztą sił, do domu, do pościeli dążył.
O milę był, gdy mu przejeżdżający znajomy rzucił, mijając:
— Nie macie do czego wracać! Ogień wymiótł, co żyło i było.
Już Jan nie jechał, i nie kierował, już go koń zaprowadził do owego — niczego.
Z osady zostało, czego ogień nie ima — ino kamienie.
A na zgliszczach pies siwy siedział, i wył, i zawodził.
Takci też do jego wtóru zawył Jan i padł objęty rozpaczą, i żalem, i śmiertelną chorobą, i więcej nic nie pamiętał, nie czuł.
Objęły go ognie i paliły, aż zgorzał do cna, do głębokości duszy; smagały go bicze bólu, aż wysmagały wszystką krew, i gdy z owego ognia wyszedł, to był z niego ino popiół, ino zgorzel czarna. A na świecie właśnie uczyniła się wiosna. Przyleciał bocian do gniazda na Janowe gumno: krążył i odleciał; przyleciały jaskółki pod strzechę chaty: szukały, świegotały i odleciały: zachodzili sąsiedzi, mówili do Jana, ale że im nie odpowiadał, odchodzili, ramionami ruszając.
I wreszcie tylko z nim na tych zgliszczach pies przybłęda został, naprzeciw niego leżał i patrzał. Jan już nie miał siły, ni woli, by go odegnać, i nie miał mocy od jego oczu swych oczu oderwać, i tak byli jakby skute z sobą niewolniki.
Aż raz coś stanęło między nimi, a Jan oczy zmrużył, coś mu zadrżało pod żebrami, załaskotało w gardle i zapłakał. Owa kobieta wędrowna do niego szła przez pogorzel i kamienie, i objęła go za głowę litościwie, i utuliła do piersi, a on ze wnętrza duszy szlochać począł. Na zgorzel duszy szły jako deszcze majowe, na popielisko jałowe, by wskrzesić trawy i kwiaty.
A wreszcie z jękiem do niej mówi:
— Uczyń co, by ten pies tak nie wył.
— Pójdź stąd, od wszystkiego, co twoje było, i przeszło, od tego, coś dla siebie zdobył, i coś stracił. Pójdź.
I uprowadziła go, okrywszy mu oczy połą swej płachty, a on, ufny, szedł.
Za wsią daleko rozdół pusty i jałowy był, cierniem porosły, piołunami i bylicą. Tam spoczęli we dwoje, i on odetchnął, bo zgliszcz osady stąd widać nie było, ni wycia psa słychać. I zmożony usnął.
A gdy się obudził, mocniejszy się poczuł, i w sobie cichszy. Wokoło też wielka cichość pól była i maił się świat. Poszukał oczyma owej kobiety pocieszycielki, i ujrzał ją, jak wśród niw szła i schylała się, i coś zbierała w połę płachty. A ilekroć zbliżyła się do niego, to spoglądała litośnie i słodko, i znowu z uśmiechem chyliła się do ziemi. Nie miał sił, by do niej iść, i z dziwem patrzał, że zbierała kamienie. A gdy płachtę miała pełną, rzuciła ciężar w ów rozdół jałowy, i znowu szła, chyliła się, i brała kamień po kamieniu, każdy: i taki, co kruszy lemiesze, i taki, co tępi kosy, i taki, co kaleczy bose stopy, i taki, który się w gniewie na bliźniego ciska; wszystkie zbierała, uprzątała.
A gdy znowu była blisko Jana, spytał:
— Co czynisz?
A ona z uśmiechem odpowiada:
— Chcę z ziemi tej zebrać wszystkie kamienie.
— Jak to? Poco?
— Aby setne plony dały niwy, aby nie krwawiły się stopy, aby nie niszczał dobytek i narzędzie, i aby nie klątwy i narzekania, jeno śpiew i śmiech od pól tych ku niebu szły.
I wyciągnęła szeroko ramiona, jakby niemi cały świat objąć i ogarnąć chciała, i cała w jasności, w rozradowaniu, w szczęśliwości patrzała w niebo.
A potem na Jana patrzy i mówi:
— Pamiętasz? takeś i ty chciał czynić, gdyś ze świata do dom wracał, gdyśmy to z sobą szli wpodle.
— Chciałem, z duszy chciałem, ale mi ludzie krzywdziciele, szyderce, wrogi, nie dali! I ty też ustaniesz, jako ja.
— Nie ustanę, bo ni dla siebie czynię, ni dla kogo. Nie ustanę ja, nie ustanę!
I znowu śmieje się, i schyla, i zbiera, a im cięższa płachta, tem się radośniej uśmiecha.
A Jan oczyma za nią idzie, i myśli, i rozważa. A cicho jest bardzo, i czasem dolatuje go od czarnej plamy zgliszcz żałosne wycie, i wtedy szarpie go ból, krwawi się w nim pamięć.
— Uczyń, bym go nie słyszał, tego wycia — prosi.
— Nie słuchaj! Pójdź za mną, czyń za mną. Będziesz wtedy słyszał, jak ziemia gra, jak niebo śpiewa! Pójdź za mną.
— Niemocnym jest. Nie udźwignę!
— Spróbuj. Ze mną udźwigniesz i głazy węgielne!
Podniosła go, podparła ramieniem, poprowadziła; zaczął jej podawać do płachty kamienie, zmocnił się, wyprostował, rozprężył ramiona.
Wtedy oddarła połowę swej płachty, i opasała go nią, jako siewcy się opasują, gdy ziarno ziemi dać mają, i poszedł za nią.
A po znojnym dniu spoczęli na skraju owego rozdołu, od ludzi i gwaru dalecy, i on położył głowę na jej kolanach, i słuchał, co ona mu mówiła.
Uczyła go słuchać, jako cisza mówi, jako ziemia gra, jako niebo śpiewa, i słyszał.
I mówiła mu, jako tu będzie, gdy nie stanie kamieni, i poczynał się tem cieszyć, i poczynał zapominać, czyje to pole i komu je zbiera, jeno radować się, że ich, tych kamieni, nie będzie.
A wśród tych rozmów usnął, i nie słyszał wycia psa przybłędy, ani wspomniał swej osady.
I oto rozeszła się po Woli i Wólce gadka, że Jan bogacz z nieszczęścia rozum stracił.
Osadę opuścił, wszystko swoje rzucił, i oto jako obłąkany po polach chodzi, kamienie w płachtę zbiera i do wąwozu nosi. Ludzie patrzyli na niego zrazu ze zgrozą i trwogą; myśleli, że co złego zamyśla i pojmali go raz, i zaprowadzili do gminy.
Ale Jan, gdy go pytano: co robi i poco? — odpowiedział:
— Kamienie zbieram, by ich nie było. Nic więcej już robić nie będę.
Urząd go badał, doktór go badał, wreszcie puścili.
Naród się z nim oswoił, uspokojony, że nieszkodliwe ma szaleństwo; wprędce też zaczęli go prześmiewać, przedrzeźniać — wiadomo: jako obłąkanego, który bronić się nie chce, czy nie umie, a może i nie rozumie naśmiewań. Dziatwa za nim biegała, jak za cudakiem; ludzie go nazwali „głupim“, mało kto podał mu chleba kawałek, i dobre słowo.
Ale Jan jakby jednakowo głuchy był na urągowisko, jak i na dobre słowo i posiłek. W ścianie wąwozu uczynił sobie schronisko, jak zwierz borowy; z nikim nie rozmawiał, o nic nie prosił.
On tylko zbierał kamienie. Schylał się, schylał, dźwigał, nosił, i zapatrzony wdal przed siebie, do kogoś się uśmiechał, z kimś bez dźwięku mówił, kogoś słuchał.
I tak czynił dni, miesiące, lata — całe życie.
W Woli i Wólce ubywało kamieni. Zauważyli to przejezdni, i pytali, coby było.
— „Głupi“ zbiera! — ze śmiechem odpowiadali miejscowi.
I ubywało z pola kamieni.
I sąsiad mówił do sąsiada ze śmiechem:
— Patrzaj-no, „głupi“ teraz dla ciebie robi.
A wreszcie i do Jana zagadywali:
— „Głupi Janie“, toć zbierasz na polu owego, który ci ojcowiznę zagrabił.
Ale Jan na mówiącego patrzał jasnemi oczyma i odpowiadał bez związku:
— Z nią zbieram. Wszystkie zbiorę, by i głazy węgielne.
I zbierał. Aż wreszcie ludzi jakiś dziw ogarnął, i jakiś wstyd, i przestali się z niego śmiać.
I często patrząc na niego niejeden stanął, i zadumał się, i schylił się, i pomógł mu kamień podnieść.
A kamieni ubywało i ubywało. Wieść się coraz szerzej rozchodziła, wreszcie ktoś możny zjechał, by się przekonać, co się tam stało.
Ale to było po wielu, wielu latach. I zdumiał ów możny — w Woli i Wólce nie było już kamieni.
Nie było ni takich, co szczerbią kosy i lemiesze, ni takich, co kaleczą bose stopy, ni takich, które się w złości na bliźniego ciska.
A naród wesoły i zdrów, i dostatni, zawiódł owego możnego do rozdołu, a rozdół był pełen kamieni.
A na skraju, na progu schroniska, bo to wieczór był, siedział „głupi Jan“, latami stary, a prosty, krzepki, z jasnemi oczyma i pogodną twarzą.
— Tyś zebrał te wszystkie kamienie? — pyta z podziwem możny.
— Z nią wespół!
— Z kim z nią?
— A ot, z nią! — i pokazuje koło siebie.
— Toć tam nikogo niema.
— Dla was niema, i ze mną niegdyś nie była. Przeto kamienie były, a teraz ich niema.
— Głupi jest, — tłumaczą ludzie szeptem — ale dobrze czynił.
— Możebyś czego pragnął za to, coś uczynił? — pyta możny Jana.
— Cobym i wymarzył i wyśnił, to wszystko u niej jest, i wszystko mi daje. Nie widzisz to jej?... biednyś ty, niebożę!... to i nie zrozumiesz, co ci opowiem o niej. Biednyś ty, biedny!
I litościwie nad tym możnym pokiwał głową „głupi Jan“, który za cały majątek miał zebrane z dróg i pól ludzkich ostre kamienie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.