Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.

Na zalanej słońcem Puerta del Sol, jak zwykle, o każdej porze dnia i nocy, tłoczno było i hałaśliwie. Przed kościołem Buen Succeso stał wysoki, zgrabny młodzieniec w białym stroju i czarnym kapeluszu o szerokiem rondzie. Zapatrzony był w piękne malowidło nad frontonem, przedstawiające słońce.
Powolnym krokiem wszedł do ciemnego kościoła i, stanąwszy przed bocznym ołtarzem, w małej kapliczce, ukrył twarz w dłoniach i modlił się w skupieniu.
Gdy wyszedł na plac, oczy młodzieńca błyszczały, a z pięknej, oliwkowej twarzy biła pewność i śmiałość.
Przechodzące obok niego senory i senority rumieniły się nagle i roziskrzonym wzrokiem, ze zmysłową ciekawością ogarniały zwinną, silną postać mulata i jego wyrazistą, natchnioną twarz.
— Madonna de Sagrada! — szeptały. — Osłoń nas przed pokuszeniem!
Jakaś dziewczyna, sprzedająca kwiaty, rzuciła mu bukiecik narcyzów.
Uśmiechnął się, złapał kwiaty w powietrzu i sięgnął do kamizelki po pieniądz.
— O, nie trzeba! — zawołała dziewczyna. — Chciałam sprawić przyjemność pięknemu caballero!
— Dziękuję! — powiedział. — Senorita jest dobra i miła. Życzę jej powodzenia, aby do obiadu nie pozostało w koszu ani jednego kwiatka!
Uśmiechnęła się do niego radośnie i skinęła ogorzałą ręką.
— Ehej, Enriko Kastellar! — rozległ się wesoły okrzyk i trzech młodych ludzi wypadło z kawiarni. — Chodź do nas, znaleźliśmy wspaniałą knajpę. Takiej „mansanilli“ nie będziesz pił nigdzie w całym Madrycie. Kulawy Pueblo wykopał jemu tylko znane źródło tego szlachetnego trunku! Chodźże!
— Poczekajcie na mnie! Najpóźniej za pół godziny przyjdę do was i — albo poczęstuję was lampką „mansanilli“, albo postawię odrazu dwie flaszki!... — odpowiedział mulat i, machnąwszy kapeluszem, szybko poszedł ku wylotowi calle de Alcala.
Zatrzymał się koło teatru de la Zarzuela i z ciekawością spoglądał na starą kamienicę, upstrzoną plamami opadającego tynku. Nad oknami pierwszego piętra wisiał szyld: „Ronda“ — miesięcznik literacki.
Przeżegnał się i wbiegł na schody.
Stary, brodaty woźny otworzył mu drzwi.
— Czy mogę widzieć redaktora? — zapytał Enriko.
— Proszę o bilet wizytowy — odparł służący.
Po chwili mulat wchodził do gabinetu redaktora „Rondy“. Enriko pomyślał, że trafił do składu stołów i makulatury. W obszernym pokoju półciemnym, bo mętne, nigdy niemyte okna nie przepuszczały światła, stało kilka stołów, zawalonych drukowaną bibułą, zeszytami i dużemi ryzami papieru. Przy najdalszym stole, z poza stosu książek, wyglądała podłużna, łysa czaszka, otoczona kłębami dymu, niby nagi, kopulasty szczyt wulkanu.
Na ścianach, oklejonych brudnemi tapetami, wisiały zakopcone i poplamione plakaty: „Nie zabieraj czasu rozmową!“ „Załatw swoją sprawę i — żegnaj“! „Czas to pieniądz“. „Życie krótkie, a pracy — dużo“...
Mulat odczytywał te przestrogi i sentencje, czekając na to, co uczyni właściciel łysej czaszki.
Nie spostrzegł, że przez szczelinę pomiędzy zwalonemi w nieładzie książkami badało go okrągłe oko o przenikliwem spojrzeniu.
Wreszcie od strony łysej czaszki rozległ się cienki, jakby sztuczny głos:
— Proszę się zbliżyć!
Enriko podszedł do stołu, a wtedy łysa czaszka poruszyła się i zaczęła się podnosić. Zjawiła się żółta, niby pergaminem obciągnięta twarz, wąska i ostra, jak klinga noża. Na cienkim, haczykowatym nosie połyskiwały złote okulary; grube, trochę wywinięte wargi usiłowały wyrazić uprzejmy uśmiech. Chuda, pomarszczona szyja wyglądała żałośnie z szerokiego, nieświeżego kołnierzyka, związanego czarną kokardą krawata; staroświecki, dziwacznie długi surdut, wyszarzały i wyświechtany, sięgał poza kolana; szerokie, białe spodnie płócienne oraz miękkie pantofle dopełniały stroju posiadacza łysej czaszki.
Był to potentat literacki, Don Jeronimo Atocha, wydawca i redaktor największego miesięcznika „Ronda“ i wytrawny, surowy krytyk w jednej osobie.
Redaktor wskazał gościowi krzesło i, usiadłszy, otoczył się obłokiem dymu, ssąc bursztynowy cybuch arabskiego „nargile“.
Okrągłe, czarne oczy świdrowały mulata.
— Przyszedłem zapytać o los powieści mojej, którą złożyłem w biurze „Rondy“ przed miesiącem... — zaczął młodzieniec.
— Ach, ach, ach!... — zajęczał piskliwie Atocha. — Że też nie domyśliłem się odrazu, kogo mam zaszczyt przyjmować! To caballero jest tym Enriko Kastellar, autorem, „Świtu czy zmierzchu“? Nuestra Senora de la Almudena! Niech mi caballero wierzy (mówi to panu stary krytyk), żeś napisał piękną, zupełnie piękną rzecz. Pełno tam jeszcze niedociągnięć, porywów ponad siły, lecz powieść — piękna! Nuestra Senora! „Ronda“ nie może wypuścić jej ze swych rąk!
— To znaczy, że pan redaktor przyjmuje ją i będzie drukował? — nie wierząc własnym uszom, spytał mulat wzruszonym głosem.
Łysa czaszka pochyliła się nad stołem.
Chuda, żylasta ręka rzucała na kawałek papieru jakieś cyfry, dodawała i mnożyła.
— Naturalnie, że będę drukował! — pisnął wreszcie senor Atocha. — Będę drukował, jeżeli pan nie zechce obedrzeć mnie ze skóry! „Świt czy zmierzch?“ obliczyłem na 18,000 wierszy... Zamierzam zaproponować panu... powiedzmy... 1000 peset...
Mulat poruszył się niespokojnie. Nie spodziewał się takiej sumy. Redaktor zrozumiał jednak ten ruch inaczej, bo uśmiechnął się żałośnie i pisnął:
— Naturalnie! Naturalnie! Uważa pan, że to zbyt małe honorarjum? No, dobrze — niech już będzie... 1500 peset... całych 300 durosów!
Szybko wypełnił kwit do kasy, wcisnął go do ręki gościa, podał mu jakiś papier do podpisania i, chowając umowę do biurka, zapiszczał:
— Z tą pańską powieścią narobię zawieruchy nielada!
Skrzywił zabawnie pergaminową twarz, pełną drobnych, do szczelin podobnych zmarszczek, i zatarł ręce.
— Istny skandal, a jeszcze większa sensacja! — pisnął tak cienko, że aż się zachłysnął i kaszlać zaczął.
Mulat spoglądał na redaktora pytająco:
— Nie rozumie caballero? Phi, phi! Pierwsza powieść mulata z kolonji? Twórczy umysł „człowieka w kratki, w paski, w cętki“? Pan myśli, że to się często zdarza?
Enriko zbladł i zmarszczył czoło.
Zuchwale patrząc na don Jeronimo Atocha, rzucił mu w twarz:
— Widziałem sporo Arabów sudańskich. Mają takież wydłużone czaszki, wargi ciemne i wywinięte, nosy haczykowate, oczy okrągłe o ostrem, niemal kłującem spojrzeniu, dłonie o cienkich, żylastych palcach.
— To, niby jak u mnie? — zapytał ze śmiechem redaktor. — Cóż dziwnego? Myślę, że w Hiszpanji niema ani jednej rodziny bez domieszki krwi maurytańskiej, a cóż dopiero ród Atocha! Mieliśmy nawet Atocha — renegatów, wyznawców Islamu!
— To znaczy, że pana mógłby też ktoś nazwać „człowiekiem w cętki“? — spytał mulat ponuro.
— Przenigdy! — pisnął don Jeronimo. — Mieszaniec murzyński — to coś niższego, słabszego, zasługującego na pogardę, to — człowiek, którego można kopnąć bezkarnie, któremu wolno postawić nogę na karku. Mieszaniec arabski — wręcz odmienny typ! Jest to żywe „memento“ tych czasów, gdy Hiszpan był uważany za istotę niższą i pogardzaną, kopaną i przytłaczaną do ziemi stopą potężnego najeźdźcy. Ha! mój młody przyjacielu, w tem tkwi sedno rzeczy! Żadna senorita nie odda ci swej ręki, chociażby przedtem sto razy oddała ci się cała! Mąż z niewolniczego plemienia — to hańba! Natomiast my szczycimy się naszemi prababkami, które rzucano na łoża wspaniałych Almohadów, bo Andaluzja i Kastylja jęczały w one czasy pod kopytami ich rumaków... Zrozumiano, amigo?
Mulat kiwnął głową i nagle roześmiał się wesoło.
— Dziękuję, panie redaktorze! Dziś, zawdzięczając panu, mam najszczęśliwszy dzień — stałem się pisarzem i zrozumiałem to, na co znikąd nie miałem odpowiedzi!
Don Jeronimo Atocha błysnął okularami w stronę młodzieńca i zapiszczał cieniutko, szyderczo:
— Niechno tylko piękny senor nie myśli, że wypowiadam mu własne przekonanie! Wszystkie te różnice, „idiosynkrazję krwi“, tę pogardę dla niższej rasy uważam za najprawdziwsze świństwo! Powtarzałem to, w co święcie wierzy nasze „cywilizowane społeczeństwo“, niech je „hiszpanka“ wydusi, bo na inny los nie zasłużyło! Wychodzi pan, don Kastellar? Proszę pamiętać o „Rondzie!“ Jeżeli się napisze coś nowego, pędzić co tchu wprost do „Rondy“ i przynosić! A z tej powieści pana, to ja zrobię taką bombę, że uszy ludziom popuchną! Per Nuestra Senora de la Almudena!
W kwadrans po tej rozmowie Enriko Kastellar siedział już z kolegami w „Mallorquina“. Na stoliku stały przed nimi dwie omszałe butelki starej „mansanilli“ i kosz z owocami.
— Wygrałeś na loterji, Enriko? — pytał opasły młodzieniec Joze de Vega.
— A może spadek od dziadka amerykańskiego? — dorzucił drugi — mały, ruchliwy Lope Huertas.
— Nie, moi drodzy! — zawołał trzeci — barczysty, dobroduszny Isidro Gines. — Już wiem! Enriko znalazł sobie krociową protektorkę. Baby ustawicznie wybałuszają nań oczy, więc o taki przypadek nie trudno!
Mulat się zaśmiał i powiedział:
— Wszyscy trzej macie rację! Wygrałem wielki los na loterji, dostałem spadek po dziadku i zdobyłem sobie protektorkę! A teraz pijcie, amigos, bo „mansanilla“ istotnie wyśmienita!
Gdy trochę podochoceni wychodzili z „Mallorquiny“, mulat zwrócił się do kolegów i zawołał:
— Jutro niedziela! Zapraszam was na „Corridas de toros“.
— Niech nam żyje Enriko Kastellar! — krzyknęli, wyrzucając w powietrze kapelusze.
Przecinając Puerta del Sol, mijali kwiaciarkę. W koszu jej pozostało kilka wiązanek narcyzów.
Mulat podszedł do niej i rzekł:
— Kupuję wszystkie!
Rzuciwszy do kieszeni fartuszka kwiaciarki ciężkiego „durosa“, stanął przed zdumioną dziewczyną i, teatralnym ruchem, zdejmując kapelusz, powiedział:
— Piękna senorita pozwoli ofiarować sobie te kwiaty?
Wesoła, ogorzała „Florestina“ o kasztanowych włosach, czerwonych, grubych wargach i dużych, czarnych oczach stała zarumieniona i zmieszana.
— Senorita! — powtórzył Enriko, kłaniając się raz jeszcze i odchodząc.
— Senorita! — powtarzali za nim studenci, wymachując przed dziewczyną kapeluszami i pochylając się w dworskich ukłonach.
Mulat, pożegnawszy kolegów, wbiegł na trzecie piętro starej kamienicy przy Calle de la Luna.
Umieścił narcyzy w szklance wody i, zdjąwszy kapelusz, rozejrzał się po pokoju.
Mieszkał w nim już prawie od roku, ale w tej chwili wydał mu się zupełnie innym.
Była to przedtem prawie cela zakonna. Teraz wszystko się odmieniło, nabrało barw i blasku.
Słońce złociło małe biurko ze stojącą na niem statuetką Madonny, książkami i szklanym kałamarzem, i rozpryskiwało się w kryształowej podstawie lichtarzy na snopy różnobarwnych, ostrych promyków. Wąskie łóżko, okryte białą kapą, z wiszącym nad niem czarnym krucyfiksem i suchym liściem palmowym, trzy białe krzesełka, biały parawan, ukrywający umywalnię i szafa z zasuwającemi się wyblakłemi firankami — wszystko było proste i niemal surowe. Teraz nabrało to nowych, niezwykłych odcieni. Pożółkły liść palmowy stał się złocistym, biała kapa i stołki — pociągały łagodną, promieniującą bielą, wiszący nad szafą portret Cervantesa śmiał się czarnemi oczami, pełnemi mądrości.
Enriko z podziwem przyglądał się swej izdebce, którą wynajmował u staruszki, donny Marji Meadez, wdowy po profesorze szkoły kolonjalnej.
Po raz pierwszy pokoik wydał mu się przyjemnym i przytulnym.
Spędził w nim sporo czasu, ale dopiero dziś uśmiechnęły się do niego mury i przedmioty, na które patrzał codziennie. Rozumiał, że wewnętrzna radość, bardziej niż słońce, rozświetliła skromną siedzibę studencką.
Usiadł przy biurku i, pochyliwszy się nad bukiecikiem narcyzów, zamyślił się.
W ciężkiej pracy schodził mu czas. W szkole spotkał się wyłącznie z Hiszpanami. Byli to synowie drobnych urzędników kolonjalnych; przygotowali się do służby w kolonjach hiszpańskich, albo też w Argentynie, Nikaragua i Venezueli, gdzie chętnie widziano wychowańców szkoły madryckiej. Zabezpieczała ona byt i karjerę, to też młodzież uczyła się starannie. Mulat stanął wobec poważnych konkurentów. Z trudem wywalczył sobie czołowe miejsce wśród nich i z uporem, z wysiłkiem nieustannej, wytężonej pracy utrzymywał się na swej placówce. Studenci ocenili zdolności i pracowitość kolegi i nie zazdrościli mu. Mulat czuł się wśród nich spokojnie. Nikt nie obrażał go, nikt nie starał się okazywać mu swojej wyższości. Młodzi ludzie, w przeważającej liczbie urodzeni w kolonjach, mieli wśród murzynów, Arabów i Indjan przyjaciół, znali ich dobrze i nie czuli tego „wrodzonego“ wstrętu, jakim się szczycą ludzie z metropolji. Zresztą wiedzieli, że rząd nie dopuści, aby zdolniejszy od nich mulat wzbił się zbyt wysoko.
Raz jeden tylko Enriko posłyszał z ust profesora etnografji coś, co go zastanowiło i zmusiło przypomnieć pełne nienawiści twierdzenie majtka, Joze Faruba.
Profesor, opowiadając o przejawach duszy ludzi kolorowych, wyraził się w ten sposób:
— Zadziwiającą i nieobjaśnioną rzeczą jest, że mieszańcy ras o czarnej, żółtej i czerwonej skórze, posiadający w swych żyłach krew białego człowieka, odznaczają się niezwykłą surowością, niemal okrucieństwem względem swoich kolorowych rodaków. Surowość ta i okrucieństwo jest jakgdyby spotęgowaną pogardą Europejczyka do murzyna, indjanina i papuasa. W raportach władz kolonjalnych można nieraz czytać, że ludność kolonji woli znosić rządy białego, najbardziej bezwzględnego urzędnika, niż podlegać mulatowi lub metysowi.
W ciężkiej, wytężonej pracy płynęło życie Enrika. Mimo to, ogarniała go nieraz straszliwa, męcząca tęsknota za Lizą. Nie miał od niej żadnej wieści i nie pisał do niej. Nie wątpił, że don Miguel Floridablanca zastosował wszelkie środki zapobiegawcze, aby uniemożliwić korespondencję pomiędzy córką a mulatem. Nie chciał również narażać Lizy na przykrość i wzbudzać w gubernatorze wrogich dla siebie uczuć.
Gdy czuł, że tęsknota zaczyna ściskać mu serce zimnemi palcami i zaglądać do duszy nienawidzącemi, zielonemi ślepiami, tchnącemi rozpaczą i śmiercią, rzucał się w wir pracy. Rząd wypłacał mu regularnie stypendjum i uiszczał wpisy szkolne. Nie czuł nędzy, więc mógł poświęcić nauce cały swój czas. Żył skromnie i oszczędzał pieniądze. Nie ciułał ich bezmyślnie i chciwie, lecz używał na rzeczy pożyteczne. Wstąpił też do prywatnej szkoły, gdzie wieczorami studjował języki: angielski, portugalski i francuski. Poza pracą szkolną znajdował czas na samokształcenie się. Czytał dużo i zwiedzał wspaniałe muzea madryckie. Szczegółowo poznał piękne Museo Nacional de Pintura y Escultura na Prado, Armeria, Archivo Historico Nacional, Museo Arquelogico, Museo de la Real Academia de la Historia na Calle del Leon, Museo de ciencias naturales; znał tu każdy zakątek, miał przyjaciół wśród kustoszów, którzy oprowadzali i dawali wyczerpujące wyjaśnienia sympatycznemu mulatowi, palonemu żądzą wiedzy.
W pracy topił tęsknotę i, zaciskając zęby, szeptał do siebie:
— Otworzę wszystkie drogi przed sobą, a wtedy...
Bał się dokończyć myśli swojej, bał się, bo nie wiedział, czy, zdobywszy życie przebojem, osiągnie cel główny — Lizę? Najprostsza droga i, w pojęciu Hiszpanów, jedyna, szła w innym, wstrętnym dla niego kierunku. Musiał zdobyć szlachectwo, aby ośmielić się sięgnąć po córkę dumnego „hidalga“, jakim był generał Floridablanca.
Znał tę drogę, zastanawiał się nad nią przez długie noce bezsenne, męczeńskie godziny tęsknoty i miotań ducha. Nazywał ją „drogą poniżenia“ i odkładał dzień, w którym miał wstąpić na nią. Czynił to nie ze strachu i wstydu, ani dlatego, ażeby chciał uchylić się od danego Lizie przyrzeczenia. Chciał przedtem zdobyć dla siebie pewną, uznaną wartość. Dawałoby mu to rękojmię, że ojciec jego, znienawidzony Dominiko Kastellar hrabia de l’Alkudia, nie waży się potraktować go, jak psa, jak pogardzanego żebraka, wchodzącego do domu z wyciągniętą po jałmużnę dłonią.
Nie wiedział, co ma czynić, aby uzyskać tę wartość niezaprzeczalną i uznaną przez szerszy ogół. Cóż mogło bowiem obchodzić hrabiego de l’Alkudia, że jakiś tam mulat, posługujący się częścią jego nazwiska, wybił się na czoło studentów szkoły kolonjalnej? Czemżeż mógł on zaimponować generałowi gwardji królewskiej, mieszkającemu w jednym z gmachów rządowych na Plaza de Armas w sąsiedztwie pałacu?
Enriko modlił się do Boga, aby skierował go na miejsce jakiejkolwiek katastrofy. Potrafiłby się okazać bohaterem; z narażeniem życia ratowałby kobiety i dzieci! Wszystkie dzienniki w całej Hiszpanji pisałyby o dzielności i ofiarności studenta Enriko Kastellara.
Postanowienie przyszło zupełnie niespodziewanie i szybko oblokło się w kształty czynu.
W dwa miesiące po przybyciu do Madrytu, Enriko przypomniał sobie o marzeniu swojem, aby zwiedzić grobowiec Cervantesa. Odnalazł go i modlił się za duszę swego jedynego przyjaciela. Gadatliwy dozorca powiedział mu, że w stolicy wzniesiono wielkiemu pisarzowi niezmiernie piękny pomnik.
Enriko poszedł na Plaza des Cortes, gdzie na małym skwerze ujrzał cudną rzeźbę dłóta Antonio Sola. Zdumiał się. W wyobraźni widział twórcę Don Kiszota takim, jakim przedstawił go natchniony artysta.
Patrząc na drogą twarz i szlachetną postawę Cervantesa, wyczuł nagle, że ogarnia go smutek, a łzy cisną mu się do oczu.
— Boże! — myślał Enriko. — Gdybym tak mógł stać tu przed tobą, najdroższy mój Alonso el Bueno, razem z Lizą!...
Tęsknota za ukochaną dziewczyną wgryzła mu się w pierś, ostry niepokój targnął mu serce.
— Nie wiem, co się z nią dzieje!... Czy jest zdrowa? Czy pamięta o mnie? Czy... kocha? — szeptał, wpatrując się w przenikliwe, jakgdyby żywe oczy statui.
Jakieś troski, pytania, myśli chyże, jak błyskawice, urywki, odłamki wrażeń i zamierzeń mknęły i warowały w głowie tęskniącego młodzieńca, aż bez wiedzy jego i woli stężały w postanowienie niezłomne, mocne, jak granit, niezmienne, jak bronz.
— Biec natychmiast do domu, usiąść przy biurku i napisać powieść, w którą mógłby włożyć cały żar serca, męki duszy, świty i zmierzchy nadziei. Napisać ją tak, aby została przyjęta przez prasę... Liza przeczyta ją, bo kancelarja gubernatora otrzymuje wszystkie pisma... Prędzej! Prędzej!
Rzucił wdzięczny wzrok na Miguela Cervantesa de Saavedra, źródło jego natchnienia, radości zrozumienia rzeczy utajonych i... łez Lizy — łez, z których wykwitła jej miłość.
Tegoż wieczora zaczął tworzyć swoją powieść — „Świt czy zmierzch?“, tak życzliwie powitaną przez potężną „Rondę“ madrycką surowego don Atocha.
Enriko pracował nad swoim utworem cały rok i, starannie przepisawszy, złożył go w biurze „Rondy“. Obecnie wiedział już, że zostanie wydrukowany i to gdzie — w największym, najpoczytniejszym miesięczniku!
Teraz zostawało tylko czekać cierpliwie kolejnego zeszytu pisma.
Drżał na samą myśl, że ujrzy tytuł powieści i swoje pod nim nazwisko: Enriko Kastellar. A potem? „Ronda“, owinięta w grubą bibułę, popłynie z Kadyksu na Kubę, do Argentyny, Venezueli i do małej kolonji afrykańskiej, gdzie weźmie ją w drobne, kochane dłonie Liza Floridablanca. Będzie ona przerzucała niedbale stronice grubego zeszytu, przeglądała ilustracje i nagle... ach! Błysną radośnie szafirowe, pełne płomieni oczy, rumieńce zaleją cudną, drogą twarzyczkę, drgną usta i falować pocznie pierś.
„Świt czy zmierzch?“ — powieść. Napisał Enriko Kastellar“.
Liza zamknie drzwi na klucz i będzie czytać... czytać, a potem już od drugiego rozdziału łzy popłyną jej z oczu, bo wyczuje miłość jego męczeńską, tęsknotę, wierność... i nieustające nigdy porywy duszy, zrozumie, że pisał to przez nią i dla niej!...
Enriko nie mógł już dłużej pozostać w tym zacisznym, prawie klasztornym pokoiku.
Porwał kapelusz i wybiegł na ulicę. Pragnął zgiełku, ruchu, widoku setek, tysięcy ludzi, aby w milczeniu dzielić się z nimi szaloną radością, przepełniającą mu serce.


Przypisy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.