Strona:Maria Rodziewiczówna - Rupiecie.pdf/96

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.

    I często patrząc na niego niejeden stanął, i zadumał się, i schylił się, i pomógł mu kamień podnieść.
    A kamieni ubywało i ubywało. Wieść się coraz szerzej rozchodziła, wreszcie ktoś możny zjechał, by się przekonać, co się tam stało.
    Ale to było po wielu, wielu latach. I zdumiał ów możny — w Woli i Wólce nie było już kamieni.
    Nie było ni takich, co szczerbią kosy i lemiesze, ni takich, co kaleczą bose stopy, ni takich, które się w złości na bliźniego ciska.
    A naród wesoły i zdrów, i dostatni, zawiódł owego możnego do rozdołu, a rozdół był pełen kamieni.
    A na skraju, na progu schroniska, bo to wieczór był, siedział „głupi Jan“, latami stary, a prosty, krzepki, z jasnemi oczyma i pogodną twarzą.
    — Tyś zebrał te wszystkie kamienie? — pyta z podziwem możny.
    — Z nią wespół!
    — Z kim z nią?
    — A ot, z nią! — i pokazuje koło siebie.
    — Toć tam nikogo niema.