Tajemnica płonącego samolotu/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Tajemnica płonącego samolotu
Wydawca Instytut Wydawniczy »Bibljoteka Polska«
Wydanie drugie
Data wydania 1935
Drukarz Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

W zacisznym, dobrze zacienionym gabinecie gubernatora Enriko nie znalazł nikogo. Podszedł więc do szerokiego, naoścież otwartego okna. Wychodziło na morze, lazurowe, lśniące. Jakieś łagodne, leniwe fale niebieskiego półzmroku przelewały się przez parapet okna i napełniały obszerną salę, o posadzce i murach z surowego marmuru. Lekkie, drewniane, na jasno polerowane meble widniały tu i owdzie; koło dużego biurka, przywalonego książkami i plikami papierów, stały stalugi z mapą kolonji i jakiemiś wykresami.
Drewniany fotel, okryty kawałkiem safjanu, szafa z książkami oraz portrety króla i królowej dopełniały umeblowania gabinetu, gdzie decydowały się losy miljona czarnych mieszkańców kolonji.
Enriko Kastellar znał tę uroczystą, trochę pustą, nieprzytulną salę — tajemnicze miejsce urzędowania gubernatora. Zakradali się tu nieraz z Lizą.
Lubili przychodzić tu. Siadali na marmurowej płycie okna i patrzyli na roztaczający się przed nimi krajobraz.
Obszerny gazon przed pałacem — duma administracji kolonjalnej — pociągał zielenią z mozołem utrzymywanych trawników i barwnemi plamami klombów, gdzie nieustannie kręcili się murzyni, polewając murawę i kwiaty lub zmiatając naniesiony przez wiatr słony piasek morski.
Rosły tu wysokie palmy kokosowe i rozłożyste areki; żywopłot z gęstych, kwitnących krzaków i sztywnych „dumm“ przylegał do żelaznych sztachet ze złoconemi herbami Hiszpanji.
Dalej biegła lśniąca wstęga szosy asfaltowanej, a niżej — pasmo żółtego, gorącego piasku, na który wbiegały z lekkim pluskiem łagodne, skrzące się fale ciepłego oceanu. Wieczorem obraz się zmieniał. Drzewa i krzaki ciemniały, stawały się czarne, niby wycięte z okopconej blachy. Piasek nabierał czerwonych i liljowych odcieni, ale wkrótce okrywały go niespokojne, rozpasane fale, nadbiegające długiemi rzędami i z hukiem bijące w molo nadbrzeżne. Wtedy z łoskotem wylatywały ponad cementowe bloki muru wściekłe potwory, siwe od piany, i rozpryskiwały się bez śladu.
Mulat stał przed oknem i bezwiednie ogarniał wzrokiem piaszczysty brzeg, połyskliwą szosę, okryty lasem palmowym przylądek, daleko wcinający się w morze, jarzącą się miljonami ogników taflę oceanu, gazon i pracujących na nim ludzi w białych „bubu“ murzyńskich. Myśli jego były w tej chwili na korcie, gdzie pozostawił Lizę.
Przypomniał sobie gniew dziewczyny, gdy przegrała do niego trzy sety zrzędu. Uśmiechnął się. Była prześliczna i zabawna! Potrząsała grzywą miękkich, czarnych włosów, błyskała szafirowemi oczami i ukazywała drobne, lśniące ząbki...
Jakiś ostry niepokój ogarnął go nagle. Coś zimnego, jakgdyby przeczucie zbliżającego się nieszczęścia, zakradło mu się do duszy. Przymknął powieki i zacisnął wargi.
— Ach, już jesteś tu, Enriko? — posłyszał głos generała. — Siadaj, proszę!
Mulat usiadł i czekał na rozpoczęcie rozmowy.
— Mój drogi — rzekł gubernator — masz już 16 lat i świetnie skończyłeś szkołę. Muszę zakomunikować ci przyjemną nowinę. Po naradzie z prefektem postanowiliśmy wysłać cię do Madrytu na wyższe studja. Myślę, że byłoby najlepiej, abyś wstąpił do szkoły kolonjalnej. Zdobywszy dyplom, będziesz miał zabezpieczoną posadę w swojem środowisku.
Enriko Kastellar milczał. Zrozumiał, że przeczucie nie zawiodło go. Będzie musiał rozstać się wkrótce z Lizą.
— Czyż nie jesteś zadowolony z tak zaszczytnej nagrody? — spytał generał, ze zdziwieniem patrząc na milczącego młodzieńca.
— Dziękuję, panie gubernatorze! — odparł Enriko smutnym, zgaszonym głosem.
— No, to się bardzo cieszę! — zawołał gubernator i zdjął okulary. — Chcę cię jednak uprzedzić o pewnych warunkach, które będziesz musiał podpisać w mojej kancelarji.
Mulat podniósł oczy na mówiącego.
— Warunki?... — szepnął.
— Tak! Mamy taki przepis, wykonywany we wszystkich podobnych wypadkach — odparł gubernator. — Hm... hm... Ta rozmowa może ci sprawić przykrość, Enriko, lecz trudno — musimy ją doprowadzić do końca...
Młodzieniec milczał, w oczach jego zaczaiła się nieufność.
— Nie wątpię, że nie znasz swego pochodzenia, Enriko... — rozpoczął generał, przygotowując się do rozwinięcia swej myśli.
Mulat powstał nagle i podszedł do gubernatora.
— Wiem o wszystkiem... — rzekł zniżonym, groźnym głosem.
— Wiesz? — szepnął generał.
Coś porwało nagle mulata. Wysoko podniósł głowę i oczyma, pałającemi oburzeniem i gniewem, patrzył na siedzącego przed nim don Floridablanca.
— O, tak! Wiem... — powtórzył. — Dowiedziałem się o wszystkiem, gdy po raz pierwszy rzucono mi w twarz ohydne przezwisko... „cętkowany bękart“... Zapytałem o to matki, która wtenczas mieszkała jeszcze wpobliżu koszar, w trzcinowej chacie nad Elaro... Nie wiedziała, co znaczy to słowo i nie mogła wytłumaczyć mi, dlaczego wszyscy chłopcy śmieją się i potrącają łokciami, gdy ktoś powie — „cętkowany bękart“...
Umilknął na chwilę i usiadł.
— Któż wtajemniczył cię w te przykre sprawy? — spytał don Miguel.
— O, to były nietylko przykre sprawy! — z nagłą namiętnością zaprzeczył młodzieniec. — To było morderstwo... morderstwo duszy mojej! Od tej chwili przestałem być dzieckiem i powziąłem postanowienia....
— Nieszczęśliwy chłopcze! — rzekł gubernator, z zaciekawieniem i współczuciem patrząc na Enriko. — Jakżeż to się stało?
Mulat odpowiedział po namyśle. Odpowiedź ta była dziwna i nieoczekiwana, bo zawierała w sobie zuchwałe niemal pytanie:
— Czy pan gubernator może dać mi słowo honoru, że, wysłuchawszy mojej opowieści, wyjaśni mi jedną, dręczącą wątpliwość?
Don Miguel skinął głową i, zapaliwszy zgasłe cygaro, słuchał z zajęciem.
— Kilka razy słyszałem od chłopców na przedmieściu, że jestem „cętkowanym bękartem“, a jeden z nich dodał, że każdy może kopnąć mnie, jak psa! — mówił Enriko, ponuro patrząc przed siebie. — Niedaleko od miasta w wiosce Doroja, mieszka stary czarownik... Odwiedzał on czasem naszą chatkę. Postanowiłem prosić go o wyjaśnienie... Staruszek, posłyszawszy, o co mi chodzi, narzucił na plecy „bubu“, wziął kij i poszedł ze mną do miasta... Zaczailiśmy się w zaroślach na brzegu Elaro i czekaliśmy, aż słońce zacznie opadać za lasem... Wtedy podsunęliśmy się pod ścianę naszej chaty, a czarownik szepnął do mnie: „Przyłóż oczy do szpary i patrz, patrz!“
Mulat wstał i przeszedł się po pokoju, usiłując zdławić ogarniające go wzruszenie. Usiadł znowu i załamującym się co chwila głosem ciągnął:
— Zobaczyłem matkę moją. Młoda była wtedy i piękna. Siedziała naga, a jej czarna, lśniąca skóra miała połysk ciemnego bronzu posągów, które widziałem na rycinach z albumu Prado. Szkarłatnym barwnikiem malowała sobie usta, różowała policzki, niebieskim proszkiem „fino“ przyciemniała powieki, nakładała czarną, tłustą pomadę na rzęsy. Skończywszy z tem, okryła głowę żółtą chustą jedwabną, zawiązała ją dużym węzłem, o końcach, spadających na czarne, kształtne ramiona, na ręce i nogi nałożyła srebrne obręcze, a uszy ozdobiła długiemi, połyskującemi kolczykami. Przyglądała się sobie w lustrze, uśmiechała się i szeptała coś, czego nie mogłem posłyszeć... „Ukryj się!“ — mruknął do mnie czarownik. Wślizgnąłem się do gąszczu i ujrzałem dumnego oficera, wchodzącego do chaty. Żołnierz wniósł za nim kosz z butelkami, owocami i blaszankami konserw. O świcie widziałem, jak matka moja odprowadzała białego kochanka. Gdy odjechał, leniwie kołysząc biodrami, powróciła do chaty i jęła liczyć srebrne pesety... uśmiechała się, poruszała wargami, na których nie pozostało już ani śladu barwnika.
Mulat ze świstem wciągnął powietrze i zakończył opowiadanie.
— Czarownik powiedział mi, że matka moja od kilku lat jest kochanką oficera, a ja... ja — jego synem... Powiedział mi jeszcze coś, ale to było już wyłącznie dla mnie, don Miguel, dla — „cętkowanego bękarta“! Wyśledziłem potem oficera i przyszedłem do niego. Mieszkał w białym domku przy placu koszarowym... Rozmawiałem z nim.
— Cóżeś mu powiedział? — zapytał z ciekawością gubernator.
— Powiedziałem mu wszystko, co zatruwało moje serce — szepnął mulat.
— No, i cóż dalej?
— Oficer zbił mnie aż do nieprzytomności i kazał wyrzucić za parkan dzielnicy wojskowej... Tam znalazł mnie ojciec Robert i, dowiedziawszy się o wszystkiem, zabrał do przytułku „Białych Braci“...
Zapanowało milczenie...
Wreszcie generał zapytał:
— Nie znasz swego prawdziwego nazwiska, Enriko?
Młodzieniec podniósł głowę i odparł:
— Nazywam się Enriko Kastellar, lecz nazwisko tego, który mnie zbił i okrył hańbą „bękarta“, brzmi inaczej, wspanialej — Dominiko Kastellar hrabia de l’Alkudia... Obecnie jest generałem gwardji królewskiej!
— Tak! — mruknął gubernator. — Właśnie o tem chciałem pomówić z tobą, Enriko.
— Poza tem chciałbym jeszcze o coś zapytać pana, don Miguel... — przerwał mu mulat.
— Pytaj!
— Czy prawo ściga Hiszpanów za zbrodnie, dokonywane na murzynkach i bękartach? — spytał Enriko, wbijając surowy wzrok w twarz generała.
— Nie! — padła krótka odpowiedź.
— Dziękuję! — szepnął Enriko. — Słucham pana teraz!
Don Miguel Floridablanca długo nie mógł wydobyć z siebie głosu. Coś go ściskało za gardło, a ostry wstyd zmuszał do spuszczania oczu pod badawczem spojrzeniem mulata. Wreszcie zaczął mówić:
— Zrozum, że bywają ciężkie, przykre przepisy prawne, lecz cóż robić?... Prawo jest prawem. „Dura lex — sed lex“! Będziesz musiał, Enriko, podpisać papier, stwierdzający, że nigdy nie zechcesz dochodzić uznania siebie za prawego syna hrabiego de l’Alkudia i że zrzekasz się wszelkiej spuścizny po nim.
Młody Kastellar milczał. Po chwili rzekł spokojnie i stanowczo:
— Zgadzam się!
Don Miguel wyciągnął do niego ręce.
— Dziękuję! — rzekł, potrząsając drobną, silną dłoń mulata. — Jesteś rozumnym i szlachetnym człowiekiem. Sam pojmujesz, że pochodzenie twoje, mieszana krew, kolorowa rasa, do której należysz, zamykają przed tobą niektóre drogi... Smutne to, lecz cóż robić? Takie prawo... takie są pojęcia, wpajane w nasze społeczeństwo!
Mulat podniósł znowu głowę i rzekł, wymawiając dobitnie każde słowo:
— Ja otworzę te drogi przed sobą!
— Bardzobym się cieszył, mój drogi chłopcze! — mruknął generał.
— Otworzę, albo...
Nie dokończył, bo do gabinetu wpadła Liza.
— Na Madonnę! — zawołała. — Znudziło mi się czekać na korcie! O czem rozprawiacie tak strasznie długo?
— Oznajmiłem Enrikowi przyjemną nowinę — odparł don Miguel.
— Ach! Że dostanie nagrodę za świetne świadectwo ukończenia nauk? Wiem już o tem od ojca prefekta. 500 „pesetas“? Aż sto ciężkich „durosów“! Będziesz miljonerem, mio amigo![1] — śmiała się Liza, klaszcząc w dłonie.
— Nietylko to, córeczko, nietylko to! — zauważył generał.
— Cóż jeszcze obmyśliliście dla Enriko? — zapytała radosnym głosem.
— Pojedzie do Madrytu na wyższe studja! Cieszysz się za Enriko?
Liza nagle zbladła i opuściła ręce.
Trwało to jedną chwilę, bo nagle potrząsnęła główką i błysnęła oczyma groźnie i namiętnie.
— Nie zezwalam na to! — rzekła porywczo. — Co ja tu pocznę bez niego? On też nie zechce jechać! Prawda, Enriko?
Twarz mulata zesztywniała, powieki do połowy przykryły rozmarzone, wyraziste oczy, szczęki zwarły mu się mocno.
— Wyjadę, aby zdobyć dla siebie życie... — szepnął.
— Zdrajca! — zawołała i z głośnym szlochem wybiegła z pokoju.
— Ta mała kobietka myśli, że na świecie wszystko się dzieje jedynie dla niej! — uśmiechnął się don Miguel.
Enriko Kastellar nie odzywał się. Stał nieruchomy, wpatrzony przed siebie i milczał, jak grób.
Nic nie mówiąc, skłonił się przed gubernatorem, i ruszył ku wyjściu.
— Statek odpływa za tydzień, Enriko! — rzucił mu wślad don Miguel.
— Jestem gotów! — odpowiedział mulat i wyszedł.
W kurytarzu stanął i nasłuchiwał. Cisza panowała wszędzie, tylko z kancelarji dobiegał trzask i lekkie dzwonki Underwoodów i Remingtonów.
Na schodach zatrzymał się raz jeszcze i czekał.
Nie wiedział, dlaczego to czyni. Przeczuwał tylko, że ma się stać coś bardzo ważnego i niezbędnego. Stał długo, wreszcie zeszedł na dół i zajrzał na kort. Na ławce leżały porzucone przez Lizę rakiety. Wziął je i poszedł ku pałacowi. Słońce zapadało za morzem. Szkarłatne, niby krwią nalane, stało się olbrzymim dyskiem, przeciętym fioletowemi i złocistemi wstęgami obłoków i smug szkarłatnych, krwawych, gorących... Ostatni — zielony, ostry promień strzelił aż do zenitu, śmignął zygzakowatą, zawiłą linją na powierzchni morza i zgasł. Jednocześnie zniknęła cienka ognista kreska na widnokręgu i morze ogarnęło gwiazdę dzienną, nabrzmiewając szkarłatem.
Złożywszy rakiety w holu, mulat wyszedł na ulicę.
Gdy przechodził koło bocznego skrzydła pałacu gubernatorskiego, na drugiem piętrze zgrzytnęła druciana żaluzja, szarpnięta gwałtownie, i rozległ się okrzyk:
— Enriko, wróć się!
— Lizo! — zawołał młodzieniec, porwany nagłą radością.
— Powracaj! — powtórzyła. — Zaraz zejdę nadół.
Za chwilę ujrzał ją, zbiegającą ze schodów. Jak zawsze, gdy ją spotykał, drgnął i przycisnął rękę do piersi, w której głośno biło i zamierało mu serce. Niby zjawa lotna nad ciężkiemi oparami mokradeł, dziewczyna przesunęła się nad bielejącym żwirem drogi i zbliżyła do niego.
Enriko nigdy jeszcze nie widział jej taką.
Miała bladą twarz, niezmiernie smutną i zapłakaną. Ciemno-szafirowe oczy były pełne łez, świeże, gorące usta drżały.
Stanęła przed nim tak blisko, że dotykała go piersią. Czuł ciepło jej ciała i powiew oddechu. Patrzał na nią z zachwytem. Zdawało mu się, że oto w tej chwili niepojętego uniesienia on — syn tej ziemi — modły nieme zanosi przed posągiem nieznanego bóstwa, jak niegdyś w dżungli za Elaro...
— Odjedziesz? — spytała.
Podniósł ramiona i odparł smutnym głosem:
— Jest to najwyższa nagroda, nie śmiem odrzucić jej. A zresztą muszę zacząć żyć, przebijać sobie własną drogę...
— A ja? — spytała niemal bezdźwięcznie.
Nie zrozumiał, nie śmiał zrozumieć. Nie odpowiedział.
— A ja? — powtórzyła już namiętnie i nagle zapłakała.
— Lizo!... Lizo!... — szeptał, przejęty i wzruszony. — Cóż mam robić? Poradź, naucz! Zrobię wszystko, czego zażądasz...
Uspokoiła się i zajrzała mu w oczy wzrokiem dziwnym, drażniącym i nieprzeniknionym.
— Poradzić? Nauczyć? — spytała.
Potrząsnęła główką, a kilka loków opadło jej na czoło i policzki.
— Powiedz, czy jesteś moim przyjacielem? — spytała.
— O, tak! Wiesz przecież, że dla ciebie uczyniłbym wszystko, wszystko! — wybuchnął gorącym, stłumionym głosem.
Podniósł ku niebu rozmarzone, gorejące oczy, w których miotał się płomień porywu.
Liza stała, zapatrzona w jego twarz, pełną zmiennych wrażeń, w oczy śmiałe, zachwycone.
— Pamiętasz powieść Diego de San-Padro? — spytała.
— „Carcel de amor“? — szepnął.
— Tak! — kiwnęła główką... — Przypomnij ją sobie dobrze, Enriko!
Spłonął cały rumieńcem i oczy spuścił.
— Boże! — pomyślał. — Tam była miłość... miłość na całe życie...
Zrozumiał teraz, ku czemu popychała go Liza.
W tej chwili warta zaczęła wygrywać sygnał wieczorny, a żołnierz spuszczał flagę, powiewającą na maszcie nad pałacem.
Żółto-czerwona płachta z godłem dumnej Hiszpanji. Przed nim, bękartem, stała senorita Liza Floridablanca, córka generała i gubernatora.
— Lizo, — szepnął młodzieniec, lecz na tarasie zjawił się właśnie don Miguel i zawołał:
— Córeczko, zrywa się zimny wiatr! Powracaj do domu!
— Ojcze, nie skończyłam jeszcze rozmowy z Enriko! — odparła stanowczo i tupnęła nóżką.
— Madonna! — mruknął generał. — Ta dziewczyna posiada nadmiar charakteru i temperamentu!
Nieraz rozmyślał nad tem don Miguel i wzdychał żałośnie na myśl, że, owdowiawszy wcześnie, musiał dźwigać na swych barkach ciężar odpowiedzialności za wychowanie córki — jedynaczki.
— Cóż milczysz, Enriko? Odpowiedz mi! — nalegała Liza, nie spuszczając wzroku z zamglonych oczu mulata.
Stali tak blisko siebie, że generałowi wydało się, iż złączeni są uściskiem ramion.
Wzdrygnął się na tę myśl, lecz, przekonawszy się, że wzrok pomylił go, uspokoił się trochę i pomyślał:
— A przecież dobrze się stało, że Enriko odjeżdża!
Narazie był przeciwny przyjaźni córki z kolegą szkolnym — jakimś tam mulatem bez przyszłości, lecz z jednej strony kategoryczne żądania Lizy, a z drugiej strony — sympatja ojca-prefekta dla Enriko przezwyciężyły obawy ojca. Pilnie przyglądał się chłopakowi, i nie spostrzegł nic niebezpiecznego. Była to przyjaźń dwojga dzieci. Zresztą korzystała z niej najwięcej Liza. Leniwa i krnąbrna z natury, pod wpływem towarzysza nauk i zabaw stała się pilniejszą i łagodniejszą.
W tej chwili jednak don Miguel czuł wyraźnie jakieś niebezpieczeństwo i, wytężając wzrok, wpatrywał się w nieruchome sylwetki, majaczące na tle ciemnego trawnika.
— Odpowiedz-że! — szepnęła i, pochyliwszy się ku mulatowi, włosami musnęła twarz jego.
Enriko ścisnął zęby, że aż mu zgrzytnęły, i syknął:
— Jestem mulatem, a ojciec twój powiedział, że istnieją drogi, dla mnie zamknięte i zakazane na zawsze...
— Ach!... — jęknęła.
Po chwili wbiegła na taras i, objąwszy ojca za szyję, prosiła:
— Wnet powrócę, ojcze, włożę najcieplejszy „pull-over“, ale teraz pozwól, że odprowadzę Enriko do szkoły... Ojcze, ojczulku!
Tuliła się do niego, pieściła i całowała.
— Idźcie szybko, aby się zagrzać i powracaj natychmiast, niedobre dziecko!
Przycisnęła wargi do czoła ojca i, skacząc już po stopniach, krzyczała radośnie:
— Jesteś najmilszy z najmilszych, papuńcio!
Wsunęła rączkę pod ramię Enriko i popchnęła go ku bramie.
Szli w zupełnej ciemności. Konary figowców i mangów utworzyły sklepienie nad drogą, gdzie mroczno było i cicho, jak w podziemiu.
Dziewczyna przywarła do ramienia Enriko i milczała. Było to niepokojące milczenie.
On czuł na swojej dłoni zimne, drżące palce dziewczyny i żar, który bił od niej. Serce kołatało mu w piersi, jakgdyby rozsadzić je chciało.
Nie mówili nic do siebie.
Przed bramą siedział z brewjarzem ojciec Roberto. Dawno skończył modły i pozostał nieruchomy, zatopiony w myślach. Cichy, skromny „Biały Brat“, który spędził szmat życia na odludziu Sahary, a teraz oddał się bogobojnej pracy w skwarnym kraju czarnych, prostych, uciemiężonych ludzi, — lubił tę godzinę ciszy.
Zdaleka posłyszał odgłosy kroków i poznał idącą parę.
Nachmurzył brwi, a smutek spłynął mu na wychudłą, bladą twarz.
Liza zatrzymała się i szepnęła:
— Przypomnij sobie dobrze „Carcel de amor“, don Enriko Kastellar, hrabio de l’Alkudia!
— Co powiedziałaś?! — wykrzyknął mulat głosem, pełnym przerażenia i rozpaczy.
Lecz dziewczyna wyrwała rękę z pod jego ramienia i pobiegła, znikając w mroku alei.
Enriko ze spuszczoną na pierś głową, wzburzony i przejęty nawałnicą uczuć i myśli, mijał zakonnika.
— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus — pozdrowił go cicho i zamierzał przejść dalej, lecz prefekt skinął na niego.
Przyjrzawszy mu się bacznie, ojciec Roberto rzekł:
— Przed tobą — ciężka i długa droga walki o miejsce na świecie, chłopcze! Posłuchaj rady człowieka doświadczonego i przyjaznego! Nie porywaj się na to, co jest niedoścignione, bo rozgoryczona i zatruta niepowodzeniem dusza może się zbuntować i załamać. Nie nagromadzaj własnemi rękami przeszkód na swej drodze!
Enriko słuchał uważnie.
Po chwili ucałował dłoń mnicha i syknął:
— Usłyszałem dziś, że nie wolno mi chadzać wszystkiemi drogami, a wszakże pójdę niemi!
„Biały Brat“ westchnął ciężko i szepnął z troską w głosie:
— Szczęść ci Boże, synu!


Przypisy

  1. Mój przyjacielu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.