Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.

Tej nocy Enriko Kastellar nie spał. Po raz pierwszy nawiedziła go paląca troska miłosna. Przyszła była nań oddawna, lecz obawiał się uświadomić ją sobie, wyszeptać słodkie słowo — „miłość“. Wyczuwał ją zresztą i przeżywał inaczej. Stała się teraz dla mulata nieskońezonem pasmem tęsknicy, zachwytu i radosnego szczęścia.
Modlił się gorąco, namiętnie do Boga, błagając, aby się to pasmo nie przerywało nigdy. Młodość nie zna czasu, ani jego praw, ani też zrozumienia, że życie ludzkie stanowi kroplę, atom w oceanie nieskończoności.
Tej pamiętnej nocy pojął prawdę tragiczną.
Liza Floridablanca kazała mu, aby przypomniał sobie czytany wspólnie stary, czuły romans „Carcel de amor“. Miał go w pamięci ze wszystkiemi szczegółami.
Odtwarzał sobie narodziny miłości dwojga ludzi, ich wstydliwość wobec budzącego się uczucia, tajemne spotkania, namiętne objęcia i jeszcze bardziej płomienne przysięgi, które dały kochankom moc do zwalczania spiętrzonych wokół przeciwności.
Dawno czuł, że kocha Lizę, lecz drżał na samą myśl o tem. Wydawała mu się bluźnierczą i zuchwałą. A jednak czynił wszystko, aby pozyskać tę czarnowłosą panienkę, o ognistych szafirowych oczach i ustach pełnych, świeżych i gorejących. Imponował jej zdolnościami swemi w naukach, oczytaniem i wiedzą. Nikt lepiej od niego nie umiał rozśmieszyć Lizy opowiadaniem zabawnych przygód murzyńskich; nikt nie potrafił wycisnąć łez z jej pięknych oczu. On zato widział je nieraz, gdy czytał przyjaciółce „Don Kiszota“ Cervantesa.
„Don Kiszot“.
Enriko usiadł na łóżku i, oparłszy głowę na rękach, zamyślił się.
Przypomniał sobie, że gdy po raz pierwszy przeczytał nieśmiertelny romans genjalnego Hiszpana, z niesmakiem odłożył książkę. Pozostało wrażenie szyderstwa, niemal urągania. Coś jednak pociągało go do tej opowieści. Przeczytał ją kilka razy i wkońcu zrozumiał, że w śmiesznych awanturach ubogiego rycerza z La Manczy tkwił na dnie dramat, bliski i zrozumiały dla niego — czytelnika o oliwkowej twarzy i czarnych, rozmarzonych oczach.
Życie wydało mu się wtedy długotrwałem nieporozumieniem, a śmierć — ciężkim kamieniem z napisem, świadczącym o zburzeniu najlepszych nadziei. Czyny Don Kiszota zajaśniały wielkodusznością i szlachetnym porywem, a on sam — dziwaczny rycerz — stawał się coraz bardziej zadziwiającym, naiwnym prorokiem, bohaterskim w wirze cierpień i nieskończenie dobrym w swej cudacznej walce z ludźmi i wiatrakami.
Nietyle zrozumiawszy to, ile wyczuwszy, chłopak zgromadził wokoło siebie kolegów i koleżanki i jął czytać im utwór Cervantesa i po swojemu objaśniać go namiętnym, pełnym zachwytu głosem.
Przysłuchiwali się temu „Biali Bracia“ i zdumiewali się tak głębokiem zrozumieniem ukrytej treści wielkiej epopei i wnikliwej analizy duszy jej bohatera.
Posłyszawszy o tem, Liza prosiła chłopca, aby w niedziele, które spędzali zwykle razem, czytywał i jej przygody rycerza z La Manczy. Gdy doszedł do ostatnich słów umierającego Don Kiszota:

„Wszystko przeminęło, a teraz proszę o przebaczenie za czyny moje. Nie jestem już rycerzem Don Kiszotem, stałem się dawnym Alonso Dobrym, jak nazywali mnie ubodzy wieśniacy i tłumy żebraków, — Alonso el Bueno!...“

— to wtedy właśnie Liza wybuchnęła spazmatycznym płaczem, tak, że długo nie mógł jej uspokoić.
Innym znowu razem zapłakała przy czytaniu rozdziału, w którym rycerz pouczał swego przyziemnego, sprytnego giermka:

„Wolność — to najwyższe dobro, dane człowiekowi przez Niebo. Nic nie da się porównać z wolnością — ani skarby, ukryte W głębi ziemi, ani też te, które zawiera w sobie otchłań morza. Wolność i honor warte są ofiary życia!...“

Liza płakała, słuchając tych słów szlachetnych, a gubernator, obecny przy tem, bystro się przyjrzawszy natchnionej i surowej twarzy mulata, pomyślał, że na szczęście tylko nieliczni wybrańcy potrafią tak namiętnie wymawiać słowo: „Wolność“.
Enriko Kastellar, mulat i bękart, zrozumiawszy najbardziej utajone myśli genjalnego Miguela Cervantesa de Saavedra, po raz pierwszy odczuł pragnienie, aby stanąć przed pomnikiem jego w Madrycie i ujrzeć na własne oczy postać i oblicze niezwykłego proroka i nauczyciela, który mógł napisać nieśmiertelne: „Vida y bachos del ingenioso Hidalgo Don Quixote de la Mancha“.
Dziś dowiedział się, że pragnienie to, chwilami niepohamowane, zostanie zaspokojone. Pojedzie wkrótce do Madrytu, gdzie przed grobowcem wielkiego pisarza, on — nieznany mulat z dalekiej kolonji — będzie mógł prosić Najwyższą Istotę o wieczny spokój dla miotającej się i nieukojonej duszy Don Kiszota-Cervantesa.
Tak! Wymarzona chwila oblecze się niebawem w kształty rzeczywiste!
Dlaczegóż jednak nie przeżywa on teraz obłędnej niemal radości?
Siedzi z szeroko rozwartemi oczami, wpatrzony w mrok nieprzenikniony. Zaostrzony bezsennością słuch chwyta każdy dźwięk i najlżejszy, nieuchwytny szmer. Jeden z chłopców coś mruczy bezładnie, inny — przez sen wzdycha żałośnie; być może, dręczą go bezwiednie niepokojące myśli; cicho szeleści skrzydłami ćma — duża, biała, puszysta ćma o czerwonych, nieruchomych oczach i krzyżu na grubym odwłoku; zgrzyta ostremi zębami mysz; z poza trzcinowych mat dochodzi cienkie, przenikliwe cykanie dużych nietoperzy, co to gnieżdżą się w gąszczu mangowców i na strychu szkoły; od morza dopływa głuchy ryk spóźnionego parowca, którego nie wpuszczono do portu; a skądś zdaleka, być może, z głębi dżungli, albo od gór Meharatu sączy się jakaś przeciągła, drżąca nuta.
— To szakale jęczą... lub może porykuje głodna pantera?... — śmiga myśl, natychmiast znikająca bez echa.
— Ach, serce jego, dusza, umysł pochłonięte są czemś innem, ważniejszem, najdroższem w życiu! Liza!... Dla wszystkich w szkole dobra i uprzejma była — i dla Pedro Jago, i dla małej, chorowitej Betty — murzynki, i dla Alfonsa Calealleros — łobuza nad łobuzami, i dla czarnych, ciągle roześmianych Bambuli, Faruby, Nioro, Sancho, Ruty i innych — jego jedynie wyróżniała, obdarzała szczerą i ciepłą przyjaźnią... siostrą mu była...
Nie! Nie należy kłamać nawet przed samym sobą! Liza nie miała dla niego siostrzanych uczuć...
Pewnego dnia, było to Boże Narodzenie... O, nigdy nie zapomni Enriko tego wieczoru... Siedzieli we dwoje aż do północy. Starsi zapomnieli o nich, gdyż gubernator podejmował gości w pałacu. Don Miguel, guwernantka i służba byli na parterze.
Enriko i Liza grali w szachy. W pewnej chwili dziewczynka zrobiła jakieś dziwne posunięcie laufrem i mulat ze zdziwieniem podniósł na nią oczy. Spojrzenia ich spotkały się i, — Enriko dotąd nie może sobie objaśnić — długo pozostawały złączone, związane przemożną siłą.
Liza odrzuciła się na oparcie fotelu i zapytała cicho, a bardzo poważnie:
— Jak wyobrażasz sobie dalsze życie, amigo?
Zaskoczyło go to nagłe pytanie i zmieszało.
Nie przychodziło mu to na myśl dotychczas. Zamierzał stać się najlepszym, najmądrzejszym i najsilniejszym — o tem wiedział. Rozumiał dokładnie, że jest mu to potrzebne, aby być poważanym, gdyż nie mógłby znieść obrazy i poniżenia.
Zawierała się w tem jedna tylko, osobista strona życia, lecz nie ogarniała treści.
Jakiem jednak musi być jego życie, to znaczy — do czego ma zdążać? O tem nigdy jeszcze nie myślał. Przebywał w szkole, gdzie ojciec-prefekt kieruje losem wychowanków. Alberto Harra po ukończeniu szkoły został telegrafistą, Ellen Kutteh — pielęgniarką w szpitalu, jeszcze inna — Ellen Bakar — dozorczynią w rękodzielniczej szkółce sióstr-loretanek. Pablo Lumbo pracuje w biurze policji, jako przepisywacz na Remingtonie, Ambrożego Mitakama posłano, jako nauczyciela do szkółki wiejskiej w dżungli za Elaro, — wszyscy pracują i zarabiają na swoje życie. Ojciec-prefekt obmyśli coś dla niego, z pewnością, obmyśli... Mulat przypomniał sobie, że jeden tylko wychowanek „Białych Braci“ nie zechciał skorzystać z pomocy prefekta. Był to Joze Faruba — murzyn, śmieszny, wesoły i rubaszny.
Skończył nauki w zeszłym roku, a gdy brat Robert oznajmił mu, że zamierza umieścić go w biurze policji w obwodzie Sambo, Joze odpowiedział głośnym śmiechem i, patrząc bezczelnie na przełożonego, odparł:
— Co? Ja do policji? Gdybyście mnie nawet zrobili ministrem, to i wtedy nie przyjąłbym tego stanowiska. Nie chcę przez całe życie wysługiwać się Hiszpanom. Nie dla mnie taki los! Jestem potomkiem królów, chcę mieć królewskie życie! Królewskie!
Zakonnik uśmiechnął się łagodnie i spytał:
— Cóż to ma być za życie, Joze?
Murzyn się zaśmiał jeszcze głośniej i wypalił:
— Królewska wolność!
— Gdzież ty ją znajdziesz, chłopcze?
— Już znalazłem! — odparł zuchwale. — Jestem zdrów i silny. Oddawna już zapisałem się na statek, jako majtek.
— Ubogie, ciężkie życie... — zauważył mnich.
— Na okręcie karmią i ubierają — odpowiedział. — Wszystko, co zarobię, będę używał na życie — takie, jakie mi się spodoba pędzić! Gdy zechcę — będę pracował, jak pracowali niegdyś, w czasach niewolnictwa moi podbici przodkowie, a gdy nie zechcę — będę leżał dogóry brzuchem, patrzył w niebo, gryzł banany lub araszidy[1] i marzył o dawnem cesarstwie moich pradziadów lub o innych niebieskich migdałach!
Wybuchnął ryczącym śmiechem i śmiał się długo.
— Ze smutkiem przekonałem się, Joze, że nauka miłości i pokory Chrystusa-Zbawiciela nie złagodziła twego serca! — zawołał z oburzeniem obecny przy rozmowie brat Ambroży, stary, surowy mnich.
Ojciec-prefekt z wyrzutem spojrzał na zakonnego brata, bo czuł, że nie na miejscu i nie na czasie zabrzmiał gorzki wyrzut. Nie pomylił się mądry, zawsze wyrozumiały „Biały Brat“. Joze Faruba targnął głową, jak koń niesforny, i odparł ze złośliwym śmiechem, pokazując białe kły i mrużąc oczy:
— Hiszpanja — ta dopiero złagodniała pod wpływem nauki Chrystusa! Wytępiła w kolonjach trzy czwarte murzynów i innych szczepów; z królów, wielkich kapłanów i walecznych książąt porobiła bydło robocze, a z potomków królewskich chce mieć policjantów, którzyby tęgo walili po łbach murzynów za niezapłacone podatki lub za to, że nie pragną wcale, aby ich bito przy bylejakiej okazji! Cha-cha-cha!
Na tem się rozmowa urwała. Joze Faruba zniknął. Niebawem doszły pogłoski, że istotnie popłynął do Brazylji i Argentyny na parowcu „Infanta Beatrice“ z ładunkiem żywego srebra, wina i owiec.
Enriko nie wiedział, co ma odpowiedzieć Lizie. Wreszcie mruknął:
— Ojciec-prefekt znajdzie dla mnie pracę...
Żachnęła się nagle i załamała rączki ruchem rozpaczy.
— Enriko Kastellar pozostanie na zawsze w kolonji? — spytała z wybuchem. — Może zamierza pracować na poczcie? U komisarza Lopeza w policji? W biurze więziennem? W szkółce wiejskiej?! Enriko! Enriko! Cóżeś powiedział!!
Spuścił głowę i milczał, zmieszany i bezprzyczynnie zawstydzony, uporczywie rozmyślając nad powodem oburzenia przyjaciółki.
Liza odgarnęła sobie włosy z czoła i, wpijając w mulata roziskrzone, niepokojące oczy, syknęła:
— Enriko Kastellar...
Chłopiec milczał, wpatrzony w drażniące błyski jej oczu i w drgające wargi, co chwila odsłaniające białe, ostre ząbki. Znał Lizę i wiedział już, że było to oznaką silnego podniecenia.
— Enriko Kastellar nie może iść drogami murzynów! Kastellar musi zajść na szczyty, bo na to zasłużył i ma do tego prawo! — szepnęła namiętnie.
— Co ty mówisz, Lizo? — zapytał drżącym głosem.
Machnęła rączką niecierpliwie i zmarszczyła brwi.
— Ja wiem wszystko, więcej od ciebie... Słyszałam rozmowę prefekta z moim ojcem... Ja ci mówię, Enriko, musisz zdobyć wspaniałe życie i...
Spojrzał na nią pytająco, czując, że serce mu się zerwało i pomknęło w jakąś otchłań zawrotną.
Liza nic więcej nie powiedziała. Przymknęła oczy i siedziała cicho. Tylko niewysoka, wyraźnie zarysowująca się pierś oddychała porywczo. Po chwili wstała i powolnym krokiem zbliżyła się do mulata.
Powstawszy z miejsca, otarł się o nią ramieniem, a policzkiem niebacznie dotknął włosów dziewczyny. Zadrżał od ich muśnięcia; tysiące ostrz gorących przeszyło go wnet i obezwładniło. Zbladł i zacisnął szczęki. Z jakąś rozpaczą podniósł wzrok na Lizę. Stała bezwładna, jakgdyby w pełnem pokory oczekiwaniu, patrząc na niego nieprzytomnie z pod opuszczonych powiek i rozdymając cienkie, ruchome nozdrza. Rozchylone usta szeptały coś tak cicho, że nie mógł pochwycić żadnego wyrazu.
Stali tak przez chwil kilka. Liza ruchem omdlałym zarzuciła mu ręce na szyję i przywarła do niego całem ciałem.
Poczuł na uchu jej gorący oddech i ledwie uchwytny szelest słowa...
Wsłuchiwał się, lecz nie powtórzyła go więcej...
Dziewczyna odbiegła od niego i, zasłaniając twarz rękami, wypadła z pokoju.
Teraz, po wczorajszej rozmowie, Enriko zrozumiał, że była to miłość. Miłość Lizy do niego!
Zerwał się z łóżka i wyszedł na werandę.
Bielał piasek na dziedzińcu; znieruchomiały czarne sylwetki drzew, kreśląc się na fosforyzującem niebie.
Bezszelestnie śmigały nietoperze, ścigając ćmy, latające termity i cykady nocne.
W gąszczu mangowca raz po raz wyśpiewywał swoją siedmiotonową piosenkę „gammoro“.
„Diamentowe“ drozdy, czując bliski świt, leniwie, sennie pokrzykiwały.
Od strony morza dobiegały okrzyki strwożonych mew. Spłoszyła je może łódź rybacka, przepływająca wpobliżu bak, gdzie ptaki spędzały noc.
Po ścianie z lekkim zgrzytem sunęła jaszczurka, skradając się ku wypełzającym ze swoich legowisk pająkom i wstrętnym, krwawo-czerwonym stonogom.
Niebo — przetkane światłem księżyca — zwisało niby tuż nad koronami drzew, tworząc namiot nad ziemią. Przez miljony małych i dużych otworów w niebie tryskały ostre promienie; żółte, niebieskie, czerwone.
Gwiazdy... niezliczone gwiazdy, niedosiężne, dalekie bezmiernie... Krzyż Południowy... Jarzące się „Plejady“...
— Cóż ja odpowiem jutro Lizie? — miotała się w głowie mulata myśl trwożna i drażniąca.
Setki odpowiedzi, ni to potok zmienny i wartki, przepływało przed nim, a wpośród nich nie widział tej, której oczekiwała od niego Liza.
Tak przemęczył się aż do świtu.
Gdy przeleciał nad budynkiem szkoły sznur białych czapelek — „egret“, a wierzchołek starego baobabu, stojącego nad nurtem rzeki, okrył się purpurą, — powrócił do sypialni i rzucił się na posłanie, zapadając odrazu w głęboki, ciężki sen.
Nazajutrz od rana był już w porcie.
Na redzie stał duży statek. Obok uwijał się czarny, zakopcony, dymiący holownik; kilka łodzi pląsało dokoła na falach.
Statek doprowadzono do molo i przywiązano linami.
Enriko przeczytał biały napis na dziobie: — „Infanta Beatrice“.
Na tym to okręcie miał się znajdować Joze Faruba, zuchwały murzyn.
Na pokładzie rozległ się gwizdek bosmański. Wysunięto pomost i na molo weszło kilku pasażerów. Po chwili tłum tragarzy wdarł się na parowiec.
Rozpoczęło się wyładowywanie statku. Okrzyki, gwizdki, zgrzyt łańcuchów, turkot i sapanie windy motorowej, tupot nóg stopiły się w ogłuszający zgiełk.
Na brzeg wybiegło kilku majtków. Byli półnadzy i bosi; mieli na sobie tylko brudne portki płócienne i szerokie, czerwone pasy.
Enriko odrazu spostrzegł Jozego i podszedł do marynarza.
— Hallo! — zawołał murzyn. — „Senor“ Enriko Kastellar! Co ty tu robisz i jak się miewasz, mój mały?
Mulat opowiedział mu, że zostaje wysłany na naukę do Madrytu.
— Pięknie! — zawołał ze śmiechem murzyn. — Dobrze pomyślane! Chcą przekabacić cię na swoją stronę, Enriko, abyś pomagał im uciskać murzynów! No, cóż! Uciskaj, jeśli ci się podoba? Pamiętaj tylko, że mamy twarde czaszki i grubą skórę, więc wytrzymamy, a wtedy...
— Dokąd płyniesz, Joze? — zapytał mulat, chcąc zmienić przykrą rozmowę.
— Płyniemy z Amerilli do Gabunu; na powrotnej drodze, za tydzień rzucimy znowu cumy[2] na tym brzegu, bo mamy, podobno, zabrać chorych na febrę żołnierzy i policjantów — odparł murzyn i splunął.
— Popłynę na twoim statku, Joze, — rzekł Enriko.
— Po raz ostatni będę z tobą rozmawiał, mały — mruknął majtek.
— Dlaczego?
— Dlatego, że po roku staniesz się już hiszpańskim psem łańcuchowym! Psem, którego karmią, lecz nigdy nie wpuszczają do mieszkania. Będziesz pogardzony przez białych i znienawidzony przez czarnych! — powiedział Joze ponurym głosem i, rzecz dziwna, tym razem nie wybuchnął, jak zwykle, śmiechem.
— Nie rozumiem ciebie... — szepnął Enriko.
— Zrozumiesz, mój mały! — zaśmiał się murzyn. — Zrozumiesz niebawem, bo to z łatwością ci przyjdzie! Chociażbyś się stał zbawcą Hiszpanji, będą cię oni mieć za psa nieczystego, za „cętkowanego bękarta“ i — nic na to nie poradzisz, nic! Ale, zanim ci to w oczy cisną, zmuszą cię, abyś im się zaprzedał, służył im i łupił murzynów ze skóry! Staniesz się głupim, wiernym niewolnikiem białych, katem dla czarnych! Znam ja takich... zdrajców swojej krwi!
— W moich żyłach płynie krew Hiszpanów! — podnosząc głowę, zawołał Enriko.
— Zapomniałeś dodać... „i ciemnej, jak noc, łasej na świecidełka, barwne tkaniny, srebrne durosy i wino, głupiej, jak koza, a zmysłowej, jak małpa, murzynki Beliry!“ — ryknął śmiechem majtek. — O tem wy — mulaci, chętnie zapominacie, ale, do stu pustych flaszek rumu, my pamiętamy!
W głosie Joze Faruba zadrżały odgłosy stłumionej nienawiści.
Mulat przyjrzał mu się uważnie i rzekł:
— Porozmawiamy podczas podróży...
— Jak czcigodny, szlachetny „caballero“ rozkaże! — urągliwie odparł z błazeńskim ukłonem murzyn.
Przed wieczorem, gdy słońce na zachodniej połowie nieba nie raziło już nieznośnym blaskiem swej rozpalonej do białości tarczy, Enriko Kastellar szedł ciemną aleją ku pałacowi.
Cały ten dzień spędził na rozmyślaniu. Joze Faruba zastanowił go. Porównał słowa jego z tem, co słyszał od gubernatora, i zrozumiał, że murzyn nie mówił na wiatr, nie powtarzał bezmyślnie pełnych nienawiści obaw.
Spotkanie z nim dopomogło mulatowi wynaleźć właściwe podłoże dla rozmowy z Lizą. Zastał ją na korcie. Miała twarzyczkę przybladłą, oczy tęskne i zapłakane, usta mocno zaciśnięte. Nie patrzyła na przyjaciela, podała mu dłoń zimną, nie odpowiedziała uściskiem.
Siedzieli w milczeniu, bo Enriko nie wiedział, jak ma zacząć rozmowę.
— Może zagramy w tennisa? — spytał.
— Nie!... — rzuciła krótko.
Znowu zapanowało milczenie. Mulat patrzył na słońce, które, zniżając się nad morzem, stawało się coraz większe i nabrzmiewało szkarłatem i płynnem złotem.
W promieniach jego zalatujące aż tu mewy miały różowe i złote skrzydła, zato białe, puszyste obłoczki, przechodząc przed tarczą słoneczną, ciemniały i czerniały.
— Czekam!... — szepnęła Liza.
Gorący szept dziewczyny smagnął mulata, niby batem. Nagle podniósł mu się w duszy bunt nieznany, silniejszy może od tego nawet, który budził się w nim na odgłos słów — „cętkowany bękart“.
Poruszył się gwałtownie na ławce i, mrużąc oczy, zaczął mówić.
Mówił tak, jakgdyby już wyjaśnili to, co stało się dla obojga najważniejszem.
— Czegóż ty żądasz ode mnie?! — szepnął z wybuchem. — Co mogę ci powiedzieć? Nie mam prawa zapomnieć, że jestem mulatem, który nigdy nie zdoła zrównać się z najlichszym nawet Hiszpanem! Ojciec twój bierze ode mnie zobowiązanie, że nigdy starać się o to nie będę! Czegóż ty oczekujesz ode mnie?! Jestem wyklęty, jak każdy mulat...
— Twoim ojcem jest grand — hrabia de l’Alkudia... — wtrąciła.
— Ja nie mam ojca! — zawołał i zgrzytnął zębami. — Moją matką była murzynka — ciemna jak noc, łasa na świecidełka i wino, głupia, jak koza... Tak powiedział o niej murzyn Faruba... Jestem na świecie sam, bardziej samotny, niż sto sierot, bo nie chcę znać ojca i wstydzę się matki!...
— Jesteś tchórzem? — spytała. — Czy nie śmiesz upomnieć się o swe prawa i nazwisko u hrabiego — Dominika Kastellar de l’Alkudia? Nie śmiesz? Boisz się?
Zdławionym głosem odparł:
— Muszę podpisać zobowiązanie, że tego nigdy nie uczynię!
— To gwałt! — syknęła. — Gwałt nie nakłada zobowiązań. Ja żądam, żebyś dochodził swoich praw!...
Stanęła przed nim i zatopiła w źrenicach jego szeroko rozwarte, roziskrzone oczy.
Nagłym ruchem skoczyła ku niemu, namiętnie przywarła całem ciałem i wpiła się pocałunkiem w jego wargi. Nie odejmując ust swoich, szeptała gorąco:
— Żądam tego! Żądam — słyszysz... — bo kocham ciebie...
Cały świat zawirował przed nim. Czuł, że ziemia się rozstąpiła i że runął w otchłań bez dna.
Porwał ją, ścisnął z całej mocy, jął całować po oczach, ustach i włosach, szeptał szalone słowa, składał przysięgi i, jak przez sen, widział jej oczy, zasnute mgłą, usta — rozchylone, drżące i pokorne, pierś, gwałtownie falującą pod lekkim jedwabiem sukienki, i obnażone złociste, ciepłe ramię — bezwładne, miękko opadające.
— Twoja jestem, twoja na zawsze!... — szeptała.
— Nie mów nic! Nie mów nic — błagał i przez zaciśnięte zęby powtarzał: — Nie mów nic...
Nie pamiętał, jak i kiedy się rozstali. Gdy oprzytomniał, siedział na ławce, ukrytej za grubemi, gładkiemi kolumnami magnolji. Białe płatki kwiatów spadały mu na ramiona. Słońce dawno już utonęło za morzem. Gęste, fioletowe cienie snuły się wszędzie. Rozlegał się senny, pożegnalny świergot ptaków. Z poza ogrodzenia pałacowego dobiegał jękliwy skrzyp kół ciężkiego wozu murzyńskiego i chrapliwe okrzyki poganiacza bawołów.
Enriko wyszedł za bramę i stanął pod oknami lewego skrzydła gubernatorskiej siedziby. Nikt nie otwierał okna i nikt nie wołał na niego. Powrócił do szkoły. Niósł burzę w sercu, chaos wrażeń i myśli, a ponad wszystkiem — niewytłumaczony, ostry niepokój.
Po kolacji ojciec-prefekt skinął na niego.
Weszli do kancelarji. „Biały Brat“ miał twarz surową i smutną.
— Enriko! — rzekł urywanym głosem. — Wyrządziłeś mi wielką krzywdę... Zawiodłeś zaufanie pana gubernatora, który tak bardzo był dobrym dla ciebie!
Mulat drgnął.
— Widziano ciebie i... senoritę Lizę... dziś w parku. Nie możesz już więcej przychodzić do pałacu... Odpłyniesz w niedzielę! Masz tu pokwitować odbiór pieniędzy, biletu i... podpisać zobowiązanie, o którem don Miguel już ci wspominał.
Enriko w milczeniu spełnił rozkaz prefekta.
— Dobranoc! — rzekł zimnym tonem brat Roberto.
— Gdybym nie podpisał zobowiązania, czy zostałbym posłany do Madrytu? — spytał młodzieniec.
— Nie... — odpowiedział mnich.
— Musiałbym pozostać w kolonji, pracować na poczcie, w więzieniu lub w policji? — zadał mulat nowe pytanie.
— Tak...
— A więc — gwałt? — szepnął groźnie. — Muszę podpisać albo być skazanym na nędzne istnienie drobnego urzędnika hiszpańskiego?
Prefekt milczał, przymknąwszy oczy.
— W ten sposób moglibyście nawet zmusić mnie do podpisania wyroku śmierci na samego siebie... Gwałt nie nakłada żadnych zobowiązań!
— Jesteś szalony! — jęknął mnich.
— A wy?! — zawołał Enriko. — Pytam ciebie, sługo Chrystusa miłującego, czy biali ludzie postępują, jak chrześcijanie?... Odpowiedz, położywszy rękę na sercu!
Prefekt bezradnie opuścił głowę i ukrył dłonie w rękawach habitu.
Jak przybity do ziemi, w milczeniu wyszedł z pokoju, a za nim, niby cień, sunął wyprostowany mulat, o stężałej, groźnej twarzy.
Enriko wyszedł na werandę i usiadł na stopniach.
Czuł się, jak rozbitek, którego po długiem zmaganiu się z falami, morze wyrzuciło na brzeg nieznany.
Był teraz zupełnie samotny i jakgdyby oderwany od życia.
Coś wielkiego, o czem krzyczała każda kropla krwi jego, pozostało daleko, poza nim.
Przed nim, ni to morski brzeg pustynny, roztoczyła się kraina nigdy niewidziana — kraina tajemniczej przyszłości.
Wstępował do niej z sercem strapionem i zatrutem.
Nie mógł nawet pożegnać Lizy, spojrzeć na nią po raz ostatni, posłyszeć jej głosu i powiedzieć jednego płomiennego, potężnego słowa, które kształtowało się już w duszy jego, pełnej rozterki i zmiennych porywów.
Coś porwało go nagle. Jakiś głos daleki, ni to westchnienie, ni to jęk lub szloch, pochwyciła wrażliwa, czujna dusza. Zbiegł ze schodów i wyszedł poza bramę. Szedł wolno ku drzewom, rosnącym na zakręcie szosy, a gdy mrok otoczył go, gdy posłyszał nad sobą cichy szmer liści, zaczął biec co tchu. Wkrótce skręcił z głównej drogi i bocznemi ścieżkami omijał pałac. Narazie nie rozmyślał, poco to czyni, lecz gdy na chwilę przystanął, zmęczony szybkim biegiem, zadał sobie w duchu to pytanie. Zrozumiał, że wiedziony niepojętym instynktem biegł do altanki, stojącej tuż przy parkanie pałacu w końcu gaiku palmowego. Tu zwykle siadywał z Lizą, czytał jej lub słuchał jej opowiadań, tu też po raz pierwszy spostrzegł zagadkowe, drażniące błyski w jej oczach.
W ciemności zbliżył się do sztachet, przyczaił się i zajrzał do parku.
Wydał lekki okrzyk radości — okrzyk ptaka, witającego wolność i słońce.
Liza, otulona białym, puchowym płaszczykiem, stała w altanie i patrzyła w jego stronę.
— Lizo!... — zawołał przenikliwym szeptem i twarzą przywarł do sztachet.
Podbiegła natychmiast i, śpiesząc się, mówiła urywanym głosem:
— Uprosiłam guwernantkę, aby puściła mnie na chwilę... Czułam, że przyjdziesz... Ktoś widział nas dziś i doniósł ojcu... Powiedziałam mu, że kochać będę tylko ciebie jednego... Krzyczał na mnie, mówił, że to szaleństwo... hańba... Więcej się nie spotkamy, Enriko! Odjeżdżaj, a pamiętaj, że musisz dojść do praw swoich... Zobacz się z ojcem swoim, błagaj go... porusz w nim sumienie i honor... Zrób to dla mnie, jeżeli mnie kochasz i chcesz, abym była twoją... twoją na zawsze... przed całym światem... Mój najdroższy... jedyny, mój Enriko słoneczny!
Ujęła w dłonie głowę mulata i przycisnęła się wargami do ust jego, łkając i drżąc na całem ciele.
— Twoja... twoja...
Z trudem oderwała się od niego i stała, żegnając go ostatniem rozpaczliwem spojrzeniem.
— Lizo, uczynię wszystko, co mogę! Poniżę się przed ojcem, który shańbił mnie i porzucił, jak psa!... Uczynię to... a pamiętaj, że zawsze będę kochał tylko ciebie, chyba, że zwątpiłbym o twojej miłości... Lizo!...
Były to ostatnie słowa pożegnania...
Dziewczyna, nie oglądając się, pobiegła ku pałacowi, wyciągając ręce ruchem rozpaczy obłędnej. Zgrzytał żwir; cicho, żałośnie szemrały liście palm.
Enriko, blady i smutny, długo wlókł się ciemną, ponurą aleją.
W duszy jego wzbierały łzy.
W sercu to zapalała się, to nagle przygasała nadzieja.


Przypisy

  1. Orzechy ziemne.
  2. Liny.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.