Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/91

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    I uprowadziła go, okrywszy mu oczy połą swej płachty, a on, ufny, szedł.
    Za wsią daleko rozdół pusty i jałowy był, cierniem porosły, piołunami i bylicą. Tam spoczęli we dwoje, i on odetchnął, bo zgliszcz osady stąd widać nie było, ni wycia psa słychać. I zmożony usnął.
    A gdy się obudził, mocniejszy się poczuł, i w sobie cichszy. Wokoło też wielka cichość pól była i maił się świat. Poszukał oczyma owej kobiety pocieszycielki, i ujrzał ją, jak wśród niw szła i schylała się, i coś zbierała w połę płachty. A ilekroć zbliżyła się do niego, to spoglądała litośnie i słodko, i znowu z uśmiechem chyliła się do ziemi. Nie miał sił, by do niej iść, i z dziwem patrzał, że zbierała kamienie. A gdy płachtę miała pełną, rzuciła ciężar w ów rozdół jałowy, i znowu szła, chyliła się, i brała kamień po kamieniu, każdy: i taki, co kruszy lemiesze, i taki, co tępi kosy, i taki, co kaleczy bose stopy, i taki, który się w gniewie na bliźniego ciska; wszystkie zbierała, uprzątała.
    A gdy znowu była blisko Jana, spytał:
    — Co czynisz?
    A ona z uśmiechem odpowiada: